– Nie nazywaj mnie ma petite – rzuciłam.
– Jak sobie życzysz. – Uśmiechnął się lekko, nie pokazując kłów. Spojrzał na Irvinga. Ten odwrócił wzrok, unikając spojrzenia Jean-Claude’a. Nie wolno nigdy patrzeć wampirowi prosto w oczy. Czemu więc ja robiłam to bezkarnie? Właśnie, dlaczego? – Kim jest twój przyjaciel? – Ostatnie słowo, choć wypowiedziane łagodnie, zabrzmiało odrobinę groźnie.
– To Irving Griswold. Pracuje jako reporter dla Post-Dispatch. Pomaga mi przy pewnej sprawie.
– Aha – mruknął. Obszedł Irvinga jak eksponat na aukcji, który był wart dokładniejszego obejrzenia.
Irving zerkał nerwowo, chcąc przez cały czas mieć wampira w zasięgu wzroku. Spojrzał na mnie, jego oczy rozszerzyły się.
– Co się dzieje?
– No właśnie, Irving – odezwał się Jean-Claude.
– Daj mu spokój, Jean-Claude – powiedziałam.
– Dlaczego nie przyszłaś zobaczyć się ze mną, moja mała animatorko?
Moja “mała animatorko” brzmiało niewiele lepiej niż ma petite, ale puściłam to mimo uszu.
– Byłam zajęta. – Na jego twarzy pojawił się niemal gniewny wyraz. Nie chciałam, aby się na mnie rozzłościł. – Zamierzałam spotkać się z tobą.
– Kiedy?
– Jutrzejszej nocy.
– Dzisiejszej nocy – podpowiedział.
– Dziś nie mogę.
– Ależ możesz, ma petite, możesz. – Jego głos zahulał w mojej głowie jak ciepły wiatr.
– Zbyt wiele ode mnie wymagasz – poskarżyłam się.
Zaśmiał się. Jego śmiech był miły i trwały jak zapach perfum, który unosi się w pokoju jeszcze długo po tym, gdy spryskana nimi osoba opuści pomieszczenie. Taki właśnie był jego śmiech, rozbrzmiewał w moich uszach niczym odległa muzyka. Nigdy dotąd nie spotkałam mistrza wampirów obdarzonego lepszym głosem. Każdy ma swoje talenty.
– Drażnisz mnie – rzucił, a rozbawienie z wolna znikało z jego głosu. – I co ja mam z tobą zrobić?
– Daj mi spokój – odparłam. Mówiłam całkiem serio. To było jedno z moich sekretnych pragnień.
Sposępniał. To stało się w jednej chwili, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Labilność doznań. W jednej chwili radość, w następnej posępna powaga. Był taki nieodgadniony.
– Zbyt wielu moich popleczników wie, że jesteś moją służebnicą, ma petite. Przejęcie nad tobą kontroli stanowi element konsolidacji posiadanej przeze mnie władzy – dodał niemal ze smutkiem. Niewiele mi to dało.
– Co masz na myśli, mówiąc o przejęciu nade mną kontroli?
W moim żołądku zagnieździła się lodowata gula strachu. Jeśli Jean-Claude nie przyprawi mnie o śmierć z przerażenia, to na pewno nabawię się przez niego wrzodów.
– Jesteś moją ludzką służebnicą. I musisz zachowywać się tak, jak na nią przystało.
– Nie jestem twoją służebnicą.
– Ależ jesteś, ma petite.
– Do cholery, Jean-Claude, zostaw mnie w spokoju.
Nagle stanął tuż obok mnie. Nie zauważyłam, kiedy się poruszył. Zaćmił mój umysł, a ja nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Serce podeszło mi do gardła. Chciałam się cofnąć, ale schwycił mnie za prawe ramię tuż nad łokciem. Był za silny. Nie mogłam mu się wyrwać. Nie powinnam była się cofać. Trzeba było sięgnąć po broń. Mam nadzieję, że ten błąd nie będzie kosztować mnie życia. Zachowałam spokojny, niewzruszony ton głosu. Przynajmniej umrę odważnie.
– Sądziłam, że posiadanie dwóch twoich znaków oznacza, iż nie jesteś w stanie mentalnie mną manipulować.
– Nie mogę zahipnotyzować cię wzrokiem i choć trudniej mi zmącić twój umysł, jest to możliwe.
Jego blade palce opasały moje ramię. Nie ścisnął mi ręki tak, żeby zabolało. Nie próbowałam mu się wyrwać. To nie byłoby wskazane. Mógłby zgruchotać mi kość, nawet się nie wysilając, albo wyrwać mi ramię ze stawu. Równie dobrze mógłby dźwignąć zamiast sztangi toyotę. Skoro nie miałam szans w pojedynku na rękę z Tommym, nie mogłam nawet marzyć, aby równać się z Jean-Claudem.
