Wampiry były kiedyś ludźmi, zombi także. Podobnie większość lykantropów, choć w ich przypadku zdarzają się też osoby dotknięte rodową klątwą. Wszystkie potwory były zrazu zwyczajnymi ludźmi, z wyjątkiem mnie. Ożywianie zmarłych nie było karierą, którą się wybierało. Nie poszłam któregoś dnia do gabinetu doradcy do spraw pracy i nie powiedziałam: – Chciałabym ożywiać zmarłych. Nie, to nie było takie proste ani tak przyjemne.
Zawsze czułam pewną więź ze zmarłymi. Zawsze. I nie tylko z tymi, którzy niedawno odeszli z naszego świata. Nie igram z duszami, ale gdy dusza odchodzi, po prostu to wiem. Czuję to. Możecie się śmiać. Taka jest prawda.
Gdy byłam mała, miałam pieska. Jak większość dzieciaków. I ten psiak kiedyś zdechł. Miałam wtedy trzynaście lat. Pochowaliśmy Jenny na podwórku za domem. W tydzień po śmierci Jenny obudziłam się i ujrzałam ją leżącą obok mnie. Gęsta czarna sierść była pozlepiana ziemią z grobu. Martwe brązowe oczy śledziły każdy mój ruch, jak za życia. Przez krótką chwilę miałam wrażenie, że zwierzak żyje. Pomyliłam się, ale odtąd już na pierwszy rzut oka umiem rozpoznawać trupy. Wyczuwam je. I przywołuję z grobów. Ciekawe, co o mojej historii powiedziałaby Dominga Salvador. Przywołanie zwierzęcego zombi. Cóż za wstrząs. Przypadkowe ożywienie zmarłych. To przerażające. I chore.
Moja macocha Judith nigdy się z tego nie otrząsnęła. Rzadko mówi ludziom, czym się zajmuję. A tato? Cóż, on to raczej ignoruje. Ja też próbowałam to ignorować – bez powodzenia. Nie chcę wdawać się w szczegóły, ale wiecie, jak wyglądają ofiary wypadków drogowych? No to dośpiewajcie sobie resztę. Judith to wystarczyło. Byłam niczym upiorna wersja Szczurołapa z Hamelin.
W końcu ojciec zabrał mnie do babci ze strony matki. Nie jest tak przerażająca jak Dominga Salvador, ale… interesująca. Babcia Flores zgodziła się z tatą. Nie powinno uczyć się mnie voodoo, a jedynie sztuki samokontroli, dzięki czemu mogłabym przezwyciężyć moje… problemy.
– Naucz ją nad tym panować – rzekł tato.
Zrobiła to. Nauczyła mnie. Tato odwiózł mnie do domu. Nigdy więcej o tym nie rozmawialiśmy. W każdym razie nikt nie rozmawiał o tym ze mną. Zawsze zastanawiałam się, co mówiła o mnie macocha za moimi plecami. Tato na pewno nie był ze mnie zadowolony. Ja z siebie zresztą też nie.
Bert wyczaił mnie prosto z college’u. Nie wiem, skąd się o mnie dowiedział. Z początku się wahałam, ale gdy zaproponował korzystne warunki finansowe, zgodziłam się. Może buntowałam się w ten sposób przeciwko oczekiwaniom rodziców? Albo zrozumiałam, że nie ma dużego popytu na absolwentkę z dyplomem biologii nadnaturalnej. Pisałam pracę z mitycznych istot. To musiałoby świetnie wyglądać w moim CV.
Równie dobrze mogłam zrobić magisterium ze starożytnej greki albo poetów romantycznych. Wyglądałoby to ciekawie i mogło być interesujące, ale jakie miałabym potem perspektywy? Zamierzałam kontynuować edukację i na koniec wykładać w college’u. Ale pojawił się Bert, pokazując mi, jak powinnam wykorzystać mój wrodzony talent i obrócić go w żyłę złota. Przynajmniej mogę powiedzieć, że robię właściwy użytek z mego wykształcenia. I to na co dzień.
Nigdy nie zastanawiałam się, jak doszło do tego, że robię to, co robię. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. To tkwi we krwi.
Przystanęłam i wzięłam głęboki oddech. Strużka potu spłynęła po mojej twarzy. Otarłam ją wierzchem dłoni. Pociłam się jak mysz kościelna, a wciąż było mi zimno. Strach. Ale nie bałam się czarnego luda, tylko tego, co muszę zrobić. Gdyby chodziło o mięsień, poruszyłabym go. Gdyby w grę wchodziła myśl, pomyślałabym ją. Gdyby to było czarodziejskie słowo, wymówiłabym je. Ale to nie było takie proste. Miałam wrażenie, że nawet przez ubranie przenikał mnie lodowaty chłód. Jakby zimny wiatr smagał obnażone zakończenia nerwowe. Albo jakby ów chłodny wiatr wypływał wprost z mojej skóry. Tyle że to nie wiatr i nie czuje go nikt inny prócz mnie. Nie szaleje jak wichura z hollywoodzkiego horroru. Nie wywołuje widowiskowych efektów. To doznanie jest ciche. Osobiste. Moje.
