Выбрать главу

– Jeszcze dwa znaki i staniesz się nieśmiertelna. Nie będziesz się starzeć, ponieważ ja się nie starzeję. Pozostaniesz człowiekiem, żywą osobą zdolną do noszenia poświęconego krzyżyka. Będziesz mogła nadal chodzić do kościoła. Nie utracisz swej nieśmiertelnej duszy. Czemu ze mną walczysz?

– Skąd wiesz, czy mogę przez to stracić duszę, czy nie? Ty swojej już nie masz. Przehandlowałeś ją za ziemską wieczność. Tylko że ja wiem, iż wampiry mogą umrzeć, Jean-Claude. Co się stanie, gdy umrzesz? Dokąd się udasz? Czy tak po prostu znikniesz i już? Nie, trafisz do piekła, gdzie twoje miejsce.

– I uważasz, że ty, jako moja służebnica, trafisz tam razem ze mną?

– Nie wiem i nie chcę się tego dowiedzieć.

– Stawiając mi opór, sprawiasz, że wydaję się słaby. Nie mogę sobie na to pozwolić, ma petite. Musimy rozwiązać nasz mały problem w ten czy inny sposób.

– Po prostu daj mi spokój.

– Nie mogę. Jesteś moją ludzką służebnicą i musisz zacząć zachowywać się, jak na nią przystało.

– Nie naciskaj, Jean-Claude.

– Bo co, zabijesz mnie? Mogłabyś mnie zabić?

– Tak – odparłam, patrząc na jego piękne oblicze.

– Czuję twoje pożądanie, ma petite. I ja również pożądam ciebie.

Wzruszyłam ramionami. Cóż mogłam powiedzieć?

– To tylko pożądanie, Jean-Claude, nic wielkiego. – Skłamałam. I doskonale zdawałam sobie z tego sprawę.

– Nie, ma petite. Znaczę dla ciebie coś więcej.

Wokół nas, w bezpiecznej odległości, zaczęli gromadzić się ludzie.

– Naprawdę chcesz rozmawiać o tym na ulicy?

Wziął głęboki oddech i powoli, z westchnieniem wypuścił powietrze.

– Co racja, to racja. Zapominam się przez ciebie, ma petite.

Pięknie.

– Naprawdę jestem spóźniona, Jean-Claude. Czeka na mnie policja.

– Musimy dokończyć tę rozmowę, ma petite – powiedział.

Skinęłam głową. Miał rację. Starałam się zignorować jego i cały problem. Niełatwo jednak pominąć Mistrza Wampirów.

– Jutrzejszej nocy – zaproponowałam.

– Gdzie? – zapytał.

To uprzejme z jego strony, że nie rozkazał mi przybyć do swej kryjówki. Zastanawiałam się, które miejsce byłoby najodpowiedniejsze na nasze spotkanie. Chciałam, aby Charles wybrał się ze mną do Tenderloin. Zadaniem Charlesa było sprawdzenie warunków pracy zombi w nowym rozrywkowym klubie. To było równie dobre miejsce jak każde inne.

– Znasz Uśmiechniętego Nieboszczyka? – spytałam.

– Tak. – Uśmiechnął się, dostrzegłam błysk kłów. Kobieta w tłumie jęknęła.

– Spotkajmy się tam, powiedzmy, o dwudziestej trzeciej.

– Z przyjemnością. – Jego słowa pieściły moją skórę niczym obietnica. Cholera. – Będę czekać na ciebie jutro wieczorem. W moim biurze.

– Chwileczkę. Co to znaczy w twoim biurze? – Miałam złe przeczucia.

– Przecież Uśmiechnięty Nieboszczyk należy do mnie. Myślałem, że wiesz. – Znów posłał mi drapieżny uśmiech.

– Akurat.

– Będę na ciebie czekał.

To ja wybrałam miejsce. Nie zmienię swojej decyzji. Cholera.

– Chodź, Irving – powiedziałam.

– Nie, reporter niech jeszcze zostanie. Nie przeprowadził ze mną wywiadu.

– Daj mu spokój, Jean-Claude, proszę.

– Dam mu to, czego pragnie, nic więcej.

Nie spodobało mi się, w jaki sposób powiedział słowo “pragnie”.

– Co ty kombinujesz?

– Ja miałbym coś kombinować? Ależ, ma petite, doprawdy masz o mnie paskudne zdanie. – Uśmiechnął się.

– Anito, chcę zostać – odezwał się Irving.

– Nie wiesz, co mówisz. – Odwróciłam się do niego.

– Jestem reporterem. Wykonuję swoją pracę.

– Przysięgnij, daj mi słowo, że go nie skrzywdzisz – zwróciłam się do Jean-Claude’a.

