Выбрать главу

Tępiciele stanęli kilka kroków za nami. Mężczyzna był niski, krępy, o przystrzyżonych na zapałkę siwych włosach. Wyglądał jak emerytowany trener futbolu, ale dzierżył w dłoniach przewód miotacza płomieni w taki sposób, jakby dźwigał na plecach żywą istotę. Grube palce pieściły dyszę wylotową.

Kobieta była młoda, miała dwadzieścia lat, nie więcej. Cienkie jasne włosy związała w koński ogon. Była trochę wyższa ode mnie, ale w sumie niska. Kosmyki włosów spadały jej na twarz. Czujnym wzrokiem bacznie rozglądała się we wszystkie strony. Wyglądała jak wojskowy zwiadowca.

Miałam nadzieję, że nie była nerwowa i nie świerzbił jej palec na spuście. Nie chciałam, aby pożarł mnie morderczy zombi, ale nie miałam też ochoty na potraktowanie napalmem. Spłonięcie żywcem czy pożarcie żywcem? Czy w karcie są jeszcze inne propozycje?

Trawa szeleściła jak suche jesienne liście. Gdybyśmy użyli tu napalmu, mielibyśmy nielichy pożar traw. Ale ogień to jedyne, co może powstrzymać zombi. Jeżeli to był zombi, a nie coś całkiem innego.

Pokręciłam głową i ruszyłam przed siebie. Wątpliwości donikąd nas nie doprowadzą. Trzeba zachowywać się pewnie, niech innym wydaje się, że wiesz, co robisz. Zawsze trzymam się tej zasady.

Jestem pewna, że Dominga Salvador znała rytuał albo czar, aby odnaleźć grób konkretnego zombi. Wyznawała więcej zasad ode mnie. Tyle tylko, że jej zasady nie zabraniały więzić dusz w gnijących ciałach. Ja nigdy nie pałałam taką nienawiścią, by potraktować kogoś w tak okrutny sposób. Zabić, owszem, ale uwięzić duszę danej osoby w gnijącym ciele, skazując ją na niewysłowione katusze postępującego rozkładu… Nie, to nie było nawet okrutne. To było złe. Należało ją powstrzymać. A mogła tego dokonać jedynie śmierć. Westchnęłam. To był problem na później.

Trochę się zdekoncentrowałam, słysząc zlewający się z moim odgłos kroków Dolpha. Spojrzałam na dwójkę eksterminatorów. Tępiciele zabijali wszystko, od termitów po ghule, ale te ostatnie są z natury tchórzliwe, żywią się głównie padliną. To, czego szukaliśmy, nie było padlinożercą.

Czułam za sobą obecność tej trójki. Ich kroki wydawały się głośniejsze od moich. Spróbowałam oczyścić umysł i rozpocząć poszukiwanie, ale słyszałam jedynie ich kroki. Czułam tylko strach idącej za mną dziewczyny. To wybijało mnie z rytmu.

– Dolph, potrzebuję więcej przestrzeni – powiedziałam, przystając.

– To znaczy?

– Cofnijcie się trochę. Dekoncentrujecie mnie.

– Nie powinniśmy zbytnio się oddalać. Gdybyś potrzebowała pomocy…

– Jeśli zombi wypełznie z ziemi i rzuci się na mnie – wzruszyłam ramionami – co zrobicie, potraktujecie go napalmem, a przy okazji spalicie i mnie na skwarkę?

– Mówiłaś, że ogień to jedyny sposób, aby go zniszczyć – rzekł Dolph.

– To prawda, ale jeśli zombi rzuci się i pochwyci kogoś, powiedz tępicielom, aby łaskawie oszczędzili ofiarę i nie spalili jej razem z nieboszczykiem.

– Jeśli zombi pochwyci kogoś z nas, mamy nie używać napalmu?

– Otóż to.

– Mogłaś powiedzieć wcześniej.

– Dopiero teraz o tym pomyślałam.

– Świetnie – mruknął.

– Pójdę pierwsza. – Wzruszyłam ramionami. – Zobaczę, co da się zrobić. Wy zostańcie z tyłu i pozwólcie mi działać. – Podeszłam jak najbliżej niego i wyszeptałam: – Miej oko na tę kobietę. Wydaje się tak przerażona, że z byle powodu może zacząć strzelać na lewo i prawo.

– To tępiciele, Anito, nie policjanci ani zabójcy wampirów.

– Tej nocy od nich zależy nasze życie, więc proszę, miej na nią oko, dobra?

Skinął głową i zerknął na parę tępicieli. Mężczyzna uśmiechnął się i kiwnął głową. Dziewczyna tylko patrzyła. Nieomal czułam jej strach.

Każdy z nas się boi. Czemu więc tak mnie to martwiło? Bo ona i ja byłyśmy tu jedynymi kobietami i musiałyśmy okazać się lepsze od mężczyzn. Odważniejsze, szybsze i w ogóle. To reguła, gdy masz do czynienia z facetami.

