Выбрать главу

— A co myślisz o zbadaniu reszty ściany?

— Po co? Mogłyśmy już minąć to, czego szukamy. Po prostu nie ma sposobu, żeby to wypatrzeć.

— Chyba masz rację. Dobra, prowadź.

Wspinaczka była bardzo uciążliwa: nudna, ale wymagająca ciągłej uwagi. Stopniowo nabierały wprawy, jednak Cirocco wiedziała, że nigdy nie będzie to takie łatwe jak droga wzdłuż kabla.

Pocieszającym faktem po pierwszej dziesięciogodzinnej serii była natomiast ich dobra kondycja. Cirocco była znużona, a na jej lewej dłoni wyrósł porządny bąbel, ale poza lekkim bólem pleców czuła się zupełnie dobrze. Potrzebowała jedynie trochę snu. Wspięły się na wierzchołek jednego z drzew, żeby rozejrzeć się przed rozbiciem obozu.

— Czy twoim systemem można zmierzyć taką wysokość?

Gaby zmarszczyła brwi i potrząsnęła głową.

— Raczej nie, ale spróbuję. — Wyciągnęła ręce, zrobiła okienko i przymrużyła oko. — Powiedziałabym… Rety!

Cirocco złapała ją pod ramię, drugą ręką trzymając się gałęzi nad głową.

— Dziękuję. Co by to był za upadek.

— Masz linę. — Wskazała Cirocco.

— Tak, ale nie uśmiecha mi się zadyndać na niej. — Złapała oddech, a potem znowu spojrzała w dół.

— Cóż można powiedzieć? Jest teraz znacznie dalej niż poprzednio, ale strop nie wydaje się ani o metr bliższy. Jeszcze długo będziemy miały takie wrażenie.

— Myślisz, że to mogą być ze trzy kilometry?

— Skoro tak mówisz.

Oznaczało to, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, będą się wspinały sto dni. Cirocco jęknęła cicho i spojrzała ponownie, próbując sobie wmówić, że przeszły pięć kilometrów, choć podejrzewała, że dwa byłyby bliższe prawdy.

Ponownie zapuściły się w gąszcz gałęzi i znalazły dwie, prawie równoległe i biegnące w odległości dwóch i pół metra od siebie. Rozwiesiły na nich hamaki, usiadły na gałęzi i zjadły zimny posiłek, złożony z surowych warzyw i owoców, a potem wgramoliły się do hamaków i przywiązały.

Po dwóch godzinach zaczęło padać.

Cirocco obudziła się, czując strużki cieknące po twarzy, uniosła głowę i spojrzała na zegarek. Ściemniło się. Gaby chrapała spokojnie z twarzą wciśniętą w siatkę. Rano będzie ją bolała szyja. Cirocco zastanawiała się, czy obudzić przyjaciółkę, w końcu zdecydowała jednak, że jeżeli wyśpi się mimo deszczu, wyjdzie jej to na zdrowie.

Wstała i przed przesunięciem hamaka wspięła się na czubek drzewa. Nie widziała niczego poprzez ścianę mgły i potoków deszczu. W centrum padało znacznie mocniej. Tam, gdzie obozowały, docierała tylko woda spadająca z zewnętrznych liści.

Kiedy wróciła, Gaby już nie spała, a deszcz zamienił się w ulewę. Zdecydowały, że nie ma sensu przenosić hamaków. Wydobyły namiot i — po rozpruciu kilku szwów nożem — uzyskały płachtę, którą rozpięły nad obozowiskiem. Wysuszyły się, jak można najlepiej i wróciły do mokrych hamaków. Było straszliwie wilgotno i gorąco, ale Cirocco była tak zmęczona, że prawie natychmiast zasnęła przy wtórze kropel bębniących o płótno.

Po następnych dwóch godzinach znów się obudziły, tym razem dygocąc z zimna.

— Co za noc — jęknęła Gaby.

Cirocco szczękała zębami, wypakowując płaszcze i koce. Owinęły się szczelnie i wróciły do hamaków. Dopiero po upływie pół godziny rozgrzała się na tyle, że mogła zasnąć, kołysana delikatnym ruchem gałęzi.

Cirocco kichnęła, rozdmuchując śnieg. Był bardzo lekki, bardzo suchy i wciskał się w każdą szczelinę koca. Usiadła i strząsnęła z siebie całą lawinę śniegu.

Z brzegu płachty i końców sznura zwisały sopelki lodu.

