Выбрать главу

— Czuję, że mógłbym chodzić już dziś.

— Prawdopodobnie mógłbyś i w tym właśnie tkwi niebezpieczeństwo. Noga trzasnęłaby niczym uschnięty patyk.

Nie, chciałbym, żebyś wstawał o kulach dopiero za dwa tygodnie.

— A co myślisz o wyniesieniu go na zewnątrz? — spytała Cirocco.

— Czy chciałbyś wyjść na dwór, Bill?

Wynieśli Billa razem z łóżkiem na zewnątrz, ponieśli kawałek ulicą i ustawili pod jednym z rozłożystych drzew, które sprawiały, że Titantown było niedostrzegalne z powietrza i najbardziej zbliżone do warunków nocy, od czasu badania podstawy kabla. Tytanie przez cały czas oświetlały swoje domy i ulice.

— Widziałeś dziś Gene’a? — spytała Cirocco.

— To zależy od tego, co rozumiesz przez dzisiaj — powiedział Calvin, ziewając. — Nosisz mój zegarek.

— Ale go nie widziałeś?

Calvin potrząsnął głową.

— Ani przez chwilę.

— Zastanawiam się, o co mu chodzi.

Calvin znalazł Gene’a, który posuwał się z biegiem Ophion po bardzo stromym terenie. Rzeka płynęła wokół Góry Przeznaczenia w Krios, w strefie dnia na zachód od Rei. Mówił, że pojawił się w strefie zmroku i od tego czasu cały czas wędrował, próbował nawiązać kontakt z resztą załogi.

Kiedy pytali go, co robił, otrzymywali zawsze tę samą odpowiedź: „próbował przeżyć”. Cirocco nie miała wątpliwości co do tego, zastanawiała się jednak, co konkretnie miał na myśli. Wymazał z pamięci doświadczenia z okresu, kiedy był pozbawiony zmysłów, mówiąc, że z początku miał depresję, ale później zrozumiał sytuację i uspokoił się.

Cirocco nadal nie była pewna, co Gene przez to rozumie.

Na początku była zadowolona, że ma przy sobie kogoś, kto wydawał się równie mało zmieniony jak ona. Gaby nadal jęczała przez sen, a Bill miał luki w pamięci, które jednak powoli zapełniały się powracającymi wspomnieniami. August cierpiała na chroniczne załamanie, które pchnęło ją na skraj samobójstwa. Calvin był szczęśliwy, ale pragnął być sam. Tylko ona i Gene wydawali się prawie nienaruszeni.

Wiedziała jednak, że była obiektem tajemniczych oddziaływań, gdy przebywała w ciemności. Umiała śpiewać w języku Tytanii. Miała uczucie, że Gene doznał więcej, niż mówił i zaczęła szukać objawów tych nieznanych przeżyć.

Często się uśmiechał. Nawet nie pytany zapewniał wszystkich, że czuje się dobrze. Był bardzo przyjazny. Czasem było to zachowanie aż nazbyt serdeczne, ale poza tym wydawało się, że wszystko jest z nim w porządku.

Zdecydowała, że musi go odnaleźć i spróbować jeszcze raz porozmawiać o brakujących dwóch miesiącach.

Podobało jej się w Titantown.

Pod drzewami panowała przyjemna temperatura, ponieważ ciepło na Gai wydobywało się z gruntu, a wysokie sklepienie zatrzymywało je. Było gorąco i sucho. Cirocco stwierdziła, że jej ciało chłodzi się z maksymalną wydajnością wtedy, kiedy chodzi boso, odziana tylko w lekką koszulę. Ulice były sympatycznie oświetlone papierowymi lampionami, które przypominały jej Japonię. Podłoże stanowiła mocno ubita ziemia, zwilżona przez coś, co nazywano roślinami zraszającymi, a które za każdym obrotem rozpylały mgiełkę. Powietrze pachniało wtedy jak po nocnym, letnim deszczu. Płoty były tak obrośnięte kwiatami, że płatki leciały ciągłym deszczem. Zupełnie dobrze rosły w wiecznej ciemności.

Tytanie nigdy nie słyszały o planowaniu miejskiej zabudowy. Domostwa były rozrzucone raczej przypadkowo na ziemi, pod ziemią, a nawet na drzewach. Ulice wyznaczał po prostu ruch. Nie było oznaczeń ani znaków drogowych, a jakakolwiek mapa miasta zostałaby wkrótce pokryta poprawkami, nowe domy bowiem wyrastały na środku drogi, a piesi torowali sobie drogę przez płoty tak długo, aż ustaliła się nowa równowaga.

Wszyscy witali ją radosną piosenką.

— Cześć, ziemski potworze! Ciągle się trzymasz, jak widzę.

