Выбрать главу

Przed nimi pojawiły się olbrzymie wrota z miedzi i złota. Otworzyły się bezgłośnie, a potem zatrzasnęły za nimi.

Muzyka narastała szalonym crescendo, kiedy zbliżały się do okolonego światłami wielkiego tronu. Kiedy doszły do szerokiego, marmurowego podestu na szczycie schodów, nie były już w stanie spojrzeć w stronę tronu. Żar był zbyt silny.

— Mów!

Kiedy zostało wypowiedziane to słowo — tym samym głębokim tonem, który słyszały na zewnątrz, ale jednocześnie jakoś bardziej ludzkim — światło zaczęło przygasać. Cirocco zerknęła z ukosa i dostrzegła skąpaną w świetle, ogromną ludzką sylwetkę.

— Mów albo wracaj tam, skąd przyszłaś.

Cirocco zmrużyła oczy i dostrzegła okrągłą głowę osadzoną na grubym karku, oczy niczym płonące węgle i grube usta. Gaja miała cztery metry wysokości; stała wyprostowana przed tronem na dwumetrowym cokole. Miała obłe ciało z olbrzymim brzuchem, ogromnymi piersiami, ramionami i nogami, które mogłoby przerazić zawodowego zapaśnika. Jej nagie ciało miało kolor zielonych oliwek.

Po chwili gwałtownie zmieniła kształt i stała się trawiastym, ukwieconym wzgórzem. Nogi Gai przemieniły się w pnie drzew, a stopy mocno zapuściły korzenie w ciemnej ziemi. Otaczały ją małe zwierzęta: wokół jej głowy krążyły latające stworzenia. Popatrzyła prosto na Cirocco, a jej olbrzymie czoło zaczęło się chmurzyć.

— Ee… to znaczy, będę mówić, zaraz będę mówić. — Otworzyła usta, żeby to uczynić, dziwiąc się, gdzie się podział jej słuszny gniew i spojrzała na Gaby. Tamta drżała i wpatrywała się w Gaję błyszczącymi oczami.

— Byłam tu — wyszeptała. — Byłam tu.

— Cicho — syknęła Cirocco, dając jej łokciem kuksańca. Pomówimy o tym później. — Otarła pot z czoła i znowu spojrzała w oblicze Gai.

— O, Wielka… — Nie! April powiedziała: nie płaszcz się. Powiedziała, że lubi bohaterów. Obyś miała rację, obyś miała rację, April.

— Przybyliśmy… eee… Ja i sześciu ludzi przybyliśmy z… przybyliśmy z planety Ziemia, jakieś… Właściwie nie wiem jak dawno… — Urwała, wiedząc, że nigdy nie wydobędzie tego z siebie po angielsku. Zaczerpnęła tchu, wyprostowała się i zaczęła śpiewać:

— Przybyliśmy w pokoju, nie wiem, jak dawno temu. Jesteśmy małą załogą i nie stanowimy dla ciebie żadnego zagrożenia. Byliśmy nieuzbrojeni. A jednak zaatakowano nas. Nasz statek został zniszczony, zanim w ogóle mogliśmy wyjaśnić nasze intencje. Zostaliśmy uwięzieni wbrew naszej woli, w warunkach szkodliwych dla naszych umysłów, niezdolni do porozumienia się ze sobą i z naszymi towarzyszami na Ziemi. Wprowadzono w nas zmiany. Jeden z członków mojej załogi w wyniku takiego traktowania postradał zmysły. Inny, kiedy się z nim rozstawałam, był na granicy obłędu. Trzeci nie pragnie już towarzystwa swoich ludzkich pobratymców, a czwarty stracił większą część swojej pamięci. Jedna z nas została zmieniona nie do poznania i nie zna już swojej siostry, którą wcześniej kochała.

— Wszystkie te rzeczy są dla nas potworne. Czuję, że wyrządzono nam krzywdę i należy się nam wyjaśnienie. Zostaliśmy potraktowani źle i domagamy się sprawiedliwości.

Trochę się odprężyła, zadowolona, że wreszcie wyrzuciła z siebie to wszystko. To, co stało się dalej, toczyło się już własnym biegiem. Przestała się oszukiwać — nie mogła z tym czymś walczyć.

Mars na czole Gai pogłębił się.

— Nie jestem sygnatariuszem Porozumień Genewskich.

Cirocco otworzyła usta ze zdumienia. Nie wiedziała, czego się spodziewać, ale na pewno nie tego.

— Kim więc jesteś — powiedziała Cirocco, zanim zdążyła się zastanowić.

— Jestem Gaja, wielka i mądra. Jestem światem, jestem prawdą, jestem prawem, jestem…

— Jesteś więc całą planetą? April mówiła prawdę?

