— No cóż, jak powiedziałaś, anioły jakoś tam żyją. — Piątego dnia przygotowań Gaby pomagała w pakowaniu. — Muszą coś pić.
— Co wcale nie oznacza, że nie będzie trudności ze znalezieniem źródeł wody.
— Jeżeli masz się martwić przez cały czas, możemy równie dobrze w ogóle nie ruszać.
Zabrali bukłaki z wodą wystarczające na jakieś 9-10 dni, a także dopełnili bagaże do wyznaczonej wagi suszoną żywnością. Jeżeli będzie możliwe, planowali jeść to, co jedzą anioły.
Szóstego dnia zakończono przygotowania i pozostawała jej tylko rozmowa z Billem. Nie bardzo jej się uśmiechała perspektywa użycia swojej władzy dla ucięcia dyskusji, ale wiedziała, że jeśli zostanie zmuszona, na pewno tak zrobi.
— Wszyscy żeście powariowali — powiedział Bill, uderzając dłonią w łóżko. — Nie macie pojęcia, co was tam czeka. Czy poważnie myślicie, że zdołacie się wspiąć czterystukilometrowym kominem?
— Mamy zamiar przekonać się, czy to możliwe.
— Przecież możecie zginąć. Kiedy spadniecie, walniecie o glebę niczym odrzutowiec!
— Wyobrażam sobie, że przy tej gęstości powietrza prędkość spadania znacznie przekracza 200 km na godzinę. Bill, jeżeli chcesz mi dodać otuchy, to robisz to bardzo kiepsko. — Nigdy go takim nie widziała i zupełnie jej się to nie podobało.
— Powinniśmy się trzymać razem i ty o tym dobrze wiesz. Odbijasz sobie ciągle utratę „Ringmastera” i próbujesz odgrywać bohaterkę.
Jeżeli nawet w tym, co powiedział, nie było ani szczypty prawdy, nie mógł jej bardziej zranić. Myślała o tym godzinami, próbując zasnąć.
— A powietrze! Co będzie, jeżeli tam w górze nie ma powietrza?
— Nie mamy zamiaru popełniać samobójstwa. Jeżeli to okaże się niemożliwe, pogodzimy się z tym. Wymyślasz sztuczne argumenty.
Jego oczy błagały.
— Proszę cię, Rocky. Poczekaj na mnie. Nigdy przedtem o nic cię nie prosiłem, ale teraz naprawdę cię o to proszę!
Westchnęła i skinęła na Gaby i Gene’a, by opuścili pokój. Kiedy wyszli, usiadła na brzegu łóżka i wzięła go za rękę. Wyrwał ją. Wstała prędko, wściekła na siebie za to, że próbowała dotrzeć do niego w ten sposób i na niego za to, że ją odrzucił.
— Wydaje mi się, że cię nie znam, Bill — powiedziała spokojnie. — Myślałam kiedyś, że jest inaczej. Stanowiłeś dla mnie pocieszenie w chwilach samotności, myślałam nawet, że z czasem cię pokocham. Nie zakochuję się łatwo. Być może jestem zbyt podejrzliwa, nie wiem. Prędzej czy później każdy chce, bym była taką, jaką sobie życzy i teraz właśnie ty robisz ten sam błąd.
Nic nie odpowiedział, nawet na nią nie spojrzał.
— To, co robisz, jest tak niesprawiedliwe, że chce mi się wrzeszczeć.
— Możesz sobie wrzeszczeć.
— Dlaczego? Czy muszę się dopasować do twojego wzorca kobiety? Do cholery, kiedy mnie poznałeś, byłam kapitanem; nie myślałam, że to dla ciebie takie ważne.
— Nie wiem, o czym mówisz.
— Mówię o tym, że jeśli teraz wyruszę, między nami wszystko skończone. Nie mam zamiaru czekać na ciebie, abyś zapewnił mi bezpieczeństwo.
— Nie wiem, o czym…
I wtedy wrzasnęła i zaraz poczuła się lepiej. Kiedy było już po wszystkim, zdobyła się nawet na gorzki śmiech. To zdumiało Billa. Gaby wetknęła głowę w drzwi i natychmiast zniknęła, kiedy Cirocco nawet nie zauważyła jej obecności.
— W porządku, w porządku — powiedziała. — Mam trochę zbyt gwałtowne reakcje. To dlatego, że utraciłam statek i muszę to sobie skompensować, okrywając się chwałą. Jestem sfrustrowana, ponieważ nie udało mi się zebrać całej załogi i sprawić, by normalnie działała, nawet do tego stopnia, żeby jedyny człowiek, o którym sądziłam, że mogę się na nim oprzeć, szanował moje decyzje, zamknął się i robił, co mu każę. Wiem, że jestem dziwnym stworzeniem. Być może zbyt silnie uświadamiam sobie rzeczy, które byłyby inne, gdybym była mężczyzną. Musisz się stać o wiele wrażliwszym, kiedy na twojej drodze w górę pojawiają się ciągle te same problemy i musisz być dwa razy lepszy niż inni, by dostać taką robotę.