Chłodne palce wiatru zaczęły wysuwać się na zewnątrz. Byłam teraz w stanie przeszukiwać groby w promieniu od trzech do pięciu metrów ode mnie. W miarę jak się poruszałam, krąg ruszał wraz ze mną, przepatrując dalsze terytorium.
Jakie to uczucie, przetrząsać ubitą ziemię w tropieniu martwych ciał? Nieludzkie. Jakby widmowe palce wnikały w glebę w poszukiwaniu nieboszczyków. To najbliższe porównanie, jakie przychodzi mi na myśl. Ale rzecz jasna nie oddaje ono złożoności całego procesu.
Trumnę najbliżej mnie wiele lat temu podmyła i zniszczyła woda. Fragmenty zbutwiałego drewna, kawałki kości, nic w całości.
Stare kości, drewno, gleba, wszystko czyste i martwe. Gorące miejsce zapłonęło nagle i niespodziewanie żywym ogniem. Tej trumny nie mogłam spenetrować. Gorące miejsce umie chronić swe tajemnice. Nie warto było wydobywać ich stamtąd siłą. To była jakaś siła życiowa przykuta do grobu, dopóki nie osłabnie i nie przeminie. Takie przywiązanie może wprawić każdego w paskudny nastrój.
Powoli ruszyłam naprzód. Krąg przesunął się wraz ze mną. Dotykałam kości, nietkniętych trumien, fragmentów odzieży w nowszych mogiłach. To był stary cmentarz. Nie było tu rozkładających się trupów. Śmierć osiągnęła znacznie przyjemniejsze, przynajmniej jak dla mnie, stadium.
Coś schwyciło mnie za kostkę. Podskoczyłam i pomaszerowałam naprzód, nie spoglądając w dół. Nie należy patrzeć w dół. To reguła. Przez mgnienie oka dostrzegłam coś bladego i ulotnego, jak mgielna postać o wielkich, gorejących oczach.
Duch, jak żywy. Przeszłam po jego grobie i dał mi do zrozumienia, że nie przypadło mu to do gustu. Duch złapał mnie za kostki. Wielka mi rzecz. Jeśli je zignorujesz, widmowe ręce znikną. Jeśli zwrócisz na nie uwagę, nabiorą cielesności i możesz wpaść w niezłe kłopoty. Gdy masz do czynienia ze światem duchów, musisz pamiętać o jednym – jeśli zignorujesz zjawę, utraci swoją moc. To dobra i ważna rada. Niestety, nie sprawdza się w przypadku demonów i na wpół mitycznych istot. Jak również wobec wampirów, zombi, ghuli, lykantropów, czarowników, wiedźm… No dobra, ignorowanie sprawdza się tylko wobec duchów. Ale to działa.
Widmowe ręce zaczęły szarpać nogawki moich spodni. Czułam kościste palce pnące się w górę, jakby wykorzystywały mnie, by wydostać się z grobu. Cholera! Serce podeszło mi do gardła. Idź dalej. Ignoruj to. Nie zwracaj uwagi, a zniknie. Pójdzie do diabła. Palce powoli, jakby z wahaniem, zaczęły ześlizgiwać się z mego ciała. Niektóre duchy zdają się pałać do żyjących głęboką nienawiścią. Może to zazdrość. Nie mogą zrobić ci krzywdy, ale próbują wystraszyć i nieźle się przy tym bawią.
Odnalazłam pusty grób. Fragmenty drewna rozkładające się w glebie, ale żadnych szczątków kości. Żadnego ciała. Pusty dół. Ziemia na grobie była porośnięta trawą i chwastami. Gleba była ubita i twarda. Efekt suszy. Trawa i chwasty wyglądały na wygniecione. Widać było obnażone korzenie, jakby ktoś próbował wyplenić roślinność. Albo jakby coś wygrzebało się z ziemi, pozostawiając po sobie ślady.
Uklękłam przy pustym grobie. Dotknęłam dłońmi stwardniałej czerwonej ziemi, ale wglądanie do wnętrza mogiły nic nie dało. Wyczuwałam pustkę i nic więcej. Trup zniknął. Trumna była nienaruszona. Przywołano stąd zombi. Czy był to ten zombi, którego szukaliśmy? Nie sposób tego stwierdzić. Ale tylko w tym miejscu wyczułam pustkę i przywołanie żywego trupa.