Выбрать главу

– Oni, to znaczy kto?

– Nie wiem. – Pokręcił głową, wciąż wciskając sobie pięści do oczu.

– Co widzisz, Evans?

– Krew. – Spojrzał na mnie spomiędzy uniesionych rąk przesłaniających twarz. – Wszędzie krew. Poderżnęli jej gardło. Rozsmarowali krew po nagrobku.

Miałam dla niego jeszcze dwa przedmioty. Czy odważę się zapytać? Zapytać nie zaszkodzi. To nie boli. Ale czy na pewno?

– Mam jeszcze dwie rzeczy, których chciałabym, abyś dotknął.

– Mowy nie ma – warknął. Cofnął się ode mnie w stronę krótkiego korytarzyka prowadzącego do sypialni. – Wynoś się, precz stąd, wypieprzaj z mojego domu, ale już!

– Co jeszcze zobaczyłeś, Evans?

– Zjeżdżaj!

– Opisz mi tę dziewczynę, Evans, powiedz coś, choćby jeden szczegół. Pomóż mi, proszę!

Oparł się o framugę i zjechał po niej w dół, by usiąść na podłodze.

– Bransoletka. Nosiła na lewym nadgarstku bransoletkę. Małe, zwisające amuleciki, serca, łuk i strzały, nutki. – Pokręcił głową i zwiesił ją na piersi. – A teraz idź już.

Chciałam mu podziękować, ale w tej sytuacji żadne słowa nie wydawały mi się odpowiednie. Zaczęłam rozglądać się po podłodze w poszukiwaniu ciśniętego przez Evansa kawałka kamienia. Znalazłam go w filiżance po kawie. Na jej dnie zagnieździło się i rosło w najlepsze coś zielonego. Wyjęłam kamień i wytarłam w leżące na podłodze dżinsy. Następnie schowałam odłamek do woreczka i włożyłam go do kieszonki przy pasku. Rozejrzałam się wokoło i stwierdziłam, że nie chcę zostawiać Evansa wśród całego tego brudu i bałaganu. Może miałam wyrzuty sumienia, że tak cynicznie go wykorzystałam. Może.

– Dzięki, Evans. – Nie uniósł wzroku. – Gdybym miała kogoś do sprzątania i przysłała tutaj tę osobę, wpuścisz ją?

– Nie chcę, żeby ktokolwiek tu przychodził.

– Nasza firma, Animatorzy sp. z o.o., może pokryć rachunek. Jesteśmy ci to winni. – Dopiero wtedy uniósł wzrok. Na jego obliczu malował się czysty, niepohamowany gniew. – Evans, ty potrzebujesz pomocy. Sypiesz się. Rozpadasz się na kawałki.

– Won z mego domu. – Każde słowo paliło jak rozżarzone do czerwoności żelazo Nigdy jeszcze nie widziałam Evansa tak wściekłego. Przerażonego owszem, ale nigdy w takim stanie. Cóż mogłam powiedzieć? To był jego dom.

Wyszłam. Stałam na rozchwierutanym ganku, dopóki nie usłyszałam za sobą szczęku przekręcanej zasuwki w drzwiach. Chciałam informacji i zdobyłam ją. Czemu więc tak fatalnie się czułam? Bo wycisnęłam ją na siłę z mężczyzny cierpiącego na poważne zaburzenia psychiczne. Tak, to było to. Poczucie winy. Wyrzuty sumienia. Nagle ujrzałam przed oczami porażające obrazy, przesiąknięte krwią prześcieradło na kanapie w brązowe wzorki. Kręgosłup pani Reynolds zwisający sztywno i połyskujący czerwoną wilgocią w blasku słońca.

Podeszłam do samochodu i wsiadłam. Jeżeli wyciśnięcie informacji z Evansa mogło ocalić choćby jedną rodzinę, to znaczy, że było warto. Gdybym dzięki temu nie musiała oglądać kolejnego trzylatka z wyprutymi wnętrznościami, stłukłabym Evansa na kwaśne jabłko gumowym młotkiem. Albo dałabym się jemu stłuc.

Choć w gruncie rzeczy czy tak się właśnie nie stało?

16

We śnie byłam mała. Byłam dzieckiem. Przód auta został skasowany, zgnieciony przez inny samochód. Wyglądał, jak błyszczący papier zmięty wielką dłonią. Drzwiczki były otwarte. Kuliłam się na znajomym siedzeniu, tak jasnym, że niemal białym. Widniała na nim ciemna plama. Nie była wcale duża. Dotknęłam jej nieśmiało. Koniuszki moich palców stały się szkarłatne. Wtedy po raz pierwszy widziałam krew. Wyjrzałam przez przednią szybę. Pokrywała ją pajęczyna pęknięć, pośrodku której, w miejscu gdzie moja matka uderzyła w nią głową, widniał otwór, którego brzegi były wygięte na zewnątrz. Moja matka wypadła przez boczne drzwiczki na pobocze, gdzie umarła. Dlatego na siedzeniu było tak mało krwi. Spojrzałam na świeżą krew na koniuszkach palców. W realnym życiu krew zakrzepła, tworząc zaschnięte ślady. Gdy o niej śniłam, zawsze była wilgotna i lepka.