— Nie zgadzasz się z moją decyzją, by ruszyć w górę. Wyłuszczyłeś swoje zastrzeżenia. Powiedziałeś, że mnie kochasz. Nie sądzę, byś nadal mnie kochał i bardzo mi przykro, że tak się sprawy ułożyły. Rozkazuję ci poczekać tu do mojego powrotu i więcej nie poruszać tego tematu.
Zacisnęła usta z wyrazem bezkompromisowego uporu.
— Właśnie dlatego, że cię kocham, nie chcę, żebyś szła.
— Mój Boże, Bill, nie chcę takiej miłości. „Kocham cię, a więc nie ruszaj się, aż cię zwiążę”. Najbardziej mnie boli, że właśnie ty tak robisz. Jeżeli nie możesz mnie mieć jako niezależnej kobiety, zdolnej do podejmowania samodzielnych decyzji i troszczącej się o siebie, trudno — nie będziesz mnie miał wcale.
— Cóż to jest za miłość?
Chciało jej się płakać, ale wiedziała, że nie może sobie na to pozwolić.
— Gdybym to wiedziała. Być może w ogóle nic takiego nie istnieje? Być może potrzebujemy opieki innej osoby, co oznacza, że powinnam raczej zacząć się rozglądać za mężczyzną, który byłby ode mnie zależny, ponieważ inny układ mi nie odpowiada. Czy nie możemy się po prostu troszczyć każde o siebie? Chcę powiedzieć, że kiedy ty jesteś słaby ja ci pomagam, a kiedy ja mam chwilę słabości — ty służysz mi wsparciem.
— Nie wygląda na to, byś kiedykolwiek miała chwile słabości. Właśnie przed chwilą powiedziałaś, że musisz się o siebie troszczyć.
— To jest obowiązkiem każdej ludzkiej istoty. Jeżeli jednak sądzisz, że nie bywam słaba, to mnie nie znasz. Teraz właśnie czuję się jak małe dziecko i zastanawiam się, czy masz zamiar pozwolić mi wyjść bez pocałunku, nawet nie życząc szczęścia.
Cholera, wtedy właśnie pojawiły się łzy. Wytarła je szybko, nie chcąc, by oskarżał ją, że używa ich jako broni. Dlaczego ja się zawsze pakuję w beznadziejne sytuacje? — zastanawiała się. Silna czy słaba, zawsze będzie w nich stroną defensywną.
Udobruchała go na tyle, że się pocałowali. Potem właściwie pozostało niewiele do powiedzenia. Cirocco nie potrafiła ocenić, jak Bill przyjmuje jej suche oczy. Wiedziała, że go zraniła, ale czy to raniło go jeszcze bardziej?
— Wracaj tak szybko, jak to możliwe.
— Na pewno. Nie martw się o mnie za bardzo. Złego licho nie weźmie.
— Jakbym o tym nie wiedział!
— Dwie godziny, Gaby. Góra.
— Wiem, wiem. Nie przypominaj mi, dobrze?
Gwizdek wydawał im się jeszcze większy niż poprzednio. Spoczywał na płaskiej równinie na wschód od Titantown. Zazwyczaj nie schodził poniżej wierzchołków drzew. Trzeba wygasić wszystkie ogniska w mieście, żeby skłonić go do wylądowania.
Cirocco jeszcze raz spojrzała w stronę Billa stojącego o kulach obok wózka, który skonstruowały dla niego Tytanie. Pomachał jej, a ona odwzajemniła nieme pozdrowienie.
— Pogarsza mi się, Rocky — powiedziała Gaby, szczękając zębami. — Mów do mnie.
— Spokojnie, dziewczyno, nie denerwuj się. Otwórz oczy, dobrze? Patrz, gdzie idziesz. Hooop!
We wnętrzu żołądka miękkolota stało w kolejce, niczym niecierpliwi pasażerowie metra, z tuzin rozmaitych zwierząt. Wyskoczyły na zewnątrz jedno przez drugie, przewracając Gaby.
— Pomóż mi, Rocky! — zawołała rozpaczliwie, posyłając jedno szybkie spojrzenie w kierunku Cirocco.
— Jasne. — Rzuciła swój bagaż Calvinowi, który wraz z Gene’em był już w środku i wciągnęła tamtą. Gaby była taka drobna i zimna.