Wiatr kołysał gałęziami drzew, powodując ciągły trzask i łomot drobinek lodu spadających na zamarznięte płótno. Jedną rękę, którą zostawiła odsłoniętą w czasie snu, miała tak skostniałą, że wielką trudność sprawiło jej dosięgnięcie ramienia Gaby.

— Co? Co? — Gaby rozejrzała się dookoła niewidzącym wzrokiem, próbując otworzyć drugie oko, którego powieki spoił lód. — O, cholera! — Wstrząsnął nią paskudny kaszel.

— Dobrze się czujesz?

— Jeśli nie liczyć zamarzniętego ucha, to tak. I co teraz?

— Musimy założyć wszystko, co mamy i przeczekać w hamaku.

Nie było to łatwe, ale jakoś im się udało. W pewnym momencie zdarzyło się nieszczęście: Cirocco próbowała poradzić sobie sztywnymi palcami i rękawica, którą wkładała, poleciała w wirujący śnieg. Przeklinała przez pięć minut, ale później przypomniała sobie, że na szczęście ma jeszcze rękawice Gene’a.

Potem zaczęło się oczekiwanie.

Nie sposób było spać. Pod warstwą odzieży i koców było wprawdzie dość ciepło, ale brakowało im masek na twarz i gogli. Co dziesięć minut strącały gromadzący się śnieg.

Próbowały rozmawiać, ale wewnątrz szprychy wcale nie było cicho. Cirocco przykryła głowę kocem i stwierdziła, że w tej nie kończącej się zamieci minuty wloką się jak godziny. Poprzez wycie wichru dobiegał ją znacznie bardziej niepokojący dźwięk, przypominający trzaskanie prażonej kukurydzy. Gałęzie, obciążone pokrywą lodu, łamały się pod naporem wichru.

Czekały pięć godzin. Jeżeli coś się zmieniło, to najwyżej to, że wiatr stał się jeszcze zimniejszy i silniejszy. Niedaleko trzasnęła gałąź i Cirocco usłyszała, jak wali się z hałasem przez zmrożony las.

— Gaby, słyszysz mnie?

— Słyszę, kapitanie. Co teraz zrobimy?

— Cholernie niechętnie o tym myślę, ale chyba będziemy się musiały ruszyć. Wolę przejść na którąś z grubszych gałęzi. Nie sądzę, żeby ta, na której siedzimy, mogła trzasnąć, ale przecież wystarczy, że któraś nad nami.

— Czekałam, aż to powiesz.

Wygrzebanie się z hamaków było koszmarem. Ale jeszcze gorzej było, kiedy już się z tym uporały i stanęły na pniu. Sznury zamarzły, więc przed użyciem musiały je mozolnie zginać i skręcać. Kiedy wreszcie ruszyły ku ścianie szprychy, musiały działać bardzo ostrożnie. Oznaczało to konieczność przywiązywania drugiej liny, zanim mogły wrócić, by odplątać pierwszą, a potem powtarzania całego zabiegu, wiążąc węzły albo dłońmi odzianymi w rękawice, albo szybko grabiejącymi palcami. Przy pomocy młotków i haków obłupywały lód z gałęzi, po których się posuwały. Mimo tych wszystkich zabiegów Cirocco spadła dwa razy, a Gaby raz. Za drugim razem Cirocco naderwała sobie mięsień barku, kiedy szarpnięcie liny przerwało jej lot.

Po godzinie mordęgi dotarły do głównego pnia. Był mocno osadzony i na tyle szeroki, że można było na nim usiąść. Wiatr dął tu jednak znacznie mocniej, nie zatrzymywany przez gałęzie. Wbiły haki w drzewo, przywiązały się do nich i przygotowały na długie czekanie.

— Strasznie mi się nie chce podnosić, ale już nie czuję palców.

Cirocco długo kaszlała, zanim była w stanie odpowiedzieć.

— Co proponujesz?

— Nie wiem — powiedziała Gaby. — Wiem natomiast, że jeśli czegoś nie zrobimy, zamarzniemy na śmierć. Musimy iść dalej albo rozejrzeć się za porządnym schronieniem.

Miała rację i Cirocco dobrze o tym wiedziała.

— W górę czy w dół?

— Na dole są schody.

— Właziłyśmy tutaj cały dzień, a wtedy jeszcze lód nam nie przeszkadzał. Powrót do schodów zajmie nam teraz dwa dni. Poza tym wejście może być zawalone śniegiem.