Выбрать главу

Ocknęła się nagle z głośnym krzykiem, tak jak nigdy dotąd. Nie miała pojęcia, gdzie jest, ale miała wrażenie, że znowu była w brzuchu bestii i to nie sama. Był tam jeszcze Gene, który spokojnie wyjaśniał jej, dlaczego zamierza ją zgwałcić.

Potem zgwałcił ją. Przestała wrzeszczeć.

Nie znajdowała się już w szklanym zamku. Wokół jej pasa ktoś obwiązał linę. Przed sobą widziała opadający teren. Daleko poniżej połyskiwało ciemnosrebrzyste morze Rei.

Gaby była obok, najwyraźniej bardzo zajęta. W talii przewiązana była dwoma linami. Jedna biegła w górę stoku i była umocowana do tego samego drzewa, co Cirocco. Druga była napięta i biegła w ciemność. Łzy wypłukały kanaliki w zakrzepłej krwi pokrywającej jej twarz. Użyła noża do przecięcia jednej z lin.

— Czy to plecak Gene’a, Gaby?

— Tak. Nie będzie go już potrzebował. Jak się czujesz?

— Mogło być gorzej! Podciągnij go, Gaby.

Spojrzała na nią z otwartymi ze zdumienia ustami.

— Nie chcę stracić liny.

Jego twarz była krwawą ruiną. Jedno oko w całości zakrywała opuchlizna, drugie było tylko wąziutką szparką. Miał złamany nos i wybite trzy przednie zęby.

— Nieźle mu się dostało — zauważyła Cirocco.

— To nic w porównaniu z tym, co chciałam mu zrobić.

— Otwórz jego plecak i zabandażuj mu ucho. Ciągle krwawi.

Gaby była bliska wybuchu, ale Cirocco powstrzymała ją nieugiętym spojrzeniem.

— Nie mam zamiaru go zabić, więc o niczym takim nie mów.

Ucho miał fatalnie poturbowane siekierą, którą rzuciła Gaby. Było to raczej przypadkowe uderzenie: chciała trafić w skroń, ale toporek skręcił w powietrzu i drasnął go tylko, pozbawiając jednak przytomności. Jęczał, kiedy Gaby go opatrywała.

Cirocco zaczęła przetrząsać jego plecak, wybierając rzeczy, które mogły być niepotrzebne. Zatrzymała zapasy żywności i broń, a wszystko inne wyrzuciła.

— Jeżeli puścimy go żywego, będzie nas ścigał, dobrze o tym wiesz.

— Możliwe i na pewno wolałabym tego uniknąć. Ale będzie musiał pokonać krawędź.

— Więc dlaczego, do diabła…

— Ze spadochronem. Rozwiąż mu nogi.

Ułożyły dokładnie uprząż w jego pachwinach. Znowu zajęczał i Rocky odwróciła wzrok, by nie widzieć, co Gaby mu robi.

— Myślał, że mnie zabił — mówiła, zawiązując ostatni węzeł bandaża. — Faktycznie próbował, ale zdążyłam odwrócić głowę.

— Coś poważnego?

— Niegłębokie cięcie, ale krwawi jak cholera. Byłam oszołomiona i miałam szczęście, że byłam zbyt słaba, by się ruszyć po tym, jak on… po tym… — Otarła wierzchem dłoni cieknący nos. — Dość szybko zemdlałam. Następny obraz, jaki pamiętam, to on schylający się nad tobą.

— Dobrze, że ocknęłaś się dopiero wtedy. Beznadziejnie sknociłam ucieczkę. Dziękuję, że znowu uratowałaś mi tyłek.

Gaby spojrzała na nią ponuro. Cirocco od razu pożałowała takiego doboru słów. Gaby wydawała się czuć osobiście odpowiedzialna za to, co się stało. To na pewno nie było takie łatwe — pomyślała Cirocco — leżeć spokojnie, kiedy gwałcą kogoś, kogo kochasz.

— Dlaczego darowałaś mu życie?

Cirocco popatrzyła na leżącego na ziemi Gene’a i musiała powstrzymać nagły przypływ piekącej, niepowstrzymanej furii. Za chwilę jednak była znowu spokojna.

— Ja… wiesz, że przedtem nigdy taki nie był.

— Nie jestem pewna, czy nie był. Pod spodem zawsze musiał być takim pieprzonym zwierzęciem, inaczej jak mógłby coś takiego zrobić?

