— Właśnie o tym pomyślałam.
— Jeśli już ruszymy, możemy z powodzeniem iść w górę. Tak czy siak, o ile pogoda rychło się nie zmieni, po prostu zamarzniemy. Myślę, że ruch tylko trochę to odwlecze.
— Też tak sądzę — powiedziała Gaby. — Najpierw jednak chciałabym spróbować czegoś innego. Podejdźmy do samej ściany. Pamiętasz, wspominałaś, że anioły mogą żyć w grotach. Może są tam jakieś jaskinie.
Cirocco wiedziała, że podstawową sprawą był ruch, pobudzenie krwiobiegu. Poczołgały się więc wzdłuż pnia, wyrąbując drogę w lodzie. W ciągu kwadransa dotarły do ściany.
Gaby przyjrzała się jej, a potem zebrała w sobie i zaczęła kuć szpikulcem. Lód odpadł, ukazując szarą masę, ale ona rąbała dalej. Kiedy Cirocco zrozumiała, co tamta robi, przyłączyła się do roboty.
Na razie szło dobrze. Wydłubały dziurę o średnicy pół metra. Białe mleko zamarzało, ściekając po ścianie, a one kuły dalej. Gaby wyglądała niczym śnieżny demon: była zasypana aż po czubek nosa, przewiązana wełnianym szalem, z brwiami niczym grube, białe okapy.
Wkrótce dotarły do kolejnej warstwy, która była jednak zbyt twarda, by ją rąbać. Gaby zaatakowała ją z furią, ale ostatecznie musiała dać za wygraną. Opuściła ręce i wściekle spojrzała na ścianę.
— No cóż, to był jakiś pomysł. — Kopnęła z niesmakiem otaczającą je kupę śniegu, która rozpadła się pod wpływem wstrząsu. Spojrzała na nią, a potem wyciągnęła szyję i popatrzyła w zalegający wyżej mrok. Postąpiła krok do tyłu i pośliznąwszy się na lodowych okruchach, pochwyciła rękę Cirocco dla zachowania równowagi.
— Tam u góry jest ciemniejsze pasmo — powiedziała. — Dziesięć… nie, raczej piętnaście metrów w górę. Nieco w prawo. Widzisz?
Cirocco nie była pewna. Dostrzegła kilka ciemnych miejsc, ale żadne nie przypominało jaskini. — Idę w górę przyjrzeć się dokładniej.
— Pozwól, że ja to zrobię. Ty ciężej pracowałaś.
Gaby potrząsnęła głową.
— Jestem lżejsza.
Cirocco nie protestowała, więc Gaby wbiła hak tak wysoko, jak zdołała dosięgnąć. Przywiązała linę i wspięła się na tyle wysoko, by wbić drugi. Kiedy była pewna, że siedzi mocno, wyrwała dolny i przeniosła go wyżej.
Po godzinie Gaby dotarła do celu. Cirocco trzęsła się na dole z zimna, tupiąc nogami i otrzepując z lodowego pyłu, którym zasypywała ją pracująca w górze Gaby. Wreszcie wielki kawał śniegu rozbił się na jej ramionach i zbił ją z nóg.
— Przepraszam! — zawołała Gaby. — Znalazłam coś. Jak tylko trochę oczyszczę, będziesz mogła wejść.
Cirocco z dużym trudem przecisnęła się przez otwór wejściowy, chociaż Gaby obtłukła większą część lodu. Wewnątrz była to płytka nisza o średnicy około półtora metra i nieco mniejszej wysokości. Cirocco musiała zdjąć plecak i dopiero wtedy wciągnęła go za sobą. Siedząc tam we dwie z plecakami miały wrażenie, że prócz nich zmieściłoby się jeszcze tylko pudełko na buty, nie pozbawiając ich resztek powietrza.
— Przytulnie, co? — spytała Gaby, zdejmując łokieć Cirocco ze swojej szyi.
— Przepraszam. O, i za to też. Gaby, moja noga!
— Przepraszam. Gdybyś mogła się skurczyć… tak już lepiej, ale przyjemnie byłoby tu stanąć.
— Gdzie? O rany. — Nagle wybuchnęła śmiechem. Siedziała skurczona z plecami opartymi o sufit i zgiętymi kolanami, a Gaby skuliła się, jak mogła, usiłując zrobić jej więcej miejsca.
— Co w tym takiego śmiesznego?
— Przypomniał mi się taki stary film. Laurel i Hardy w nocnych koszulach, którzy próbują się ułożyć do snu na górnym łóżku w wagonie sypialnym.
