Выбрать главу

Irving podniósł z podłogi starą skórzaną aktówkę. Wyłuskał z niej teczkę grubości ponad siedmiu centymetrów. Była spięta szeroka gumką.

– Rany, Irving, mogę ją wziąć do domu?

Pokręcił głową.

– Koleżanka po fachu pisze artykuł o grupie dobrze prosperujących biznesmenów, którzy mają na sumieniu wiele ciemnych sprawek. Obiecałem, że pożyczę to od niej tylko na jedną noc.

Spojrzałam na stertę kartek papieru. Westchnęłam. Facet po prawej omal nie przyrżnął mi łokciem w twarz. Odwrócił się.

– Pani wybaczy. Nic się nie stało – wybełkotał.

– Nic nie szkodzi – mruknęłam.

Uśmiechnął się i odwrócił do kumpla. Jeszcze jeden biznesmen, który śmiał się na całe gardło, nie wiadomo dlaczego. Wystarczy, że wypijesz za dużo i wszystko wydaje ci się zabawne.

– Nie dam rady tu tego przeczytać – powiedziałam.

– Potowarzyszę ci, dokądkolwiek zechcesz. – Irving uśmiechnął się.

Luther stanął przede mną. Z paczki, którą stale miał przy sobie, wyjął kolejnego papierosa. Odpalił go od niedopałka. Koniuszek papierosa rozjarzył się jak węgielek. Luther wypuścił dym ustami i nosem. Jak smok. Zgniótł niedopałek w czystej szklanej popielniczce, którą nosił ze sobą wszędzie jak pluszowego misia. Luther pali jak lokomotywa, ma potężną nadwagę, a z siwymi włosami wygląda na pięćdziesiąt parę lat. Powinien być modelem na plakaty Towarzystwa Przeciwników Palenia Tytoniu.

– Jeszcze raz to samo? – zagadnął Irvinga.

– Tak. Poproszę.

Luther wziął szklaneczkę, napełnił z butelki pod kontuarem i postawił na nowej serwetce.

– A co dla ciebie, Anito? – zapytał.

– To co zwykle, Luther.

Nalał mi szklankę soku pomarańczowego. Udajemy, że to Screwdriver. Jestem abstynentką, ale w takim razie, po co miałabym przychodzić do pubu?

Wytarł kontuar czystą białą ścierką.

– Mam dla ciebie wiadomość od Mistrza.

– Od Mistrza Miasta? – spytał Irving. W jego głosie pojawiło się nagłe ożywienie. Wyczuł dla siebie temat.

– Jaką? – spytałam beznamiętnym tonem.

– Chce się z tobą spotkać, i to pilnie. – Spojrzałam na Irvinga, po czym przeniosłam wzrok na Luthera. Starałam się przekazać mu telepatycznie – nie teraz, nie przy reporterze. Bez powodzenia. – Mistrz dał jasno do zrozumienia: każdy, kto cię zobaczy, ma przekazać ci wiadomość.

Irving wodził wzrokiem pomiędzy nami jak radosny szczeniak.

– Czego chce od ciebie Mistrz, Anito?

– Umówmy się, że wiadomość otrzymałam – rzuciłam bez cienia emocji.

– Nie spotkasz się z nim, prawda? – Luther pokręcił głową.

– Nie – odparłam.

– Dlaczego nie? – spytał Irving.

– Nie twoja sprawa.

– Tak między nami – nalegał.

– Nie.

– Posłuchaj, dziewczyno. – Luther spojrzał na mnie. – Spotkaj się z Mistrzem. Właśnie teraz wszystkie wampiry i dziwolągi w całej okolicy mają ci donieść, że Mistrz chce się z tobą widzieć. Następne polecenie, jakie wyda, to pojmać cię i doprowadzić przed jego oblicze.

Pojmać i doprowadzić – niezły eufemizm porwania.

– Nie mam Mistrzowi nic do powiedzenia.

– Nie pozwól, aby to wyrwało się spod kontroli, Anito – rzekł Luther. – Pomów z nim, co ci szkodzi?

On pojmował to inaczej.

– Może się zdecyduję.

Luther miał rację. Musiałam z nim pogadać, prędzej czy później. Choć w tej drugiej sytuacji rozmowa miałaby zapewne mniej przyjazny przebieg.

– Czemu Mistrz chce z tobą mówić? – zapytał Irving. Był jak wygłodniały ptak, który właśnie spostrzegł robaka.

Zignorowałam pytanie i przyszło mi do głowy inne.

– Czy twoja koleżanka po fachu zreferowała ci po trosze treść tych akt? – spytałam. – Nie mam teraz czasu na lekturę Wojny i pokoju. Do rana raczej z tym nie zdążę.

