Zombi wciąż się zbliżał.
Wycelowałam w drugą rękę. Wstrzymać oddech, ściągnąć spust. Mierzyłam w łokieć. I trafiłam. Dwie ręce wylądowały na podłodze i zaczęły pełznąć w stronę łóżka. Mogłabym porąbać tę istotę na kawałki, a nawet najmniejszy z nich i tak wciąż próbowałby mnie załatwić.
Prawa noga. Staw kolanowy. Noga nie odpadła zupełnie, ale zombi zachwiał się i przechylił na bok. Po chwili runął, przekręcił się na brzuch i zaczął pełznąć, odpychając się nie uszkodzoną nogą. Z tej zranionej zaczęła wypływać jakaś ciemna ciecz. Woń była okropna. Przełknęłam ślinę. Smród był potworny. Boże. Wstałam z łóżka, tak by odgrodzić się nim od stwora. Obeszłam łóżko i znalazłam się z tyłu, za żywym trupem. Zombi natychmiast zorientował się, że coś kombinuję. Spróbował odwrócić się do mnie, odpychając się jedyną sprawną nogą. Pełznące ręce wykonały zwrot szybciej, palce śmigały po dywanie. Stanęłam nad zombi i odstrzeliłam mu drugą nogę z odległości niespełna pół metra. Strzępy tkanek i kości posypały się na moje pingwinki. Cholera.
Jego ręce niemal dosięgły moich bosych stóp. Oddałam dwa szybkie strzały i dłonie rozprysły się w drobny mak, rozbryzgując się po białym dywanie. Pozbawione dłoni ramiona wiły się i podrygiwały konwulsyjnie. Wciąż usiłowały mnie dopaść.
Rozległ się szelest materiału i coś się za mną poruszyło w tonącym w ciemnościach pokoju. Stałam odwrócona plecami do otwartych drzwi. Odwróciłam się, ale wiedziałam, że już było za późno.
Silne ramiona pochwyciły mnie, przyciskając do szerokiej, mocnej piersi. Palce wpiły się w moje prawe ramię, przyszpilając pistolet do mego ciała. Odwróciłam głowę, osłaniając twarz i szyję włosami. Zęby wgryzły się w mój bark. Krzyknęłam.
Moja twarz była wciśnięta w ramię stwora. Palce wpijały się coraz głębiej. Stwór zamierzał zmiażdżyć mi rękę. Lufa broni wcisnęła się w ramię istoty. Zęby wgryzały się w mój bark, ale nie były to spiczaste, wampirze kły. Miałam do czynienia ze zwykłymi, ludzkimi zębami. Bolało jak jasna cholera, ale jeśli tylko zdołam się jakoś wyrwać, do wesela się zagoi.
Odsunęłam głowę od ramienia stwora i pociągnęłam za spust. Całe ciało targnęło się do tyłu. Lewa ręka się rozluźniła. Uwolniłam się z jej uścisku. Lewe ramię stwora zwisało z mego przedramienia, wczepione w nie palcami.
Stanęłam w drzwiach sypialni, wlepiając wzrok w istotę, która omal mnie nie dopadła. To był biały mężczyzna, jakieś metr osiemdziesiąt dwa wzrostu, zbudowany jak futbolista. Świeży nieboszczyk. Z kikuta oderwanego ramienia sączyła się krew. Palce zacisnęły się na moim przedramieniu. Kończyna nie mogła zmiażdżyć mojej ręki, ale nie zamierzała jej też puścić. Nie miałam czasu.
Zombi zaatakował, zamachnąwszy się szeroko jedną ręką, aby mnie pochwycić. Wydawało mi się, że mam całą wieczność, aby unieść broń oburącz. Ramię wciąż poruszało się i walczyło ze mną, jakby nadal było połączone z mózgiem zombi. Oddałam pospiesznie dwa strzały. Zombi zachwiał się, lewa noga załamała się pod nim, ale zbyt późno. Był za blisko. Upadł, pociągając mnie za sobą.
Wylądowaliśmy na podłodze. On na mnie. Udało mi się utrzymać browninga w górze, miałam wolne ręce i mogłam strzelać. Ciężar trupa przyszpilał mnie do podłogi, nic na to nie mogłam poradzić. Na wargach nieboszczyka błyszczała krew.
Wystrzeliłam z przyłożenia. Ściągając spust, przymknęłam oczy. Nie, żebym nie chciała tego oglądać, po prostu próbowałam w ten sposób ochronić oczy przed odłamkami kości. Gdy znów je otworzyłam, zombi nie miał już głowy, nie licząc żuchwy i fragmentu potylicy. Jedyna ręka zaczęła szukać mojej szyi. Dłoń, wciąż wczepiona w moje przedramię, pomagała korpusowi. Nie mogłam odwrócić pistoletu, aby strzelić w to oderwane ramię. Wisiało pod złym kątem.
