— Tak się składa, że weszłam tutaj, żeby doprowadzić do pokoju — powiedziała. — Nie odchodź! Proszę, nie odchodź!
April zadygotała, ale nie oddaliła się.
— Pokój jest niemożliwy.
— Nie mogę w to uwierzyć. Serca Tytanii toczy ta sama choroba.
April potrząsnęła głową.
— Czy jagnię wdaje się w układy z lwem? Nietoperz z owadem, ptak z robakiem?
— Mówisz o prześladowcy i ofierze.
— O naturalnych wrogach. To jest zakodowane w naszych genach: zabijanie czworonogów. Mogę… jako April mogę zrozumieć, o czym myślisz. Pokój powinien być możliwy. Przelatujemy ogromne odległości tylko po to, by nawiązać walkę. Wielu z nas nie wraca. Wędrówka w górę jest czasem za trudna i spadamy wtedy do morza.
Cirocco potrząsnęła głową.
— Po prostu sądziłam, że gdybym mogła doprowadzić do spotkania przedstawicieli obu stron…
— Mówię ci, że to niemożliwe. Jesteśmy Orłami. Nie jesteś nawet w stanie zmusić nas do działania w grupie, a cóż dopiero mówić o spotkaniu z czworonogami. Są i inne rody, niektóre bardziej towarzyskie, ale one nie zamieszkują wewnątrz tej szprychy. Może z nimi mogłoby ci się poszczęścić, chociaż wątpię w to.
Przez chwilę cała trójka milczała. Cirocco czuła ciężar porażki. Gaby położyła dłoń na jej ramieniu.
— Jak sądzisz? Mówi prawdę?
— Niestety, podejrzewam, że tak. Wygląda to mniej więcej tak, jak przedstawił Mistrz Śpiewu. Nie panują nad tym. — Podniosła głowę, zwracając się do Apriclass="underline" — Powiedziałaś, że próbowałaś stanąć przed obliczem Gai. Dlaczego?
— W sprawie pokoju. Chciałam ją spytać, dlaczego musimy toczyć wojnę. Jestem całkiem szczęśliwa, ale to jedno mnie dręczy. Nie usłyszała mego wezwania.
Może dlatego, że nie istnieje — pomyślała Cirocco.
— Czy nadal chcesz jej szukać? — spytała April.
— Nie wiem. Jaki to ma sens? Dlaczego ten jakiś nadczłowiek miałby przerwać wojnę tylko dlatego, że go o to poproszę?
— Są w życiu gorsze zajęcia niż dążenie do spełnienia misji. Gdybyś teraz zawróciła, czym byś się zajęła?
— Tego też nie wiem.
— Przebyłaś daleką drogę. Musiałaś przezwyciężyć wielkie trudności. Moi ludzie mówią, że Gaja lubi dobrą opowieść, lubi wielkich bohaterów. Czy jesteś bohaterem?
Pomyślała o Gene’em szybującym w ciemności, o Fletni Pana mknącym na zagładę, o polującej na nią rybie bagiennej. Na pewno bohater spisałby się lepiej.
— Jest bohaterem — powiedziała nagle Gaby. — Z nas wszystkich tylko Rocky twardo trzymała się obranego celu. Ciągle jeszcze siedzielibyśmy w szałasach z gliny, gdyby nas nie popchnęła. Utrzymywała nas w ruchu, wytyczyła nam cel. Może go nie osiągniemy, ale kiedy przyleci statek ratowniczy, na pewno nie zastanie nas siedzących z założonymi rękami.
Cirocco była zakłopotana, ale równocześnie dziwnie poruszona. Od samego początku, od momentu, kiedy zostali schwytani, walczyła z uczuciem porażki. Miło było usłyszeć, że ktoś uważa, iż postąpiła właściwie. Ale żeby od razu była bohaterem? Nie, skądże. Robiła tylko to, co musiało być zrobione.
— Myślę, że wywrze to wrażenie na Gai — powiedziała April. — Idź do niej. Stań w środku i zawołaj. Nie żebrz ani się nie przypochlebiaj. Powiedz jej, że masz prawo do paru odpowiedzi ważnych dla nas wszystkich. Wysłucha cię.
— Chodź z nami, April.
Anielica zaczęła się wycofywać.
— Nazywam się Szybki Ariel. Z nikim nie idę i nikt nie pójdzie ze mną. Nigdy więcej was nie zobaczę. — Jeszcze raz dała nurka i Cirocco wiedziała, że tamta dotrzyma słowa.
Spojrzała na Gaby, która wywróciła oczy, lekko krzywiąc usta.
— W górę?
