Выбрать главу

— Być może mieli fioła na punkcie kondycji — poddała Cirocco. Zapaliła zapałkę i przytknęła ją do knota. — Bardziej prawdopodobne jednak, iż jest to urządzenie awaryjne na wypadek braku energii.

— No cóż, dobrze, że w ogóle są — przyznała Gaby.

— Prawdopodobnie biegną na całej długości kabla, ale na dole są przysypane piachem. Oznacza to, że nikt tu nie zaglądał od dawna. Tamte drzewa w górze muszą być jakimiś mutacjami.

— Skoro tak mówisz. — Gaby podniosła lampę i rozejrzała się dookoła, a później zerknęła do tyłu, gdzie widać było jeszcze resztki światła. Zmrużyła oczy.

— Spójrz, wygląda na to, że droga biegnie pod kątem. Obiega zewnętrzną część, a potem skręca w lewo i idzie prosto do środka.

Cirocco popatrzyła uważnie i musiała przyznać Gaby rację.

— Wygląda więc na to, że możemy przebijać się samym środkiem.

— Tak? A pamiętasz miejsce wiatrów? Całe powietrze tędy idzie.

— Gdyby ten tunel prowadził do kanału powietrznego, już byśmy o tym wiedziały. Po prostu by nas zdmuchnęło.

Gaby przyjrzała się schodom wznoszącym się w pełgającym świetle lampy i pociągnęła nosem.

— Dość ciepło tu. Zastanawiam się, czy będzie jeszcze cieplej.

— Nie przekonamy się, dopóki nie wejdziemy wyżej.

— No tak. — Gaby zachwiała się, nieomalże wypuszczając lampę z rąk. Cirocco położyła jej rękę na ramieniu.

— Dobrze się czujesz?

— Tak, ja… nie, cholera, wcale dobrze się nie czuję. — Oparła się o ciepłą ścianę korytarza. — Kręci mi się w głowie i mam watę w kolanach. — Podniosła rozwartą dłoń do oczu i zauważyła, że lekko drży.

— Może jednodniowy odpoczynek nie wystarczył. — Cirocco przyjrzała jej się uważnie, popatrzyła w górę korytarza i zmarszczyła brwi. — Miałam zamiar najpierw wyjść na drugą stronę kabla i dopiero wtedy odpocząć.

— Dam radę.

— Nie — zadecydowała Cirocco. — Nie jestem aż taka ostra. Pytanie brzmi: rozbijamy obóz w tym gorącym korytarzu czy wychodzimy na zewnątrz.

Gaby spojrzała na kaskadę stopni za nimi.

— Mogę się trochę spocić.

Pomyślały, że pomimo tak nieznośnego gorąca dobrze byłoby jednak rozpalić ogień. Nie było żadnej dyskusji: Cirocco wyciągnęła małe gałązki i mech z bagażu Gene’a i zaczęła budować ognisko. Wkrótce siedziały przy niewielkim, trzaskającym płomieniu. Dokładała skąpo, rozkładając skromny obóz. Rozwinęły śpiwory, wyciągnęły patelnie i noże i przeszukały zapasy w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego na kolację.

Tworzymy dobry zespół — pomyślała Cirocco, kucając i przyglądając się, jak Gaby kroi warzywa do bulgoczących resztek wczorajszego gulaszu. Miała małe i zręczne ręce, brązowe od wrośniętego w dłonie piachu. Nie mogły sobie pozwolić na mycie.

Gaby otarła czoło wierzchem dłoni i spojrzała na Cirocco. Uśmiechnęła się nieśmiałym, wątłym uśmiechem, który rozszerzył się na widok uśmiechniętej przyjaciółki. Jedno oko prawie w całości zakrywały bandaże. Zanurzyła łyżkę w gulaszu i siorbała z apetytem.

— Te rzodkiewki lepiej smakują, gdy są kruche — powiedziała. — Daj mi talerz.

Nalała obfitą porcję, po czym usiadły, jedząc ze smakiem.

Potrawa była pyszna. Słuchając wszystkich tych drobnych dźwięków, pykania ognia i skrobania łyżek o drewniane talerze, Cirocco była wdzięczna losowi, że może się odprężyć i nie myśleć o niczym.

— Masz jeszcze trochę soli?

Cirocco pogrzebała w bagażu i znalazła woreczek, a przy okazji dwa kawałki jakichś zapomnianych łakoci owiniętych w żółte liście. Wcisnęła jeden cukierek do ręki Gaby i zaśmiała się, kiedy jej oczy zalśniły łakomie. Odłożyła patelnię i rozwinęła paczuszkę, podtykając pod nos i uważnie obwąchując. Pachniała za dobrze, żeby zjeść ją za jednym razem. Ugryzła połowę, a usta jej wypełnił aromat moreli i słodkiego kremu.