Może to nie było zbyt mądre przerywać Bogini, ale Cirocco czuła się jak Oliwer Twist domagający się kolejnej porcji owsianki. Musiała jakoś to zwalczyć.

— Jeszcze nie skończyłam — zagrzmiała Gaja. — Ale tak, jestem. Jestem Matką Ziemią, chociaż nie z waszej Ziemi. Całe życie pochodzi ze mnie. Jestem panteonem sięgającym gwiazd. Nazywaj mnie Tytanem.

— A więc to ty…

— Dość. Wysłuchuję tylko bohaterów. Mówiłaś o wielkich czynach, kiedy śpiewałaś swoją pieśń. Mów o nich teraz albo opuść mnie na zawsze. Zaśpiewaj mi o swoich przygodach.

— Ale ja…

— Śpiewaj! — huknęła Gaja.

Zaśpiewała. Historia zajęła jej kilka godzin, bo chociaż Cirocco chciała ją jakoś skrócić, Gaja żądała szczegółów. Cirocco zaczęła się rozpalać opowieścią. Język Tytanii doskonale się do tego nadawał, dopóki używała stylu deklamacyjnego, nie sposób było wyśpiewać niezgrabnych fraz. Kiedy skończyła, ogarnęła ją duma i poczuła się odrobinę raźniej.

Gaja sprawiała wrażenie, że się nad tym zastanawia. Cirocco kręciła się nerwowo. Bolały ją nogi, co — jak pomyślała — dowodziło, że można ją znudzić byle czym.

Wreszcie Gaja odezwała się ponownie.

— To była dobra opowieść — powiedziała. — Nie słyszałam takiej od wielu lat. Jesteś prawdziwym bohaterem. Pomówię z wami w moich komnatach.

To powiedziawszy, zniknęła. Tylko płomień pełgał jeszcze przez kilka minut, a potem i on zgasł.

Rozejrzały się dookoła. Były w dużej sali nakrytej kopułą. Schody poza nimi, teraz nieoświetlone, prowadziły do pogrążonego w mroku wnętrza piasty. Wzdłuż schodów biegły skorodowane dysze, dymiąc nierówno i wydając ostre, dźwięczne odgłosy stygnącego metalu. W powietrzu wisiał zapach spalonej gumy.

Marmurowa posadzka była popękana i odbarwiona, pokrywała ją warstwa pyłu, na której wyraźnie widać było odciski ich stóp. Całe to miejsce wyglądało na podniszczony gmach operowy w chwili, kiedy zapalają się światła i pryska iluzja.

— Widziałam tu już kilka wariackich rzeczy — powiedziała Gaby — ale to przebija wszystko. Dokąd teraz idziemy?

Cirocco milcząco wskazała małe drzwi w ścianie po lewej. Były niedomknięte, a przez szparę płynęło światło. Otworzyła je, rozejrzała się z narastającym uczuciem, że otoczenie jest jej znajome, a później weszła do środka.

Wkroczyły do wielkiej sali z sufitem zawieszonym cztery metry nad posadzką z mlecznych, szklanych prostokątów. Z dołu przeświecało światło. Ściany były wyłożone beżowym, lakierowanym drewnem, na którym wisiały oprawne w złote ramy obrazy. Umeblowanie było w stylu Ludwika XVI.

— Deja vu, co? — powiedział głos z końca sali. Była to niewysoka, przysadzista kobieta w bezkształtnej, workowatej sukni. Przypominała Gaję, jak rzeźbiony kawałek mydła przypomina „Pietę” Michała Anioła.

— Siadajcie, siadajcie — powiedziała jowialnie. — Tutaj nie musimy odstawiać ceremonii. Widziałyście kawał kolorowego cyrku, a teraz czas na gorzką rzeczywistość. Czy mogę was poczęstować czymś do picia?

Rozdział 24

Cirocco zrezygnowała z formułowania sądów.

— Wiesz co? — spytała, czując coś odrobinę silniejszego niż zawrót głowy. — Gdyby ktoś mi teraz powiedział, że „Ringmaster” nigdy nie opuścił orbity okołoziemskiej i że wszystko to zostało zainscenizowane w Hollywood, nie wiem, czy ryzykowałabym zakład.

— Absolutnie naturalna reakcja — uspokoiła ją Gaja.

Wędrowała po pokoju, nalewając kieliszek wina dla Gaby i podwójną szkocką z lodem dla Cirocco, poprawiając obrazy i ścierając kurz ze stołów wystrzępionym brzegiem spódnicy.

Gaja była niska i pękata niczym baryłeczka. Skórę miała zniszczoną i zbrązowiałą, a nos jak kartofel. Do tego zmarszczki w kącikach oczu, zdradzające skłonność do śmiechu, i wrażliwe usta.