– Masz moje słowo – zapewnił.

– Że nie skrzywdzisz go w żaden sposób.

– Nie skrzywdzę go w żaden sposób. – Jego twarz była pozbawiona wyrazu, jakby te wszystkie uśmiechy były jedynie iluzjami. Miał nieruchome oblicze, martwe jak u trupa. Miło było na nie patrzeć, ale wydawało się puste, odarte z życia jak martwa natura na płótnie. Spojrzałam w jego puste oczy i zadrżałam. Cholera.

– Na pewno chcesz zostać? – spytałam Irvinga.

– Chcę zdobyć ten wywiad – przytaknął.

– Jesteś głupcem. – Pokręciłam głową.

– Jestem dobrym reporterem – odparł.

– Ale i tak jesteś głupcem.

– Potrafię o siebie zadbać, Anito.

Patrzyliśmy na siebie nawzajem przez kilka uderzeń serca.

– Dobrze. No to miłej zabawy. Mogę odzyskać teczkę?

Spojrzał na nią, jakby zupełnie zapomniał, że trzyma ją w rękach.

– Podrzuć ją jutro rano, bo Madeline się wścieknie.

– Jasne. Nie ma sprawy. – Wcisnęłam opasłą teczkę pod pachę nonszalanckim z założenia gestem. Utrudni mi to sięgnięcie po broń, ale cóż, w tym życiu niewiele jest ideałów.

Miałam informacje na temat Gaynora. Poznałam imię jego ostatniej eks-dziewczyny. Ta kobieta została odrzucona. Może zechce ze mną pomówić. Może podsunie mi jakiś trop. A może zwyczajnie każe mi iść do diabła. To nie byłby pierwszy raz, gdy ktoś potraktował mnie w ten sposób.

Jean-Claude przyglądał mi się beznamiętnym wzrokiem. Wzięłam głęboki wdech przez nos i wypuściłam powietrze ustami. Dość jak na jedną noc.

– Do zobaczenia jutro. – Odwróciłam się i odeszłam. Opodal stała grupka turystów z aparatami fotograficznymi. Jeden z nich nieśmiało skierował obiektyw w moją stronę. – Jeśli zrobisz mi zdjęcie, odbiorę ci ten aparat i rozwalę w drobny mak – oświadczyłam z uśmiechem.

– Jejku, tyle hałasu o jedno zdjęcie. – Mężczyzna niepewnie opuścił aparat.

– Już dość się napatrzyliście – warknęłam. – Jazda stąd, widowisko skończone.

Turyści rozpłynęli się jak dym rozwiany wiatrem. Ruszyłam w głąb ulicy w stronę garażu parkingowego. Gdy obejrzałam się przez ramię, stwierdziłam, że turyści wrócili, by otoczyć zwartym kręgiem Jean-Claude’a i Irvinga. Mieli rację. Widowisko trwało. Irving miał swoje lata. Chciał zdobyć ten wywiad. Czy mogłam grać rolę opiekunki dorosłego wilkołaka? Czy Jean-Claude pozna sekret Irvinga? A jeśli tak, czy to coś zmieni? Nie moja sprawa. Obecnie zgryzem dla mnie byli Harold Gaynor, Dominga Salvador i potwór pożerający bogu ducha winnych obywateli St. Louis w stanie Missouri. Niech Irving martwi się o siebie. Miałam dość własnych problemów.

14

Nocne niebo było bezmiarem płynnej czerni. Gwiazdy, jak rozsypane okruchy diamentów, emanowały surowe światło. Księżyc wyglądał niczym połyskujący patchwork szaro-złocistych skrawków srebra. Miasto sprawia, że zapominasz, jak ciemna jest noc, jak jasny bywa księżyc i jak wiele jest na niebie gwiazd.

Na cmentarzu Burrella nie było latarń. Dostrzec można było jedynie odległy żółty blask płynący z okien domu. Stałam na szczycie wzgórza w kombinezonie i adidasach, pocąc się jak szczur.

Ciała chłopca już nie było. Przewieziono je do kostnicy, gdzie miał się nim zająć koroner. Ja już z nim skończyłam. Nie musiałam go więcej oglądać. Jedynie w snach.

Dolph stanął obok mnie. Nie odezwał się słowem, patrzył tylko ponad trawą i pokruszonymi nagrobkami, wyczekując. Czekał, aż zacznę uprawiać moją magię. Aż wyjmę królika z kapelusza. Najlepiej byłoby, gdyby królik siedział w kapeluszu i gdybyśmy zdołali go unicestwić. Albo gdybyśmy odnaleźli jego norę. Dzięki temu moglibyśmy się czegoś o nim dowiedzieć. To było lepsze niż nic. Na razie błądziliśmy po omacku.