— Nie, nie przerywaj.
— Kiedyś kochałam mężczyznę i chciałam mieć z nim dzieci. To, co do ciebie czuję, jest bardzo bliskie tamtemu uczuciu, ale jednak inne. Pożądam cię… Och, tak mocno, że nie umiem tego wyrazić. Ale nie mogę powiedzieć na pewno, że cię kocham.
Gaby uśmiechnęła się.
— Życie jest pełne rozczarowań. — Objęła Cirocco ramionami i przyciągnęła ją do siebie.
Wiatr wył na zewnątrz jeszcze pięć dni. Szóstego dnia zaczęła się odwilż, która trwała cały dzień.
Wychodzenie na zewnątrz nadal było niebezpieczne. Z góry z ogromnym hałasem leciały kawały lodu. Kiedy uciszyło się, ich oczom ukazał się migocący, chłodny, lśniący wodą i pełen szmerów i szeptów świat.
Przedostały się na szczyt najbliższego drzewa, słysząc, jak ten dziwny szept narasta. Kiedy mniejsze gałęzie zaczęły uginać się pod ich ciężarem, spadł lekki deszcz: wielkie krople, opadające powoli z liścia na liść.
Powietrze wewnątrz szprychy było przejrzyste, a bliżej ścian — w miarę jak topiący się lód spływał przez listowie — pokazywały się wciąż nowe łuki tęczy. Na dnie szprychy tworzyło się jezioro.
— I co teraz? — spytała Gaby.
— Bliżej ściany i w górę. Straciłyśmy masę czasu.
Gaby kiwnęła głową.
— Jak wiesz, mnie to nie robi różnicy, dopóki jesteśmy razem. Ale czy mogłabyś mi jeszcze raz wyjaśnić: dlaczego?
Cirocco miała właśnie ochotę powiedzieć, że to głupie pytanie, ale nagle zdała sobie sprawę, że wcale nie było takie głupie. Kiedy były zamknięte w schronie, przyznała się Gaby, że już nie wierzy, by mogły znaleźć kogokolwiek w pomieszczeniach sterowniczych ulokowanych w piaście. Sama nie wiedziała, kiedy przestała w to wierzyć.
— Obiecałam Mistrzowi Śpiewu — powiedziała. — A teraz nie mam już przed tobą żadnych tajemnic.
Gaby zmarszczyła brwi.
— Co takiego obiecałaś?
— Sprawdzić, czy da się coś poradzić, by przerwać wojnę pomiędzy Tytaniami i aniołami. Nikomu o tym nie mówiłam. Nie bardzo wiem dlaczego.
— Rozumiem. Czy wciąż myślisz, że możesz cokolwiek zrobić?
— Nie. — Gaby nie zareagowała i nadal patrzyła jej badawczo w oczy. — Ale muszę chociaż spróbować. Dlaczego tak na mnie patrzysz?
Gaby wzruszyła ramionami.
— Bez powodu. Jestem po prostu ciekawa, jakie podasz powody dalszej wspinaczki, kiedy już odnajdziemy anioły. Bo przecież pójdziemy dalej, prawda?
— Tak sądzę. W jakiś nieokreślony sposób wyczuwam, że powinnyśmy to zrobić.
Rozdział 22
Świat składał się z nie kończącej się wspinaczki wśród nieskończonego ciągu drzew. Każde było odmianą tego samego gatunku, różniły się od siebie tak jak różnią się płatki śniegu, a jednocześnie sprawiały wrażenie całkowicie identycznych. Cała potrzebna technika ograniczała się do ruchów rąk i nóg. Stały się doskonałymi maszynami do łażenia po drzewach, jednym ciałem nastawionym tylko na jedno: ciągły marsz w górę. Wspinały się w seriach po dwanaście godzin. Natychmiast po rozbiciu obozu zasypiały jak zabite.
W dole pod nimi otworzyło się dno i cała woda spadła na Reę. Przez kilka tygodni dolny otwór pozostał otwarty, a później otworzyła się górna przesłona, dolna się zamknęła i do szprychy znowu wtargnęło mroźne powietrze, które zmusiło je do poszukania schronienia. Po pięciu dniach spędzonych w ciemności ruszyły dalej w górę.
Sześć dni po zakończeniu trzeciej zimy ujrzały pierwszego anioła. Zatrzymały się, wpatrując w niego i czując, że też są obserwowane.
