– Brady, mówiłem ci, żebyś ją stąd zabrał – odezwał się pierwszy gliniarz.
– Potrzebowałeś pomocy – odparł Brady.
– Wyprowadź stąd ty cywilkę, ale już.
Cywilka, ja?
Brady nie zaoponował. Wrócił do mnie z bronią w ręce, ale nie strzelał.
– Chodźmy, proszę pani. Musimy się stąd wydostać.
– Oddaj mi mój pistolet. – Spojrzał na mnie i pokręcił głową. – Należę do Okręgowej Jednostki ds. Dochodzeń Paranormalnych.
To była prawda. Pomyślałam, że dzięki temu weźmie mnie za policjantkę, którą akurat nie byłam. Był młody. Omylny. Oddał mi browninga.
– Dzięki. – Podeszłam do starszego gliny. – Współdziałam z oddziałem duchów.
– Wobec tego zrób coś. – Spojrzał na mnie, przez cały czas mierząc w żywego trupa.
Ktoś zapalił światło w pokoju. Teraz gdy nikt do niego nie strzelał, zombi swobodnie maszerował przed siebie. Szedł raźno, jakby był na spacerze, tyle tylko, że nie miał głowy i jednej ręki. Może czuł, że jestem niedaleko.
To ciało było w lepszym stanie niż pierwszy nieboszczyk. Mogłam go okaleczyć, ale nie powstrzymać. I na to się właśnie zdecydowałam. Wpakowałam trzecią kulę w lewą nogę stwora, w tę, którą zraniłam już wcześniej. Noga załamała się pod nim. Zaczął pełznąć naprzód, odpychając się jedną ręką i nogą. Był niezmordowany. Uśmiechnęłam się pod nosem, ale zaraz się uspokoiłam. Obeszłam łóżko i trupa szerokim łukiem. Po tym, co ten stwór zrobił z własnym ciałem, nie chciałam nawet przypadkiem wpaść w jego ręce. Mogłam obejść się bez pogruchotanych kości. Podeszłam do niego od tyłu, a stwór odwrócił się w moją stronę szybciej, niż się spodziewałam. Wpakowałam mu dwie kule w drugą nogę. Nie pamiętałam, ile kul w sumie zużyłam. Czy została mi jedna, dwie czy nic?
Czułam się jak Brudny Harry, tyle że temu bandziorowi było obojętne, czy miałam jeszcze jakieś kule. Nie tak łatwo przestraszyć trupa.
Nieboszczyk wciąż sunął naprzód, wlokąc za sobą uszkodzone kończyny. Podciągał się na jednej ręce. Strzeliłam nieomal z przyłożenia i dłoń zombi rozbryznęła się jak karmazynowy kwiat na białym dywanie. Mimo to trup ciągle pełzł do przodu, podpierając się okrwawionym kikutem. Pociągnęłam za spust, ale usłyszałam tylko metaliczny szczęk.
– Cholera. Nie mam już naboi – rzuciłam. Cofnęłam się. Zombi poczołgał się za mną.
Starszy gliniarz podszedł i schwycił trupa za kostki. Pociągnął go do tyłu. Jedna noga powoli wysunęła się z nogawki i silnym skrętem wyślizgnęła się z jego uścisku.
– O kurwa! – Wypuścił nogę. Spadła na dywan, wijąc się jak wąż z przetrąconym grzbietem.
Spojrzałam na niezłomnego, pełnego determinacji nieboszczyka. Bez ustanku sunął w moim kierunku. Słabo mu to szło. Gliniarz wciąż przytrzymywał go za jedną nogę. Mimo to zombi wciąż próbował. I tak już będzie, dopóki nie zostanie spalony albo Dominga Salvador nie wyda mu innego rozkazu.
W drzwiach pojawili się kolejni mundurowi. Rzucili się na okaleczonego zombi jak sępy na konające zwierzę. Trup szamotał się dziko. Próbował się im wyrwać, dokończyć swoją misję. Zabić mnie. Gliniarzy było dość, aby go obezwładnić. Przytrzymają go, dopóki nie przyjadą technicy. Ci zrobią swoje, a potem zombi zajmą się tępiciele. Wcześniej przewoziło się je do kostnicy na badania, ale drobne szczątki potrafiły uciec i skryć się w najdziwniejszych miejscach.
Koroner życzyła sobie, aby wszystkie przysyłane do niej zombi były ostatecznie martwe. Jej zdanie podzielali technicy i pielęgniarze. Podobnie jak ja, choć wiedziałam, że większość dowodów sczeźnie w ogniu. Cóż, tak to jest, gdy trzeba wybierać.
Stanęłam pod ścianą pokoju. W całym tym zamieszaniu policja o mnie zapomniała. Świetnie. Nie miałam dziś ochoty na kolejną rundkę z zombi. Dopiero teraz zorientowałam się, że mam na sobie tylko majtki i podkoszulek. Mokry od krwi podkoszulek przylepiał mi się do ciała. Ruszyłam w stronę sypialni. Chyba poszłam po spodnie. To, co ujrzałam na podłodze, sprawiło, że zamarłam w bezruchu.