Ruszyłam przed siebie. Sama. Odczekałam, aż jedynym słyszalnym odgłosem będzie szelest trawy, suchy, wyrazisty, przejmujący. Miałam wrażenie, że trawa szepcze do mnie, że rozpaczliwie stara się coś mi powiedzieć. Desperacko, z przejęciem. Z trwogą. Tak jakby się bała. To idiotyczne. Trawa nic przecież nie czuje. Ale ja czułam i całe moje ciało zlał zimny pot. Czy to coś tu było? Czy istota, która robiła z ludzi krwawą miazgę, była gdzieś wśród tych traw, przyczajona, wyczekująca?

Nie. Zombi nie były na tyle inteligentne, choć – rzecz jasna – ta bestia okazała się dostatecznie bystra, aby wymknąć się policji. Zbyt bystra. Może to wcale nie był zombi. Nareszcie napotkałam coś, co przeraziło mnie bardziej niż wampiry. Śmierć nie robiła na mnie większego wrażenia. Byłam wierzącą chrześcijanką i w ogóle. Gorzej ze sposobami zadawania śmierci. Pożarcie żywcem. To jeden ze sposobów, w jaki nie chciałabym zejść z tego świata. Kto by pomyślał, że mogę obawiać się zombi, jakiegokolwiek zombi? Cóż za ironia. Pośmieję się z tego później, kiedy przestanie mi się robić sucho w ustach.

Jak na każdym cmentarzu, tak i tutaj panowała grobowa cisza. Jakby wszyscy zmarli wstrzymali oddech, czekając… na co? Na zmartwychwstanie? Być może. Zbyt długo zajmowałam się umarłymi, by wierzyć, że istnieje tylko jedna odpowiedź. Z trupami jest tak jak z żywymi. Robią różne rzeczy. Większość ludzi po śmierci trafia do nieba lub do piekła i to wszystko. Jednak z różnych powodów niektórych, skądinąd nielicznych, spotyka inny los. Zostają uwięzieni na ziemi. Stąd się biorą tak zwane duchy, zjawy, upiory, wynik przemocy, zła lub zwyczajnego zakłopotania. Jaźnie te zostają tu, wśród nas. Nie mówię “dusze”. Nie wierzę, że to dusze, raczej ich wspomnienia, ludzkie jaźnie pozostają tu na dłużej.

Czy spodziewałam się ujrzeć zjawę wyłaniającą się spośród traw i rzucającą się na mnie z piekielnym wyciem? Nie. Nigdy dotąd nie widziałam ducha, który mógłby zrobić człowiekowi fizyczną krzywdę. Jeśli do czegoś takiego dojdzie, nie będziemy mieli do czynienia z duchem, a raczej z demonem lub zjawą jakiegoś czarownika, czarną magią. Duchy same w sobie są nieszkodliwe.

Ta myśl nieomal dodała mi otuchy.

Ziemia usunęła mi się spod nóg. Potknęłam się i chwyciłam jeden z przekrzywionych nagrobków. Zapadająca się ziemia, nieoznakowany grób. Poczułam “mrówki” w nogach i przeszedł mnie zimny prąd. Drgnęłam gwałtownie i ciężko klapnęłam na ziemię.

– Nic ci nie jest, Anito? – zawołał Dolph.

Spojrzałam na niego i stwierdziłam, że spoza gęstej trawy prawie w ogóle nie było mnie widać.

– Wszystko w porządku – odkrzyknęłam. Podniosłam się ostrożnie, starając się omijać stary grób. Ktokolwiek znajdował się w tej ziemi, nie spoczywał w spokoju. To nie był duch ani to miejsce nie było nawiedzone, ale miało coś w sobie. Coś niepokojącego. Kiedyś może nawet szwendał się tu duch, ale z upływem czasu jego obecność zanikła. Duchy zużywają się jak rzeczy, tyle że energetycznie, a wreszcie odchodzą do miejsc, które są im przeznaczone.

Zapewne emanacja tego miejsca ustanie jeszcze za mojego życia. O ile uda mi się przez kilka najbliższych lat unikać bliższych spotkań z morderczymi zombi. I z wampirami. Oraz śmiertelnikami uzbrojonymi po zęby. Cóż, spójrzmy prawdzie w oczy, były spore szansę, że to “gorące miejsce” jednak mnie przetrzyma.

Obejrzałam się za siebie, by ujrzeć Dolpha i tępicieli stojących jakieś dwadzieścia metrów dalej. Dwadzieścia metrów to niezbyt daleko, prawda? Kazałam im trzymać się na dystans, ale nie oznaczało to, że mają zostawić mnie samą. Ciężko mi dogodzić. Czy wściekną się, gdy każę im podejść bliżej? Pewnie tak. Znów ruszyłam przed siebie, starając się nie nastąpić na kolejny grób. Było to wszakże trudne, gdyż większość nagrobków nikła wśród gęstej trawy. Tyle nieoznakowanych mogił, zaniedbanych kwater. Mogłam błąkać się tu przez całą noc. Czy naprawdę liczyłam, że przez przypadek natknę się na właściwy grób? Tak. Miałam taką nadzieję. Nadzieja matką głupich. Zwłaszcza gdy ma się do czynienia z istotą nieludzką.