Gaby uśmiechnęła się, ale najwyraźniej nie miała najmniejszego pojęcia, o czym mowa.
— No wiesz, górna koja w transkontynentalnym pociągu… Zresztą, mniejsza z tym. Po prostu pomyślałam, jak by im poszło w arktycznym oporządzeniu i z kilkoma walizami. Co robimy dalej?
Wygarnęły resztki śniegu z małej jaskini i zastawiły wejście plecakami. Odcięło to wprawdzie resztki światła, ale jednocześnie zasłoniło przed wiatrem, a więc w sumie się opłaciło. Po dwudziestu minutach szamotania zdołały usadowić się ramię w ramię. Cirocco prawie nie mogła się ruszać, ale nie było powodu się tym martwić w błogosławionym cieple.
— Jak myślisz? Możemy się teraz trochę przespać? — zastanawiała się Gaby.
— Chyba tak. Jak twoje palce?
— W porządku. Jeszcze mrowią, ale są coraz cieplejsze.
— Moje też. Dobrej nocy, Gaby. — Zawahała się przez chwilę, a potem przechyliła i pocałowała ją.
— Kocham cię, Rocky.
— Śpij — powiedziała z uśmiechem.
Cirocco obudziła się z czołem zroszonym potem. Ubranie miała całkowicie przemoczone. Podniosła głowę jak pijana i stwierdziła, że nic nie widzi. Zastanawiając się, czy nadeszło przełamanie pogody, przesunęła lekko plecak, potem nieco mocniej i stwierdziła, że wejście do jaskini zamknęło się.
Już miała budzić Gaby, ale w porę się rozmyśliła. — Najpierw postaraj się wydostać — mruknęła. Nie było sensu mówić Gaby, że została znowu pożarta żywcem, zanim nie okaże się, że to prawda. Gaby na pewno nie przyjęłaby dobrze takiej nowiny, a myśl o tym, że są zamknięte w tak małej przestrzeni — która sama w sobie była okropna — stawała się wprost upiorna, gdy pomyślała o Gaby i jej zaraźliwej panice.
Okazało się, że nie ma powodu do alarmu. Badając ścianę, w której znajdował się otwór, stwierdziła, że zaczyna się rozsuwać niczym przesłona aparatu fotograficznego, aż osiągnął poprzednią szerokość. Pozostało jedynie przejrzyste okienko lodowe, zza którego sączyło się wątłe światło. Uderzyła w nie uzbrojoną w rękawicę pięścią, krusząc lód. Z zewnątrz wionęło zimnem, więc pospiesznie zatkała otwór plecakiem.
Po kilku minutach odsunęła plecak. Otwór ponownie skurczył się do paru centymetrów.
Spojrzała z namysłem na małą dziurkę, układając w głowie wszystkie obserwacje. Dopiero wtedy, kiedy — jak się jej wydawało — wszystko zrozumiała, potrząsnęła ramieniem Gaby.
— Obudź się, dziecko, trzeba znowu wprowadzić poprawki.
— Cooo? — Gaby budziła się szybko. — Do diabła, gorąco tu jak w piecu.
— To właśnie miałam na myśli. Musimy zdjąć trochę łachów. Chcesz się rozebrać pierwsza?
— Zaczynaj. Postaram się nie wchodzić ci w drogę.
— Dobra. Jak myślisz, dlaczego tu jest tak gorąco? Myślałaś o tym?
— Miej litość, Rocky. Dopiero co się obudziłam.
— W porządku, powiem ci. Dotknij ściany. — W czasie skomplikowanej gimnastyki, jaką było zdjęcie kurtki, Gaby potwierdziła jej wcześniejsze spostrzeżenie.
— Jest ciepła.
— Tak. Z początku nie mogłam tego zrozumieć. Myślałam, że drzewa były ponadplanowym dodatkiem, podobnie jak roślinność porastająca kabel, ale przecież tutaj nie mogłyby rosnąć, gdyby ściana nie dostarczała substancji odżywczych. Zastanawiałam się, jaki typ maszyny najlepiej by się do tego nadawał i przypomniałam sobie naturalną maszynę biochemiczną. Zwierzę albo roślina, prawdopodobnie poddane jakimś zabiegom z zakresu inżynierii genetycznej. Wydaje mi się prawie niemożliwe, żeby coś takiego mogło się wykształcić w naturalnym procesie ewolucji w jakimś wyobrażalnym okresie czasu. Ta rzecz ma trzysta kilometrów wysokości, w środku jest pusta i wyściela całą wewnętrzną stronę prawdziwej ściany.
— A drzewa są pasożytami? — Gaby chwytała to szybciej, niż spodziewała się Cirocco.