Tym razem poczułam też zapach. Woń gnijącego mięsa. To nie w porządku. Wejrzałam w sen i uświadomiłam sobie, że śnię. Woń nie stanowiła elementu snu. Była prawdziwa.

Obudziłam się natychmiast, wlepiając wzrok w ciemność. Serce podeszło mi do gardła. Sięgnęłam po browninga tkwiącego w specjalnym olstrze u wezgłowia łóżka. Gdy twardy, chłodny pistolet znalazł się w mojej dłoni, poczułam się nieco pewniej. Pozostałam na łóżku, opierając się plecami o wezgłowie, trzymając pistolet w jednej dłoni, a drugą podtrzymując ją od tylu. Przez niewielką szparę między zasłonami przebijało światło księżyca. W srebrzystym blasku dostrzegłam sylwetkę mężczyzny. Postać nie zareagowała na broń ani na moje ruchy. Ruszyła naprzód, powłócząc nogami po miękkim, mechatym dywanie. Zahaczyła o zbiór pluszowych pingwinków, które posypały się biało-czarną delikatną falą pod parapet okienny. Postać przewróciła kilka z nich, ale nie była w stanie podnieść nóg, aby je przestąpić. Przeszła po nich, jakby brnęła przez płytką wodę.

Wciąż mierząc w intruza, sięgnęłam jedną ręką, by zapalić nocną lampkę stojącą tuż obok na stoliku. Światło wydało mi się zbyt silne po panującym w pokoju mroku. Zamrugałam gwałtownie, zmuszając oczy, aby przyzwyczaiły się do blasku. Gdy to się stało, przyjrzałam się intruzowi. Był to zombi.

Za życia musiał być z niego kawał chłopa. Bary miał szerokie jak drwal, pod skórą kryły się potężne węzły mięśni. Olbrzymie łapska wydawały się bardzo silne. Jedno oko wyschło i pomarszczyło się jak śliwka. Drugie łypało na mnie. W tym spojrzeniu nie było nic, żadnego wyczekiwania, ożywienia, okrucieństwa, jedynie pustka. Dominga Salvador wypełniła ją celowością. Zabij – powiedziała. Mogłam się o to założyć. To był jej zombi. Nie mogłam nad nim zapanować. Nie mogłam mu niczego nakazać, dopóki nie wypełni rozkazów Domingi. Gdy tylko mnie uśmierci, będzie potulny jak zdechły szczeniak. Kiedy tylko mnie zabije.

Nie zamierzałam czekać tak długo.

Magazynek browninga był załadowany posrebrzanymi nabojami typu glazer. Pociski tego rodzaju mogą zabić człowieka, jeśli trafisz go mniej więcej w środek torsu. Powstały otwór będzie zbyt duży, aby postrzelonego dało się uratować. Zombi nie przejmie się taką błahostką jak dziura w piersi. Będzie parł naprzód, z sercem czy bez niego.

Jeśli trafisz człowieka w nogę lub rękę, glazer oderwie mu kończynę. Natychmiastowa amputacja. Trzeba tylko dobrze trafić.

Zombi nie spieszył się. Przedzierał się przez stertę zwalonych pluszaków z determinacją typową dla żywych trupów. Zombi nie są nadludzko silne. Potrafią jednak wykorzystać każdą odrobinę siły, nie oszczędzają się. Prawie każdy człowiek jest zdolny do nadludzkiego wysiłku. Przynajmniej raz. Zwykły człowiek jest w stanie dźwignąć samochód – kosztem zerwanych ścięgien, uszkodzonych więzadeł i nadwerężonego kręgosłupa. Jedynie inhibitory w mózgu chronią nas przed samounicestwieniem. Zombi nie mają inhibitorów. Żywy trup mógłby dosłownie rozerwać mnie na strzępy, rozlatując się przy tym na kawałki. Gdyby jednak Dominga naprawdę chciała mnie zabić, wysłałaby mniej rozłożonego zombi. Ten był w takim stanie, że mogłabym go wyminąć i pobiec do drzwi. Może by mi się udało. Aczkolwiek…

Zacisnęłam lewą dłoń na kolbie pistoletu, palec prawej spoczął na spuście. Ściągnęłam spust, a huk wystrzału rozbrzmiał niezwykle głośno wewnątrz niedużego pomieszczenia. Zombi drgnął, potknął się. Jego prawa ręka odpadła w rozbryzgu tkanek i kości. Nie było krwi. Zbyt długo był nieboszczykiem.