Gaby niemal dostała histerii, widząc rozkosz na twarzy Cirocco. Rocky zjadła drugą połowę, a później zaczęła rzucać ukradkowe spojrzenia na cukierek odłożony przez Gaby, która próbowała zachować kamienną twarz.

— Jeżeli masz zamiar zostawić to na śniadanie, to będziesz musiała stać nad tym przez całą noc.

— O, nie ma zmartwienia. Jestem po prostu na tyle dobrze wychowana, by wiedzieć, że deser je się po obiedzie.

Rozwijała cukierek całe pięć minut, a potem badała uważnie go przez następnych pięć, mrucząc coś niewyraźnie na widok wygłupów Cirocco. Cirocco zupełnie nieźle odegrała przy stole spaniela i bezdomnego psiaka zaglądającego przez okno piekarni. Zrezygnowała dopiero wtedy, gdy Gaby ulokowała cukierek w ustach.

Bawiła się tak znakomicie, że niemal zabolała ją nagła myśl — czy bezmyślność jest mądra. Gaby była wyraźnie w siódmym niebie, miała twarz zarumienioną śmiechem i podnieceniem i oczy rzucające błyski.

Dlaczego nie mogła się po prostu odprężyć i cieszyć chwilą?

Musiała jakoś dać po sobie poznać troskę, bo Gaby natychmiast spoważniała. Dotknęła ręki Cirocco i spojrzała z prośbą w oczach, a potem powoli potrząsnęła głową. Żadna z nich nie odezwała się słowem, wreszcie Gaby powiedziała to najprościej, jak było można:

— Nie musisz się mnie bać.

Cirocco uśmiechnęła się, a Gaby odpowiedziała uśmiechem. Wyskrobały resztki gulaszu, trzymając półmiski pod brodą i nie przejmując się stołowym bon tonem.

Coś się jednak pomiędzy nimi zmieniło. Gaby milczała. Po chwili zaczęły jej drżeć ręce, a talerz stuknął o schody, na których obozowały. Usiadła pochlipując, a dłoń Cirocco na jej ramieniu sprawiła, że zaczęła sięgać po omacku. Ściągnęła kolana i wbiła pięści pod brodę, chowając twarz na szyi Cirocco i ciągle łkając.

— Och, tak boli, tak strasznie boli.

— A więc wyrzuć to z siebie. Płacz — oparła policzek o czarne, delikatne włosy, które zaczęły się już mierzwić, a potem uniosła podbródek Gaby i poszukała miejsca pomiędzy bandażami, które mogłaby pocałować. Znalazła je na policzku, ale w ostatniej chwili — niepewna, dlaczego to robi — pocałowała Gaby w usta. Były wilgotne i bardzo ciepłe.

Gaby przyjrzała jej się przez dłuższą chwilę, głośno pociągnęła nosem, a potem znowu położyła głowę na jej ramieniu. Bez płaczu, bez spazmów.

— Skąd bierzesz tyle siły? — spytała stłumionym głosem.

— A ty, skąd bierzesz tyle odwagi? Ciągle ratujesz mi życie.

Gaby potrząsnęła głową.

— Nie, mówię poważnie. Gdybym nie mogła się na tobie oprzeć właśnie teraz, chyba bym zwariowała. — A ty nawet nie płaczesz.

— Rzeczywiście, płacz nie przychodzi mi łatwo.

— Nawet zgwałconej? — Znowu poszukała oczu Cirocco. — Boże, tak strasznie mnie to boli. Boli mnie to, co zrobił Gene i boli mnie twoje cierpienie. Nie wiem, co gorsze.

— Gaby, jestem gotowa kochać się z tobą, jeżeli to pohamuje ból, ale ja też cierpię. Fizycznie.

Gaby potrząsnęła głową.

— Nie chciałabym tego nawet gdybyś czuła się świetnie. Jeżeli nie jesteś jeszcze „gotowa”, to na nic się to nie zda. Nie jestem Gene’em i wolę cierpieć, niż mieć cię w ten sposób. Wystarczy mi, że cię kocham.

Co powiedzieć, co powiedzieć? — zastanawiała się. Trzymaj się prawdy — odpowiedziała sobie.

— Nie wiem, czy kiedykolwiek będę mogła odwzajemnić twoją miłość. Na pewno nie w ten sposób. Ale właśnie dlatego musisz mi pomóc. — Objęła Gaby i szybko wytarła jej nos. — Pomóż mi, jesteś przecież moim najlepszym przyjacielem.