— Wszyscy trochę tacy jesteśmy. Tłamsimy to w sobie, ale on już nie mógł nad tym zapanować. Mówił do mnie jak mały chłopczyk, któremu dzieje się krzywda. Nie żeby był zły, po prostu czuł się skrzywdzony, ponieważ nie dostał tego, czego właśnie zapragnął. Coś się z nim stało po katastrofie statku, podobnie jak coś stało się ze mną. I z tobą też.

— Ale my nie próbowałyśmy nikogo zabić. Posłuchaj. Spuśćmy go na dół na spadochronie. W porządku. Uważam jednak, że powinien tutaj rozstać się ze swoimi jajami. — Uniosła nóż, ale Cirocco pokręciła głową.

— Nie. Nigdy za bardzo go nie lubiłam, ale jakoś się znosiliśmy. Był dobrym członkiem załogi, a teraz nie jest zdrowy na umyśle i… — Chciała powiedzieć, że częściowo była to jej wina, że nigdy by nie postradał zmysłów, gdyby nie straciła statku, ale tego właśnie nie zdołała wykrztusić.

— Daję mu szansę, mając na uwadze to, czym był. Powiedział, że ma tam na dole przyjaciół. Może to tylko zwykłe urojenia, ale jeżeli nie, to może przyjmą go do swojego grona. Przetnij mu więzy.

Gaby przecięła je, a Cirocco zacisnęła zęby i pchnęła go nogą. Powoli się ześlizgiwał i jakby zaczynał zdawać sobie sprawę z tego, co się z nim dzieje. Wrzasnął, widząc ciągnący się za nim spadochron, a potem zniknął za krzywizną kabla. Nie zdołały zobaczyć, czy spadochron się otworzył.

Obie kobiety jeszcze długo siedziały w tym samym miejscu. Cirocco bała się odezwać. Bała się, że zacznie płakać i nie będzie mogła się pohamować, a na to nie miały czasu. Musiały zająć się opatrzeniem ran, a potem dokończyć podróż.

Z głową Gaby nie było tak źle. Powinna mieć założone szwy, ale dysponowały jedynie środkiem dezynfekującym i bandażami. Będzie miała szramę na czole. Podobnie zresztą jak Cirocco: pierwszą od upadku na podłogę zamku, drugą w miejscu cięcia od podbródka aż do lewego ucha, a trzecią przez plecy. Nie były to jednak rany na tyle poważne, by się nimi przejmować.

Opatrzyły się wzajemnie i spakowały plecaki. Cirocco zadarła głowę i przyjrzała się długiej powierzchni kabla, którą musiały się wspiąć, żeby dotrzeć do szprychy.

— Myślę, że powinnyśmy wrócić do zamku i odpocząć, zanim się za to zabierzemy — powiedziała. — Kilka dni. Musimy nabrać siły.

Gaby spojrzała w górę.

— Chyba masz rację. Ale dalsza część powinna być łatwiejsza. Znosząc was tutaj, znalazłam schody.

Rozdział 20

Schody wyłoniły się z wielkiej kupy piachu w najwyżej położonej części zamku. Biegły prostym łukiem, niknąc w oddali. Stopnie miały półtora metra szerokości i czterdzieści centymetrów wysokości. Wydawało się, że są wyryte w powierzchni kabla.

Cirocco i Gaby przeszły kawałek i zaczęły podejrzewać, że mogą mieć z nich niewielki pożytek. Odchylały się ku południowi, w stronę spadku. Prawdopodobnie dalej były nie do przebycia.

Mimo wszystko jednak stopnie nadal były idealnie równe. Wkrótce wkroczyły na tarasowatą półkę, zamkniętą z jednej strony pionowo wznoszącą się olbrzymią ścianą, a z drugiej ostrym urwiskiem. Nie było barierki i w ogóle żadnego zabezpieczenia. Przytuliły się do ściany, drżąc przy każdym podmuchu wiatru.

Dalej półka zamieniała się w tunel. Przejście następowało stopniowo. Po prawej stronie nadal pozostawała otwarta przestrzeń, ale ściana zaczęła się zakrzywiać nad ich głowami, tworząc sklepienie. Droga zagłębiała się pod powierzchnię kabla. Cirocco próbowała ją sobie jakoś wyobrazić: cały czas w górę, śrubą wokół kabla.

Po następnych dwóch tysiącach kroków otoczyła je nieprzenikniona ciemność.

— Schody — wymamrotała Gaby. — Zbudują takie coś i nazywają schodami. — Zatrzymały się, by wydobyć lampy. Gaby napełniła swoją olejem i przycięła knot. Miały zamiar palić tylko jedną na raz, modląc się w duchu, by wystarczyło oleju, zanim wynurzą się po przeciwnej stronie.