— Dwie godziny.
— Dwie godziny — powtórzyła Gaby ponuro.
Rozległ się pospieszny stukot kopyt i w otwartym zwieraczu Gwizdka pojawiła się Piszczałka. Chwyciła Gaby za ramię.
— Nasza mała — zaśpiewała. — To ci pomoże. — Wcisnęła jej w rękę bukłak wina.
— Skąd wiedziałaś… — zaczęła Cirocco.
— Dostrzegłam lęk w jej oczach i przypomniałam sobie, jak się mną kiedyś opiekowała. Czy dobrze zrobiłam?
— Spisałaś się fantastycznie, moje dziecko. Dziękuję ci w jej imieniu. — Nie zdradziła się przed Piszczałką z bukłakiem, który załadowała do swojego plecaka dokładnie z takim samym przeznaczeniem.
— Nie pocałuję cię znowu, ponieważ twierdzisz, że wrócisz. Niech ci się poszczęści i niechaj Gaja cię nam przywróci.
— Wszystkiego dobrego. — Otwór zamknął się bezdźwięcznie.
— Co powiedziała?
— Życzyła ci, żebyś sobie dała w czub.
— Kropnęłam już jednego, a może i dziesięć. Ale skoro o tym mówisz…
Cirocco pozostała przy niej, gdy oddawała się kuracji, pojąc ją winem tak długo, aż znalazła się na krawędzi utraty przytomności. Kiedy upewniła się, że Gaby jest bezpieczna, dołączyła do mężczyzn na przodzie gondoli.
Od dawna już żeglowali w powietrzu. Woda, która stanowiła balast, ciągle jeszcze wyciekała przez otwór w pobliżu nosa Gwizdka.
Wkrótce szybowali ponad górną powierzchnią kabla. Patrząc w dół Cirocco widziała drzewa i połacie trawy. Niektóre części kabla były całkowicie zarośnięte. Była to tak olbrzymia konstrukcja, że wyglądem przypominała płaski pas ziemi. Aż do samego sklepienia nie było żadnego niebezpieczeństwa upadku.
Światło stopniowo zaczęło przygasać. W ciągu dziesięciu minut dotarli w strefę zabarwionej na pomarańczowo szarówki, zmierzając ku wiecznej nocy. To stopniowe zanikanie światła napawało Cirocco smutkiem. Przeklinała jego monotonię, ale przynajmniej było to światło. Przez jakiś czas go nie zobaczą.
Być może nie zobaczy go już nigdy.
— To jest koniec trasy — powiedział Calvin. — Gwizdek nieco się obniży i wysadzi was na kablu. Powodzenia, zwariowani głupcy. Będę na was czekał.
Gene pomógł Cirocco wpasować Gaby w uprząż spadochronu, a potem wyskoczył pierwszy, by złapać ją na ziemi. Cirocco obserwowała całą operację z góry, a potem dostała od Calvina buziaka na szczęście. Ułożyła swoją uprząż wokół bioder i wysunęła stopy za brzeg otworu.
Poleciała prosto w strefę mroku.
Rozdział 19
Kiedy wylądowali na kablu, poczuli się lżejsi. Zbliżyli się o około sto kilometrów do centrum Gai i znajdowali się sto kilometrów od jej dna. Siła przyciągania osłabła z prawie jednej czwartej przyciągania ziemskiego do mniej niż jednej piątej. Plecak Cirocco ważył teraz niemal dwa kilo mniej, a jej ciało było lżejsze o dwa i pół kilo.
Jesteśmy sto kilometrów od miejsca, w którym kabel łączy się ze sklepieniem — powiedziała Cirocco. — Według mnie, nachylenie wynosi tutaj mniej więcej trzydzieści stopni. Na razie więc droga nie powinna sprawiać szczególnych trudności.
Gene spojrzał na nią sceptycznie.
— Powiedziałbym raczej, że czterdzieści stopni, a może nawet czterdzieści pięć. Poza tym nachylenie wyraźnie wzrasta. Przy samym dachu może osiągnąć jakieś sześćdziesiąt stopni.
— Ale przy tym słabym przyciąganiu…
— Takie nachylenie to nie przelewki — powiedziała Gaby. Siedziała na ziemi, z twarzą zieloną, ale już spokojną. Zwymiotowała potężnie i powiedziała, że wszystko jej jedno, co zrobi, byle nie miało to nic wspólnego z wnętrzem miękkolota. — Zaliczyłam na Ziemi kilka niezłych tras wspinaczkowych z teleskopem na plecach. Trzeba na to sporej kondycji, której niestety nie mamy.
