– To nie moja krew. Zostałam ukąszona w ramię. To wszystko.
Sprawiała wrażenie, jakby mi nie wierzyła. W sumie wcale się jej nie dziwiłam. Większość ludzi, ujrzawszy cię skąpaną we krwi, uznaje, że musi to być twoja krew. Nie biorą pod uwagę, że mogą mieć do czynienia z twardą jak stara zelówka pogromczynią wampirów i animatorką.
Łzy powróciły, palące i nieprzyjemne. Moje pingwinki były całe we krwi. Pal licho ściany i dywan. Można je doprowadzić do porządku, a dywan wymienić, ale te pingwinki zbierałam przez całe lata. Pozwoliłam, by lekarka wyprowadziła mnie z pokoju. Łzy pociekły mi po policzkach. Nie płakałam. To oczy mi się pociły. A pociły się, bo moje pluszowe zabawki były całe ubabrane posoką i fragmentami ciał żywych trupów.
Boże Święty!
17
Widziałam dostatecznie dużo miejsc zbrodni, by wiedzieć, czego się mogę spodziewać. Jak film oglądany zbyt wiele razy. Znałam wszystkie sceny, kluczowe zwroty akcji i dialogi. Ale to coś innego. To było moje mieszkanie.
Może to głupie, że byłam wściekła na Domingę Salvador za to, iż ośmieliła się zaatakować mnie we własnym domu. Głupie, ale nic na to nie poradzę. Złamała regułę. I to taką, z istnienia której nie zdawałam sobie dotąd sprawy. Nie będziesz atakować pozytywnej bohaterki w jej własnym domu. Cholera. Zapłaci mi za to. Już ja się o to postaram. No jasne, może przy pomocy oddziału kawalerii. Albo jeszcze lepiej marines. Nie, chyba jednak poprzestanę na starej, dobrej policji.
Zasłony w pokoju falowały, poruszane gorącym wiatrem. W trakcie walki poleciały szyby. Zostały podziurawione kulami. Cieszyłam się, że właśnie podpisałam dwuletnią umowę najmu. Przynajmniej nie mogli mnie stąd wykopać.
Dolph siedział naprzeciw mnie w mojej maleńkiej kuchni. Stolik śniadaniowy z dwoma prostymi krzesłami wydawał się maleńki, gdy przy nim zasiadł. Wydawało się, że zajął całą przestrzeń kuchni. A może po prostu ja czułam się tej nocy malutka. Tej nocy? A może był już dzień? Spojrzałam na zegarek. Szkiełko było pokryte jakąś rozmazaną ciemną substancją. Nie mogłam dostrzec, która jest godzina. Będę musiała zeskrobywać to świństwo z zegarka. Na powrót wsunęłam rękę pod koc, który przyniósł mi jeden z sanitariuszy. Skórę miałam zimniejszą, niż mogłam się spodziewać. Nawet myśli o zemście nie były w stanie mnie rozgrzać. Później, ogrzeję się później. Potem będzie czas na złość. Na gniew. Teraz cieszyłam się, że żyję.
– W porządku, Anito, co się stało?
Rozejrzałam się po pokoju. Był prawie pusty. Zombi już wyniesiono. Spalono je tuż pod domem, na ulicy. Asfaltowe barbecue.
– Czy przed złożeniem zeznań mogłabym się przebrać? Proszę. – Patrzył na mnie przez chwilę, ale w końcu pokiwał głową. – Świetnie. – Wstałam, starannie otulona kocem, przytrzymując jego brzegi. Nie chciałam, aby się rozchyliły. Jak na jedną noc miałam już dość kłopotliwych sytuacji.
– Zostaw podkoszulek. To materiał dowodowy – zawołał Dolph.
– Jasne – odparłam, nie odwracając się.
Największe kałuże nakryto prześcieradłami, aby krew nie została rozniesiona na podeszwach butów po całym budynku. Pięknie. Sypialnia cuchnęła gnijącymi zwłokami, starą krwią i śmiercią. Boże. Już nigdy nie zdołam tu zasnąć. Nawet ja czułam pewne granice. Miałam ochotę na prysznic, ale wątpiłam, aby Dolph zechciał czekać tak długo. Skończyło się na wybraniu dżinsów, skarpet i czystego podkoszulka. Zaniosłam to wszystko do łazienki. Gdy zamknęłam drzwi, odór nie wydawał się już tak dokuczliwy. Łazienka wyglądała całkiem zwyczajnie. Nie wydarzyło się tu nic dramatycznego.