Z tyłu za mną rozległo się ciężkie szuranie. Zerknęłam niepewnie, odwracając głowę i ujrzałam zbliżającego się do mnie pierwszego zombi. Usta, jedyne czym mógł jeszcze wyrządzić mi krzywdę, rozdziawił szeroko.
Krzyknęłam i ponownie odwróciłam się do tego, który na mnie leżał. Sprawna ręka trupa zbliżała się do mojej szyi. Odsunęłam ją i podsunęłam w zamian oderwane ramię nieboszczyka. Trup pochwycił je. Jako że nie miał już mózgu, nie był zbytnio bystry. Urwana ręka zadrżała spazmatycznie. Krew buchnęła z niej jak sok z przejrzałego melona. Palce rozwarły się, puszczając moje przedramię. Zombi zmiażdżył swoją własną rękę, gruchocąc kości i tkanki.
Szuranie z tyłu za mną coraz bardziej się przybliżało.
– Boże!
– Policja! Wychodzić z rękoma w górze! – Z korytarza dobiegł silny męski głos.
– Pomocy! – Do diabła z zimną krwią i samodzielnością.
– Co się tam dzieje, proszę pani?
Szuranie pełznącego ciała słychać było niemal tuż obok mnie. Odwróciłam głowę i znalazłam się niemal nos w nos z pierwszym zombi. Wcisnęłam lufę browninga w otwarte usta trupa. Zęby nieboszczyka zgrzytnęły o metal, a ja pociągnęłam za spust.
Wtem w drzwiach obramowanych ciemnością pojawił się policjant. Z mojego punktu widzenia wydawał się olbrzymi. Kręcone, brązowe, lecz już siwiejące włosy, wąsy, pistolet w dłoni.
– Jezu – wyszeptał. Drugi zombi upuścił zgruchotane ramię i ponownie sięgnął w moją stronę. Gliniarz mocno złapał zombi za pasek u spodni i jedną ręką dźwignął go w górę. – Zabierz ją stąd – rozkazał.
Jego partner rzucił mi się na pomoc, ale ubiegłam go. Wyczołgałam się spod na wpół uniesionego ciała i na czworakach popełzłam do pokoju. Nie trzeba mnie było dwa razy prosić. Drugi gliniarz pomógł mi wstać, wyciągając rękę. Podałam mu prawą, tę z browningiem.
Zwykle gliniarz, zanim powie coś więcej, każe ci rzucić broń. W pierwszej chwili trudno ocenić, kto stoi po dobrej stronie, a kto jest przestępcą. Jeśli masz broń, uznają cię za bandziora, dopóki nie udowodnisz, że jest inaczej. W akcji nie obowiązuje zasada domniemania niewinności.
Wyłuskał broń z mojej ręki. Nie stawiałam oporu. Znałam procedurę.
Z tyłu za nami huknął strzał. Drgnęłam, podobnie jak gliniarz. Był w moim wieku, ale ja miałam wrażenie, że jestem stara jak świat. Odwróciliśmy się i ujrzeliśmy, jak partner gliniarza strzela do zombi. Stwór musiał mu się wyrwać. Dźwignął się na nogi, ale kule nie czyniły mu większej szkody.
– Chodź tu, Brady – rzekł pierwszy policjant. Młodszy wyjął pistolet i postąpił naprzód. Zawahał się, zerkając na mnie.
– Pomóż mu – rzuciłam.
Skinął głową i zaczął strzelać do zombi. Odgłos palby przypominał huk gromu. Przepełnił całe pomieszczenie tak, że zaczęło mi dzwonić w uszach, a od smrodu prochu zakręciło mnie w nosie. Na ścianach pojawiły się otwory po kulach. Zombi wciąż parł naprzód. Kule tylko go rozdrażniły.
Z policją jest ten problem, że nie wolno jej używać pocisków typu glazer. Większość glin, w przeciwieństwie do mnie, nie ma styczności z istotami nadnaturalnymi. Zwykle ścigają oni zwykłych przestępców. Opinia publiczna źle przyjęłaby fakt, że któryś z gliniarzy odstrzelił nogę jakiemuś bandziorowi, bo ten próbował posłać go do nieba. Nie wolno zabijać ludzi tylko dlatego, że ci akurat próbują cię sprzątnąć, prawda? Dlatego gliniarzom wydaje się zwykłe pociski, niekiedy powlekane srebrem, ale te akurat nie powstrzymają rozjuszonego zombi. Policjanci zaczęli się cofać. Jeden strzelał, a drugi wymieniał magazynek. Zombi chwiejnie brnął naprzód. Jedyną sprawną ręką wymachiwał przed sobą, macając powietrze. Szukał mnie. Cholera.
– Mam w magazynku naboje typu glazer – rzekłam. – Użyjcie ich.