— Och, zobacz, idzie ten dwunożny dziwoląg. Chodź i zjedz z nami, Szi-ro-ko.

— Wybaczcie, ludzie — zaśpiewała. — Mam ważne sprawy. Nie widzieliście czasem Mistrza Śpiewu w C-dur?

Bawiło ją takie tłumaczenie ich śpiewu, chociaż w ich języku zarówno potwór, jak i dziwoląg nie brzmiały obraźliwie.

Zaproszeniu na biesiadę trudno było się jednak oprzeć. Po dwóch miesiącach odżywiania się surowym mięsem i miękkimi owocami jedzenie przyrządzane przez Tytanie smakowało zbyt dobrze, aby mogło być prawdziwe. Sztuka kulinarna była dziedziną, w której miały największe osiągnięcia, a — z nielicznymi wyjątkami — ludzie mogli jeść wszystko.

Odnalazła budynek, który nazwała Ratuszem, raczej dzięki szczęściu niż logice, zatrzymując się często i pytając o drogę. (Pierwsza w lewo, druga w prawo, później koło… nie, ta została zablokowana w ostatnim kiloobrocie, prawda?) Tytanie rozumiały układ miasta, ale nie sądziła, żeby kiedykolwiek jej samej udała się ta sztuka.

Budynek był Ratuszem po prostu dlatego, że mieszkał w nim Mistrz Śpiewu, który najbardziej przypominał przywódcę. Właśnie on był głównodowodzącym na wypadek wojny, ale nawet w tym przypadku jego władza była ograniczona. To on przyprowadził posiłki w dzień bitwy z aniołami. Od tego czasu zachowywał się jak zwyczajny członek tytańskiej społeczności.

Cirocco chciała spytać przywódcę, czy nie wie, gdzie można znaleźć Gene’a. Okazało się to jednak niepotrzebne, ponieważ Gene właśnie tam był.

— Rocky, tak mi miło, że mogłaś wpaść po drodze — powiedział podnosząc się i obejmując ją ramieniem. Pocałował ją lekko w policzek, co jakoś wydało jej się denerwujące.

— Właśnie mówiliśmy z Mistrzem o pewnych rzeczach, które mogą zainteresować również i ciebie.

— Mówiłeś… możesz z nimi rozmawiać?

— Jego wymowa jest okropna — zaśpiewał Mistrz w trudnej, eolicznej tonacji. — Przypomina wymowę ludzi z Crian. Jego głos nie układa się przyzwoicie, a ucho bardziej jest dostosowane do… nazwijmy to niemodulowanych słów waszych piszczałek. Od biedy jednak możemy śpiewać razem.

— Trochę zrozumiałem — zaśpiewał Gene, śmiejąc się. — Rzeczy, które sylabizują mi nad głową, jak dziecku.

— Dlaczego nie powiedziałeś mi o tym przedtem, Gene? — spytała, szukając jego wzroku.

— Nie myślałem, że to takie ważne — powiedział, bagatelizując całą sprawę machnięciem ręki. — Dostałem trochę tego, co i ty, ale nie przyjęło się tak dobrze jak u ciebie.

— Chciałabym po prostu, żebyś mi o takich rzeczach mówił, to wszystko.

— Przepraszam, w porządku? — Wydawał się poirytowany, a ona zastanawiała się, czy rzeczywiście chciał, żeby wiedziała. Na pewno uznał, że nie może już tego dłużej ukrywać.

— Gene mówił o wielu interesujących sprawach — zaśpiewał Mistrz. — Porysował mi cały stół, ale wszystkie te linie są dla mnie mało zrozumiałe. Chciałbym wszystko zrozumieć i mam nadzieję, że twój znakomity śpiew rozwieje ciemności.

— Tak, Rocky, spróbuj. Nie mogę tego jakoś wytłumaczyć temu durnemu oślemu synowi.

Cirocco rzuciła mu ostre spojrzenie, odprężając się, kiedy przypomniała sobie, że Mistrz Śpiewu nie zna angielskiego. Nadal jednak uważała, że takie zachowanie jest niegrzeczne i dziecinne. Tytanie na pewno nie były głupie.

Mistrz klęczał przy jednym z charakterystycznych niskich stołów Tytanii. Miał kilkucentymetrowe, brudnopomarańczowe futro. Tylko twarz pozbawiona była owłosienia, a skóra miała kolor czekoladowobrązowy. Miał jasnoszare oczy. Jego twarz na początku wydawała się identyczna z twarzami innych Tytanii, ale nabrała indywidualności, od kiedy Cirocco przekonała się, że oblicze centaurów jest przynajmniej tak samo zmienne jak ludzkie. Mogła teraz odróżniać poszczególne osobniki nie tylko na podstawie ubarwienia.