— A dlaczegóż by nie, u diabła? Rzeczywiście jest kilka spraw, o które chciałabym spytać.
Rozdział 23
— Wiesz, że nie jestem bohaterem.
— W porządku, jesteś bohaterką.
Cirocco roześmiała się. Leżały w łóżku ostatniego dnia ich czternastej zimy, w ósmym miesiącu pobytu we wnętrzu szprychy. Od piasty dzieliło je zaledwie około dziesięciu kilometrów. Mogły się tam już dawno dostać, gdyby nie spały, kiedy rozpoczęła się odwilż.
— Nie o to chodzi. Jeżeli jest tu jakaś bohaterka, to z pewnością jesteś nią ty.
Gaby potrząsnęła głową.
— Ja tylko pomagałam. Oczywiście, gdyby mnie nie było, byłoby ci znacznie trudniej.
Cirocco ścisnęła jej dłoń.
— Jednak i tak byłam tylko towarzyszem podróży. Pomogłam ci wygrzebać się z kilku trudnych sytuacji, ale przecież nie nadaję się na bohatera. Bohater nie próbowałby zrzucić Gene’a w przepaść bez spadochronu. Myślę, że doszłabyś tu nawet sama. Mnie na pewno by się to nie udało.
Milczały, pogrążone w myślach.
Cirocco nie była pewna, czy to, co powiedziała Gaby, było prawdą. Z pewnością w części się zgadzało, chociaż nigdy by tego głośno nie przyznała. Gaby nie doprowadziłaby ich aż tutaj. Nie była przywódcą.
Ale czy ja nim jestem? — zastanawiała się. Naturalnie, bardzo się starała. Czy jednak dokonałaby tego sama? Miała poważne wątpliwości.
— Przyjemnie było, prawda? — spytała Gaby spokojnie.
Cirocco była naprawdę zaskoczona. Czy tak można nazwać ośmiomiesięczne zmagania?
— Nie wiem, czy to jest odpowiednie określenie.
— Chyba nie, masz rację. Ale wiesz, co mam na myśli.
Dziwne, ale wiedziała. Teraz zrozumiała depresję, która ją dręczyła w ciągu ostatnich tygodni. Wkrótce wędrówka dobiegnie kresu. Znajdą sposób powrotu na Ziemię albo przekonają się, że to niemożliwe.
— Nie chcę wracać na Ziemię — powiedziała Cirocco.
— Ani ja.
— Ale nie możemy też tak po prostu zawrócić.
— Ty wiesz najlepiej.
— Nie, po prostu jestem uparta. Naprawdę musimy iść dalej. Jestem to winna April i Gene’owi, a także całej reszcie załogi. Muszę się dowiedzieć, co z nami zrobiono i dlaczego.
— Wyciągnij te miecze, dobrze?
— Spodziewasz się kłopotów?
— Nie takich, które można rozwiązać mieczem. Po prostu lepiej się czuję z mieczem w ręku. Podobno jestem bohaterem, czyż nie?
Gaby nie sprzeczała się. Przyklękła, przeszukała dodatkowy plecak, wyciągnęła dwa krótkie miecze i rzuciła jeden z nich Cirocco.
Stały w pobliżu szczytu czegoś, co prawdopodobnie było ostatnią partią schodów. Podobnie jak te, którymi wchodziły z dołu szprychy, również i te obiegały spiralą kabel. Wynurzył się znowu u szczytu nagiej pochyłości, która wyznaczała granicę pomiędzy lasem i górnym zaworem szprychy. Wspinaczka tym stokiem zmusiła je do użycia haków, liny i szpikulca i zajęła im dwa ciężkie dni.
Ponieważ zużyły już cały olej do lampy, musiały pokonywać schody w zupełnej ciemności, stopień po stopniu. Droga upływała bez niespodzianek, dopóki Cirocco nie dostrzegła przed nimi słabego, czerwonawego poblasku. Nagle odczuła potrzebę oręża w dłoni.
Była to dobra broń, choć klinga nie była zbyt długa. Na tej wysokości prawie nic nie ważyła. Zapaliła zapałkę i dotknęła postaci Tytanii wyrytej na boku klingi.
— Wyglądasz jak z obrazu Frazetty — powiedziała Gaby.
Spojrzała na siebie. Z ubrania zostały strzępy. Blada skóra przeświecała spod warstwy brudu. Straciła na wadze, a to, co z niej zostało, było twarde i żylaste. Skóra na dłoniach i stopach była stwardniała i zgrubiała.
— A ja tak zawsze chciałam być jedną z tych dziewczyn Maxfielda Parisha. Chciałam być tak bardzo kobieca.