Выбрать главу

Z końcem tego dnia mieli za sobą już siedemdziesiąt kilometrów w linii prostej i zbliżyli się o pięćdziesiąt kilometrów do piasty. Drzewa były tu na tyle rzadkie, iż mogli zobaczyć, że wspięli się już powyżej poziomu stropu i zrobili kawał drogi ku trójkątnej przestrzeni pomiędzy kablem i przypominającą dzwon gardzielą szprychy nad Reą. Spoglądając w dół widzieli rozpościerający się pod nimi Hyperion, tak jakby lecieli latawcem przywiązanym monstrualnym sznurkiem do skalistego węzła zwanego miejscem wiatrów.

Rankiem szóstego dnia dostrzegli połyskiwanie szklanego zamku. Cirocco i Gaby przycupnęły w plątaninie korzeni drzew i obserwowały widok, a Gene podpełzł z końcem liny do podnóża budowli.

— Być może to jest właśnie to miejsce — powiedziała Cirocco.

— Masz na myśli windę? — parsknęła Gaby. — Jeśli tak, to już wkrótce będę jechać cyrkowym wagonikiem na papierowych kołach.

Budowla przypominała nieco włoskie miasteczko na stoku wzgórza, ale wykonane z cukrowej waty, mające może z milion lat i częściowo stopione. Wieżyce i balkony, łuki, śmigłe przypory, wykusze i poddasza znajdowały się na wystającej półce skalnej i przelewały się przez jej krawędź niczym nalany na wafelek i zamrożony syrop. Wysokie wieże strzelały pod najrozmaitszymi kątami i przypominały ołówki wepchnięte w kubek. Były smukłe, ostre i połyskiwały jak śnieg albo kolorowa wata cukrowa. — To są ruiny, Rocky.

— Widzę. Pozwól działać mojej wyobraźni, dobrze?

W tym miejscu rozegrała się kiedyś milcząca walka zamku z krętymi białymi pnączami. Wyglądało jednak na to, że zawarto rozejm: zamek został wprawdzie śmiertelnie uszkodzony, ale kiedy podeszli bliżej, usłyszeli, że pnącza wydzielają suchy szelest śmierci.

— Niczym hiszpański mech — zauważyła Gaby, wyrywając pęk ze skłębionej masy.

— Ale większy.

Gaby wzruszyła ramionami.

— Jeżeli Gaja nie może zbudować czegoś dużego oszczędnie, nie przejmuje się zbytnio i tworzy rzeczy olbrzymie.

— Widzę drzwi na górze! — krzyknął do nich Gene. — Chcecie wejść?

— A jak myślisz?

Brzeg półki dzieliło od ściany zamku pięć metrów płaskiego terenu. Niedaleko dostrzegli okrągły łuk, niewiele wyższy niż Cirocco.

— Rany! — odetchnęła Gaby, opierając się o ścianę. — Spacer po płaskim terenie przyprawia mnie o zawrót głowy. Już prawie zapomniałam, jak to jest.

Cirocco zapaliła lampę i ruszyła za Gene’em przez wykończony łukiem otwór prowadzący do szklanego korytarza.

— Lepiej trzymajmy się razem — powiedziała.

Wydawało się, że ostrożność jest uzasadniona. Żadna z powierzchni nie odbijała wprawdzie całkowicie światła, ale i tak bardzo to przypominało gabinet luster. Mogli zaglądać przez ściany do pokoi położonych po obu stronach korytarza. Te pokoje miały ściany również ze szkła, więc widzieli też wnętrza dalszych pomieszczeń.

— Jeżeli już tu wleziemy, to jak się potem wydostaniemy? — spytała Gaby.

Cirocco pokazała na podłogę.

— Będziemy szli po śladach.

— Ach. Jaka jestem głupia. — Gaby schyliła się i przyjrzała drobniutkiemu pyłowi zaścielającemu podłogę. Gdzieniegdzie rozrzucone były większe, płaskie płytki.’

— Mielone szkło — powiedziała. — Lepiej się nie przewrócić. Gene potrząsnął głową.

— Ja też z początku tak sądziłem, ale to jednak nie jest szkło. To jest cienkie niczym bańka mydlana i nie wytrzymuje nacisku. — Wybrał kawałek ściany i nacisnął delikatnie dłonią. Pękła z delikatnym brzękiem. Złapał jeden z odłamków i skruszył w dłoni.