Pierwszy zombi wyglądał jak beznogi owad. Nie mógł się ruszać, ale próbował. Okrwawiony kadłubek wciąż usiłował wykonać otrzymany rozkaz. Zabić mnie. Dominga Salvador zamierzała mnie zabić. Dwa zombi, jeden prosto z grobu. Jednak chciała mnie zabić. Ta myśl nie dawała mi spokoju. Groziłyśmy sobie nawzajem, ale czy trzeba było posuwać się do tak brutalnych rozwiązań? Czemu próbowała mnie zabić? Zgodnie z literą prawa nie mogłabym jej powstrzymać. Wiedziała o tym.
Dlaczego więc potraktowała mnie tak serio i spróbowała zabić? Może miała coś do ukrycia? Co prawda, dała mi słowo, że to nie ona ożywiła morderczego zombi, ale może jej słowo nie było warte funta kłaków. To jedyna odpowiedź. Musiała mieć coś wspólnego z morderczym zombi. Czy to ona go ożywiła? A może znała tego, kto to zrobił? Nie. To zapewne ona go ożywiła, w przeciwnym razie czemu próbowałaby mnie zabić następnej nocy po naszej rozmowie? To musiałby być nieprawdopodobny zbieg okoliczności. Nie kupowałam tego. Dominga Salvador ożywiła zombi, a ten wyrwał się spod jej kontroli. Tak. Właśnie. Może była zła, ale nie była wariatką. Nie ożywiłaby morderczego zombi i nie uwolniła go ot tak sobie. Wielka królowa voodoo sfuszerowała sprawę. I to wkurzyło ją bardziej niż cokolwiek innego, bardziej niż zabójstwa czy potencjalna groźba oskarżenia o zabójstwo. Nie mogła dopuścić, by jej reputacja legła w gruzach.
Powiodłam wzrokiem nad okrwawionymi, cuchnącymi szczątkami walającymi się w sypialni. Moje pluszowe pingwinki były umazane posoką i czymś jeszcze gorszym. Czy moja stara, wysłużona pralka zdoła doprowadzić je do porządku? Z moimi rzeczami sobie radziła.
Pociski typu glazer nie przebiły ścian. I między innymi dlatego tak je lubiłam. Moi sąsiedzi nie ucierpieli. Jednak kule z broni policjantów podziurawiły ściany sypialni. Wszędzie widniały równe, nieduże otwory. Do tej pory nikt nie atakował mnie w domu, nie w ten sposób. To powinno być zakazane. Było wbrew regułom. We własnym łóżku człowiek powinien czuć się bezpieczny. Wiem, wiem. Przestępcy nie uznają żadnych reguł. Między innymi dlatego są przestępcami.
Wiedziałam, kto ożywił tego zombi. Teraz musiałam to tylko udowodnić. Wszędzie była krew. Krew i coś gorszego. Zaczynałam przyzwyczajać się do fetoru. Boże. Ależ tu cuchnęło. Całe mieszkanie przepełniała drażniąca woń. W moim mieszkaniu niemal wszystko jest białe – ściany, dywan, łóżko, fotel. Na białym nazbyt wyraźnie widać plamy. Odznaczają się jak świeże rany. Dziury po kulach i odpryśnięty tynk jeszcze podkreślały plamy posoki. Mieszkanie było zrujnowane, udowodnię, że to robota Domingi, a potem, jeśli tylko zdołam, odpłacę jej pięknym za nadobne.
– Oko za oko – wyszeptałam w przestrzeń. Poczułam ucisk w gardle i pieczenie pod powiekami. Nie chciałam się rozpłakać, ale narastał we mnie dziki krzyk. Mogłam rozpłakać się albo zacząć krzyczeć. To pierwsze wydało mi się bardziej na miejscu.
Przyjechała karetka. Pojawiła się niska czarnoskóra lekarka w moim wieku.
– Chodź, kochanie, niech no cię obejrzę. – Miała miły, łagodny głos, ale zdecydowanie odciągnęła mnie od przypominającej rzeźnię sypialni. Nawet się na nią nie obraziłam, że powiedziała do mnie “kochanie”. Miałam teraz chęć zwinąć się w kłębek, ułożyć głowę na czyimś podołku i zasnąć. Potrzebowałam ciepła. I pocieszenia. Bardzo tego pragnęłam. Ale nie było mi to dane. – Kochanie, musimy zobaczyć, czy jesteś poważnie ranna, zanim zniesiemy cię do karetki. Ta krew…
– To nie moja krew. – Pokręciłam głową. Mój głos wydawał się obcy, odległy.
– Co?
Spojrzałam na nią, usiłując zachować ostrość widzenia. Pojawiły się pierwsze objawy szoku. Zwykle radzę sobie z tym lepiej, ale cóż, każdy ma lepsze i gorsze dni.