Upuściłam koc i podkoszulek na podłogę. Na ramieniu, w miejscu gdzie ugryzł mnie zombi, miałam pokaźnych rozmiarów opatrunek. Na szczęście truposz nie wyrwał mi kawałka ciała. Sanitariusz ostrzegł, że czekał mnie zastrzyk przeciwtężcowy. Końska dawka. Zombizmem nie można się zarazić na skutek ukąszenia przez żywego trupa, ale nieboszczycy są nosicielami wielu groźnych chorób. Ich usta są pełne zarazków. Zawsze istnieje groźba infekcji, ale zastrzyk przeciwtężcowy to w takiej sytuacji rutynowe postępowanie.
Na moich rękach i nogach widniały zaschnięte ślady krwi. Nie umyłam rąk. Później wezmę prysznic. Umyję się raz, a dobrze. Koszulka sięgała mi prawie do kolan. Z przodu ozdabiała ją karykatura Arthura Conan Doyle’a. Twórca postaci wielkiego detektywa patrzył przez wielką lupę i jedno jego oko wydawało się zabawnie powiększone. Obejrzałam się w lustrze nad umywalką. Koszulka była miękka, ciepła i miła w dotyku. Tego właśnie było mi trzeba. Stary podkoszulek był bezpowrotnie zniszczony. Nic nie mogło go uratować. Ale może uda mi się ocalić niektóre z pingwinków. Napuściłam zimnej wody do wanny. Gdyby chodziło o koszulkę, wrzuciłabym ją i namoczyła w zimnej wodzie. Może z pluszakami to również poskutkuje.
Wyjęłam spod łóżka moje buty do biegania. Nie chciałam krzątać się po mieszkaniu w samych tylko skarpetkach. Po to są buty. No dobrze, przyznaję, twórca adidasów nie przewidział, że ktoś będzie w nich chodził po kałużach zakrzepłej krwi żywych trupów. Trudno jest być przygotowanym na wszystko.
Dwa pingwinki zmieniły kolor na brązowy, gdy zaschła na nich krew. Zaniosłam je ochoczo do łazienki i włożyłam do wanny. Przytrzymałam pod wodą, aż nasiąkły i zanurzyły się niemal zupełnie, po czym zakręciłam wodę. Moje dłonie trochę się domyły. Woda nie była już czysta. Krew wysączała się z dwóch pluszowych zabawek jak woda z gąbki. Jeśli uda mi się z tymi dwoma, powinnam uratować je wszystkie.
Wytarłam dłonie w koc. Nie ma sensu brudzić krwią ręczników. Zygmuś, pingwinek, z którym czasem sypiałam, był prawie nietknięty. Miał tylko kilka brązowych kropek na mechatym białym brzuszku. Chwała Bogu. Miałam ochotę wsadzić go pod pachę i wyjść z nim, aby mi towarzyszył podczas składania zeznań. Dolph zapewne nic by mi nie powiedział. Odsunęłam Zygmusia nieco dalej od największych kałuż, jakby to mogło w czymkolwiek pomóc. Widok tego kretyńskiego pluszaka siedzącego bezpiecznie w kącie w znacznym stopniu poprawił mi humor. Świetnie.
Zerbrowski wpatrywał się w akwarium. Po chwili uniósł wzrok i spojrzał na mnie.
– To największe skalary, jakie w życiu widziałem. Można by z nich przyrządzić niezły obiadek.
– Zostaw ryby w spokoju, Zerbrowski – mruknęłam.
– Jasne, tak tylko głośno myślałem. – Uśmiechnął się.
W kuchni Dolph wciąż siedział z dłońmi złożonymi jedna na drugiej na blacie stolika. Jego oblicze pozostawało nieodgadnione. Jeżeli był zdenerwowany, że omal nie straciłam dziś życia, nie okazywał tego w żaden sposób. Ale Dolph rzadko zdradzał jakiekolwiek emocje. Jedyne, co go obecnie nurtowało, to prowadzone śledztwo. Sprawa zabójczego zombi. Zamordowanych niewinnych osób.
– Chcesz kawy? – spytałam.
– Jasne.
– Ja też – wtrącił Zerbrowski.
– Tylko jeśli powiesz “poproszę”.
– Poproszę. – Oparł się o ścianę przy wejściu do kuchni. Wyjęłam z zamrażalnika torebkę kawy. – Trzymasz kawę w zamrażalniku? – spytał Zerbrowski.
– Czy nikt nigdy nie parzył dla ciebie prawdziwej kawy? – odparowałam.
– Zwykle pijam rozpuszczalną.
– Barbarzyńca. – Pokręciłam głową.
– Kiedy już skończycie tę wymianę uprzejmości – wtrącił Dolph – chciałbym przejść do rzeczy i spisać twoje zeznanie. – Jego głos był łagodniejszy niż słowa.
Uśmiechnęłam się do niego i do Zerbrowskiego. Niech to diabli, ale naprawdę cieszyłam się, że ich widzę. Najbardziej bolało mnie to, że nawet widok Zerbrowskiego sprawiał mi nieopisaną radość.