— Ile jeszcze takich ścian rozwalisz, zanim drugie piętro zwali się nam na głowę? — spytała Gaby, wskazując pokój położony nad nimi.

— Myślę, że sporo. Zrozum, teraz to wygląda jak jakiś upiorny labirynt, ale kiedyś było zapewne inaczej. Przechodzimy przez niektóre ściany tylko dlatego, że coś już je przedtem rozwaliło. Kiedyś był to jednak zespół sześcianów nie połączonych ani wejściem, ani wyjściem.

Gaby i Cirocco spojrzały po sobie.

— Przypomina to budowlę, którą widzieliśmy u podnóża kabla — powiedziała Cirocco. Opisała ją Gene’owi.

— Kto buduje pokoje bez wejścia i wyjścia? — spytała Gaby.

— Łodzik — powiedział Gene.

— Co proszę?

— Łodzik. Wytwarza spiralną muszlę. Kiedy jest za mała, przesuwa się, zamykając na głucho opuszczoną część muszli za sobą. Można ją przeciąć na pół, są bardzo ładne. Bardzo to przypomina budowlę, którą mi opisałyście: małe pomieszczenia na dole, duże na górze.

Cirocco zmarszczyła brwi.

— Ale te pokoje sprawiają wrażenie, jakby były takie same.

Gene potrząsnął głową.

— Różnica nie jest duża. Ten pokój jest nieco wyższy niż tamten. Gdzieś powinny być mniejsze pokoje. Może te zbudowane po bokach.

Zaczęli sobie wyobrażać stworzenia, które zbudowały szklany zamek na podobieństwo korali morskich. Kolonia opuściła domki, kiedy z nich wyrosła i budowała dalsze na ich szczątkach. Część zamku sięgała dziesięciu pięter lub nawet wyżej. Konstrukcja całej budowli nie opierała się na cieniutkich ścianach, ale na dźwigarach wzdłuż brzegów. Przypominały sztaby przezroczystego plexiglasu, grube na kilka centymetrów, bardzo twarde i mocne. Gdyby nawet wszystkie ściany zamku zwaliły się, zarys konstrukcji pozostałby widoczny niczym stalowe rusztowanie wieżowca.

— Ktokolwiek to zbudował, na pewno nie był ostatnim użytkownikiem — zasugerowała Gaby. — Ktoś się tu wprowadził później i poczynił masę zmian, chyba że te stworzenia były znacznie bardziej skomplikowane, niż to założyliśmy. Tak czy owak, od dawna nikogo tu już nie ma.

Cirocco próbowała ukryć rozczarowanie, ale nie na wiele się to zdało. To było fiasko. Nadal znajdowali się daleko od wierzchołka i wyglądało na to, że będą się musieli wspinać dalej.

— Nie złość się.

— O co chodzi? — Cirocco powoli otrząsnęła się ze snu. Trudno uwierzyć, że minęło już osiem godzin — pomyślała. Ale skąd wiedziała? Przecież ona miała zegarek.

— Nie patrz. — Powiedział to tym samym spokojnym tonem, ale Cirocco zamarła z na wpół uniesionym ramieniem. Dostrzegła twarz Gene’a pomarańczową w blasku dogasającego ognia. Klęczał nad nią.

— Dlaczego… co się stało, Gene? Coś złego?

— Po prostu się nie złość. Nie chciałem jej zranić, ale nie mogłem też pozwolić, by się przyglądała, prawda?

— Gaby? — zaczęła się podnosić i wtedy dostrzegła nóż w jego dłoni. W rozbłysku wyostrzonej świadomości zauważyła kilka rzeczy na raz: Gene był nagi, a Gaby — również goła — leżała na brzuchu i wydawało się, że nie oddycha. Gene miał erekcję i ręce umazane krwią. Jej zmysły napięły się aż do bólu. Słyszała jego równy oddech, czuła krew i przemoc.

— Nie złość się — powiedział trzeźwo. — Nie chciałem, żeby tak się stało, ale zmusiłaś mnie do tego.

— Powiedziałam tylko…

— Jesteś zła, widzę to. — Westchnął, jakby się skarżył na niesprawiedliwość tego świata, a potem wyciągnął drugi nóż — należący do Gaby — trzymając go w lewej ręce. — Jeżeli o tym pomyślisz, powinnaś winić siebie. Jak myślisz? Z czego jestem zrobiony? Jesteś przecież kobietą. Czy matki uczą was być egoistkami? Czy tak?