Przysiadł blisko wierzchołka drzewa, słabo widoczny wśród gałęzi. Słyszały już wcześniej lament aniołów, któremu czasami towarzyszył łopot olbrzymich skrzydeł. Cirocco nadal niewiele mogła o nich powiedzieć. Cała jej wiedza ograniczała się do jednego zatrzymanego kadru chwili, kiedy jeden z nich padł od ciosu włóczni Tytanii.
Anioł był mniejszy od Gaby, miał olbrzymią klatkę piersiową i wrzecionowate ręce i nogi. Zamiast stóp miał szpony. Skrzydła wyrastały mu zaraz ponad biodrami, dzięki czemu w locie mógł być dobrze wyważony z tyłu i z przodu. Zwinięte sięgały ponad głowę, a ich końcówki zwisały poniżej gałęzi, na której siedział. Powierzchnie lotne na nogach, rękach i ogonie były ciasno złożone.
Odnotowawszy te wszystkie różnice, Cirocco musiała przyznać, że najbardziej zdumiewające było jednak jego podobieństwo do człowieka. Wyglądał jak przeraźliwie wychudzone, ale jednak ludzkie dziecko.
Gaby rzuciła spojrzenie w stronę Cirocco, która wzruszyła ramionami, a potem dała jej znak, by była przygotowana na wszystko. Postąpiła krok naprzód.
Anioł wydał krzyk i cofnął się. Rozłożył skrzydła na całą dziewięciometrową szerokość i zawisł, machając nimi powoli, by utrzymać się na gałęzi, zbyt słabej, by udźwignąć jego ciężar.
— Chcemy tylko z tobą porozmawiać. — Wyciągnęła ręce. Anioł znowu krzyknął i uciekł. Słyszały szum skrzydeł, gdy nabierał wysokości.
Gaby spojrzała na Cirocco, która uniosła brew i zrobiła jedną ręką pytający gest.
— Dobra. Wchodzimy dalej.
— Kapitanie.
Cirocco zamarła. Gaby nagle się zatrzymała, kiedy łącząca je lina wyprężyła się i szarpnęła.
— Co? — spytała Gaby.
— Cicho. Słuchaj.
Czekały, a po kilku minutach znowu dobiegło je wołanie. Tym razem usłyszała je również Gaby. — To nie może być Gene — wyszeptała Gaby.
— Calvin? — Kiedy tylko to wypowiedziała, rozpoznała głos. Był dziwnie zmieniony, ale przecież znajomy.
— April.
— Zgadza się — dobiegła odpowiedź, chociaż Cirocco nie powiedziała tego zbyt głośno. — Pomówimy?
— Oczywiście, że chcę porozmawiać. Gdzie jesteś, do diabła?
— Niżej. Widzę cię. Nie schodź.
— Dlaczego nie? Do cholery, April, szukamy cię od miesięcy. August jest bliska szaleństwa. — Cirocco zmarszczyła brwi. Coś się tu nie zgadzało i bardzo chciała się dowiedzieć, co.
— Albo ja przyjdę do ciebie, albo w ogóle nici z rozmowy. Jeżeli podejdziesz do mnie, odlecę.
Zawisła na jednej z mniejszych gałęzi, dwadzieścia metrów od obu kobiet. Nawet z tej odległości Cirocco mogła rozpoznać jej twarz, niemal identyczną z twarzą August. Była aniołem i ten widok przyprawił Cirocco o mdłości.
Wydawało się, że ma trudności z mówieniem. Poszczególne zdania dzieliły długie przerwy.
— Proszę, nie podchodźcie bliżej. Nie róbcie żadnego ruchu w moją stronę. Możemy rozmawiać w ten sposób tylko przez krótką chwilę.
— Chyba nie sądzisz, że zrobimy ci krzywdę?
— A dlaczego by nie? Ja… — Przerwała, wycofując się ukradkiem. — Nie, przypuszczam, że nie. Ale nie mogę was dopuścić bliżej, tak jak nie mogę wsadzić ręki do ognia. Niedobrze pachniecie.
— Czy to ma coś wspólnego z Tytaniami?
— Z czym?
— Z centaurami. Z ludźmi, z którymi prowadzicie wojnę.
Syknęła i cofnęła się.
— Nie mówcie o nich.
— Nie sądzę, bym mogła tego uniknąć.
— W takim razie muszę odlecieć. Spróbuję wrócić. — Z donośnym krzykiem dała nura między liście. Przez chwilę słyszały jej skrzydła, a potem zapadła cisza, jakby nigdy się nie pojawiła.