— Ona ma rację — powiedział Gene. — Straciła na wadze. Słaba grawitacja rozleniwia.
— Oj, ludzie, defetyści z was.
Gene potrząsnął głową.
— Nie, po prostu nie sądzę, żebyśmy byli w stanie pokonać jakoś różnicę w sile przyciągania. Poza tym nie zapominajmy, że bagaże ważą prawie tyle samo co my. To wymaga dużej ostrożności.
— Do diabła, my tu wybieramy się na najdłuższą wspinaczkę górską, jaką kiedykolwiek podjęły istoty ludzkie i co, czy słyszę ochoczy śpiew? Nie, nic tylko narzekanie.
— Jeżeli już mamy coś zaśpiewać — powiedziała Gaby — zróbmy to lepiej teraz. Nie sądzę, żebym potem była w odpowiednim nastroju.
No cóż — pomyślała Cirocco — przynajmniej spróbowałam. Doskonale wiedziała, że droga będzie bardzo trudna, ale w jakiś sposób wyczuwała, że prawdziwe trudności zaczną się dopiero z chwilą dotarcia do sklepienia, a więc mniej więcej za pięć dni.
Znajdowali się w ciemnym lesie. Ponad nimi górowały drzewa z mętnego szkła, które dodatkowo filtrowały tę resztkę światła, która docierała do strefy mroku i nadawały wszystkiemu brązowy odcień. Nieprzeniknione, stożkowate cienie wskazywały na wschód, w stronę nocy. Tuż nad ich głowami rozpościerała się pokrywa z celofanowych liści, różowych, pomarańczowych, niebieskozielonych i złotych: rozbuchany zachód słońca późnym, letnim wieczorem.
Grunt drżał lekko pod ich stopami. Cirocco pomyślała o ogromnych ilościach powietrza mknących przez kabel do piasty i zastanowiła się, czy nie można by jakoś wykorzystać tej potęgi.
Wspinaczka nie była trudna. Powierzchnia była twarda i gładka, pokryta ubitym piachem. Ukształtowanie terenu było uzależnione od ułożenia pasm pod cienką warstwą ziemi. Grzbiety włókien wyginały się w długie łuki, które po kilkuset metrach zakrzywiały się w stronę nachylonych części kabla.
Roślinność była najbujniejsza tam, gdzie utrzymała się najgrubsza pokrywa ziemi — pomiędzy włóknami. Przyjęli Taktykę posuwania się wzdłuż grzbietu aż do miejsca, gdzie zaczynał się wić pod kablem, a potem przekraczali płytki parów i przenosili się na kolejny grzbiet skierowany na południe. Tak szli następne pół kilometra, a potem znowu przekraczali dolinkę.
Dnem każdego parowu płynęły niewielkie strumienie.
Ledwie się sączyły, ale były wartkie i żłobiły aż do kabla głębokie kanały w piachu. Cirocco domyślała się, że strumienie muszą spadać gdzieś po prawej stronie kabla na południowym zachodzie.
Gaja tu w górze była równie płodna jak na powierzchni. Wiele drzew było okrytych owocami, a w ich gałęziach myszkowała masa zwierząt. Cirocco rozpoznała powolne zwierzę wielkości królika, które było jadalne i łatwe do upolowania.
Pod koniec drugiej godziny wspinaczki Cirocco zdała sobie sprawę, że pozostali mieli rację. Przekonała się o tym, kiedy chwycił ją kurcz w łydce i powalił na ciepłą ziemię.
— Tylko nic nie mówcie, do cholery.
Gaby wyszczerzyła zęby w uśmiechu. Okazała współczucie, ale głównie była zadowolona z siebie.
— To nachylenie. Tego się nie czuje, kiedy idziesz pod górę. Miałaś rację co do wagi, ale pochyłość zbocza sprawia, że opierasz się głównie na palcach stóp.
Gene usiadł obok nich, opierając się plecami o zbocze.
Pomiędzy drzewami widzieli skrawek Hyperiona, lśniący jasno i obiecująco.
— Ciężar też jest problemem — powiedział. — Musiałem się tak pochylić, że podpierałem się nosem, żeby w ogóle posuwać się do przodu.
— Bolą mnie stopy — potwierdziła Gaby.
— Mnie też — powiedziała żałośnie Cirocco. Kiedy rozmasowała nogę, ból ustąpił, ale wiedziała, że powróci.
— To cholernie łudzące — powiedział Gene. — Może lepiej by nam poszło na czworakach. Tak jak teraz, za bardzo obciążamy uda i tylne mięśnie nóg. Musimy je w jakiś sposób rozprostować.