– To nowy Mistrz Miasta, prawda? – spytał Irving. Chyba oboje o nim zapomnieliśmy. Tak bez wątpienia byłoby lepiej dla Irvinga.
Uścisk dłoni Jean-Claude’a wzmógł się nieznacznie. Wampir odwrócił się, aby spojrzeć na reportera.
– To ty prosiłeś o możliwość przeprowadzenia ze mną wywiadu.
– Tak. To ja. – W głosie Irvinga dało się wyczuć lekkie zdenerwowanie. Poza tym zachowywał kamienny spokój i opanowanie. Wyglądał na odważnego i zdecydowanego. Punkt dla Irvinga.
– Może po tym, jak zamienię parę słów z tą oto cudowną młodą kobietą, udzielę ci wywiadu.
– Naprawdę? – W głosie Irvinga słychać było nieskrywane zdumienie. Uśmiechnął się do mnie szeroko. – To byłoby wspaniale. Pójdę na wszelkie ustępstwa. Byle…
– Cisza. – To słowo zabrzmiało jak syk węża. Irving zamilkł, jakby ktoś włożył mu do ust knebel.
– Irving, nic ci nie jest? – I kto to mówi? Ja, która zadawałam się z wampirem. Ale mimo wszystko zapytałam.
– Nie, nic – odparł Irving. Powiedział to niemal zduszonym, przerażonym szeptem. – Nigdy dotąd nie odczuwałem mocy równie silnej jak w jego przypadku.
– Tak, on jest dość wyjątkowy. – Popatrzyłam na Jean-Claude’a, a on skupił na mnie swą uwagę. A niech to.
– Wciąż dowcipkujesz, ma petite.
Spojrzałam w jego piękne oczy, ale te wyglądały całkiem zwyczajnie. Obdarzył mnie mocą, która niwelowała wpływ hipnotycznego spojrzenia.
– To pozwala zabić czas. Czego chcesz, Jean-Claude?
– Jaka odważna, nawet teraz.
– Nie załatwisz mnie na ulicy, przy świadkach. Możesz być nowym Mistrzem, ale jesteś także biznesmenem. Wampirem głównonurtowym. To ogranicza twoje pole działania.
– Tylko na forum publicznym – przyznał tak cicho, że tylko ja go usłyszałam.
– Doskonale, lecz oboje zgadzamy się, że nie zdecydujesz się urządzić krwawej łaźni na środku ulicy. – Spojrzałam na niego. – Tak więc skończ z tymi gierkami i gadaj, o co ci konkretnie chodzi.
Uśmiechnął się, lekko wykrzywiając wargi, ale puścił moją rękę i cofnął się.
– Ty również nie sprowokowana nie zastrzeliłabyś mnie tu, na ulicy, na oczach niewinnych przechodniów.
Pomyślałam sobie, że bardzo łatwo mógłby mnie sprowokować, ale miałabym potem nieliche problemy, tłumacząc się z tego przed glinami.
– To fakt, nie chcę, aby oskarżono mnie o morderstwo.
Uśmiechnął się szerzej, wciąż nie pokazując kłów. Robił to lepiej niż jakikolwiek inny znany mi żyjący wampir. Czy żyjący wampir to oksymoron? Nie byłam już pewna.
– Zatem nie skrzywdzimy się nawzajem w miejscu publicznym – powiedział.
– Przypuszczam, że nie – przytaknęłam. – Czego chcesz? Mam umówione spotkanie i już jestem spóźniona.
– Ożywiasz dziś zmarłych czy zabijasz wampiry? – zapytał.
– Ani jedno, ani drugie – odparłam.
Spojrzał na mnie, oczekując, że powiem coś więcej. Nie zrobiłam tego. Wzruszył ramionami. To był elegancki gest.
– Jesteś moją ludzką służebnicą, Anito. – Zwrócił się do mnie po imieniu. Zwykle to oznaczało kłopoty.
– Nie – zaoponowałam.
– Nosisz dwa moje znaki. – Westchnął przeciągle.
– Nie z własnego wyboru – przypomniałam.
– Zginęłabyś, gdybym nie podzielił się z tobą moją siłą.
– Nie wciskaj mi kitu, że uratowałeś mi życie. Nałożyłeś na mnie oba znaki siłą, bez mego przyzwolenia. Nie pytałeś mnie o zgodę ani nic nie wyjaśniłeś. Pierwszy znak być może faktycznie mnie uratował. Świetnie. Drugi ocalił ciebie. W żadnym z tych przypadków nie miałam nic do gadania.