– Powiedz, co wiesz o Mistrzu, a ja podzielę się z tobą moją wiedzą na temat tych akt.

– Wielkie dzięki, Luther.

– Nie chciałem, aby wykorzystał to przeciw tobie – mruknął.

Jego papieros zakołysał się w górę i w dół. Nie pojmowałam, jak on to robił. Zręczne wargi, lata praktyki.

– Naprawdę chciałbym, aby wszyscy przestali traktować mnie jak zadżumionego – rzekł Irving. – Ja tylko wykonuję swoją pracę.

Wypiłam łyk soku i spojrzałam na reportera.

– Zrozum, Irving, mieszasz się w coś, czego nie rozumiesz. Nie mogę przekazać ci informacji na temat Mistrza. Po prostu nie mogę.

– Nie chcesz – poprawił.

– Nie chcę. – Wzruszyłam ramionami. – Ale tylko dlatego, że nie mogę.

– Taka rozmowa prowadzi donikąd – poskarżył się.

– Nie chcesz rozmawiać, to nie mów. – Dopiłam sok. Miałam go dość. – Posłuchaj, Irving, mieliśmy umowę. Akta za artykuły o zombi. Jeśli zamierzasz złamać dane słowo, nici z naszej umowy. Wystarczy, że to potwierdzisz. Nie mam czasu siedzieć tu i grać w pieprzone dwadzieścia pytań.

– Nie wycofuję się z umowy. Moje słowo jest wiążące – rzucił teatralnym szeptem.

– Wobec tego gadaj, co wiesz o treści tych akt, abym mogła zmyć się z dzielnicy, zanim Mistrz mnie dopadnie.

– Masz kłopoty, prawda? – Jego oblicze nagle sposępniało.

– Niewykluczone. Pomóż mi, Irving. Chcę to skończyć jak najszybciej. Proszę.

– Pomóż jej – rzekł Luther.

Może dlatego, że poprosiłam. A może za sprawą dysponującego sporą siłą perswazji Luthera. Tak czy owak, Irving skinął głową.

– Moja koleżanka po fachu mówi, że to kaleka, jeździ na wózku. – Skinęłam głową. Zero współpracy, cała ja. – Lubi niepełnosprawne kobiety.

– To znaczy? – Przypomniałam sobie puste oczy Cicely.

– Niewidome, na wózkach, bez kończyn, każda ułomna ma u Henry’ego spore szansę.

– Głuche – podsunęłam.

– Jak najbardziej.

– Dlaczego? – spytałam. Jestem specjalistką od bystrych pytań.

– Może czuje się przez to lepszy. – Irving wzruszył ramionami. – Bo przecież sam też jest przykuty do wózka. Moja koleżanka po fachu nie wie, dlaczego stał się dewiantem, ale jest nim bez wątpienia.

– Co ci jeszcze powiedziała?

– Nigdy o nic go nie oskarżono, ale na jego temat krążą naprawdę paskudne plotki. Rzekome mafijne powiązania, ale żadnych konkretnych dowodów. Jedynie plotki.

– Mów dalej – ponagliłam.

– Pewna kobieta chciała wnieść przeciw niemu oskarżenie do sądu. Zniknęła bez śladu.

– Zniknęła i najprawdopodobniej nie żyje – rzekłam.

– Otóż to.

Uwierzyłam w to. A więc Bruno i Tommy już wcześniej wykonywali dla niego mokrą robotę. Może zlecenie po raz drugi zabójstwa jest łatwiejsze. A może Gaynor wielokrotnie zlecał swoim oprychom mordowanie ludzi, tyle że nigdy nie został na tym przyłapany.

– Co miałby robić dla mafii, że ma przy sobie aż dwóch ochroniarzy?

– Och, widzę, że poznałaś już jego straż przyboczną. – Skinęłam głową. – Moja koleżanka po fachu z przyjemnością by z tobą porozmawiała.

– Nie mówiłeś jej o mnie, prawda?

– Czy ja wyglądam na żółtodzioba albo durnia? – Uśmiechnął się do mnie.

Nie skomentowałam jego słów.

– To jak, czym się zajmuje dla mafii? – spytałam.

– Pomaga im prać pieniądze, a przynajmniej tak właśnie podejrzewamy.

– Żadnych dowodów? – spytałam.

– Zero. – Nie wyglądał na zadowolonego. Luther pokręcił głową, strzepując popiół z papierosa do popielniczki. Kilka szarych drobin wylądowało na kontuarze. Starł je białą ścierką.

– Ten gość to nic dobrego, Anito. Chcesz mojej rady? Dam ci ją, trzymaj się od tego faceta z daleka.