Выбрать главу

– Brzmi wspaniale, ale nie każ czekać Jean-Claude’owi.

– Daj spokój, Ronnie – warknęłam.

– Powinnaś trzymać się możliwie jak najdalej od tej… istoty, Anito. – Wzruszyła ramionami.

– Wiem. – Teraz to ja wzruszyłam ramionami. – Wybieram mniejsze zło, zgadzając się na spotkanie z nim.

– A jaki miałaś wybór?

– Spotkanie się z nim z własnej woli albo porwanie i doprowadzenie przed jego oblicze.

– Niezły wybór, nie ma co.

– No.

Otworzyłam podwójne drzwi prowadzące na zewnątrz. Fala żaru uderzyła mnie w twarz. Było piekielnie gorąco, jakbym weszła do rozgrzanego pieca. Miałyśmy biegać w takim upale? Spojrzałam na Ronnie. Jest o piętnaście centymetrów wyższa ode mnie i większość z tego to nogi. Możemy biec razem, ale muszę ustalić tempo kroku i włożyć w to sporo wysiłku. To bardzo dobre ćwiczenie.

– Dziś jest z 80°C – rzekłam.

– Bez wysiłku nie ma rezultatów – ucięła Ronnie. W lewej dłoni trzymała bidon. Byłyśmy gotowe.

– Sześć kilometrów w piekle – mruknęłam. – Do roboty. – Ruszyłyśmy wolnym, ale równym biegiem. Zwykle kończyłyśmy przebieżkę w niecałe pół godziny.

Powietrze wręcz stało z gorąca. Miałam wrażenie, jakbyśmy musiały przebijać się przez wpółmaterialny mur gorącego powietrza. Wilgotność w St. Louis zawsze oscyluje w granicach stu procent. To w połączeniu z temperaturą rzędu 38°C daje w rezultacie małe, wilgotne piekiełko. St. Louis latem, ale czad.

Nie lubię ćwiczyć. Szczupłe biodra i muskularne łydki to za mała zachęta, by tak się katować. Bardziej przemawia do mnie fakt, że dzięki temu można prześcignąć jakiegoś bandziora. Czasami wszystko sprowadza się do tego, kto jest szybszy, silniejszy, zwinniejszy. Wybrałam sobie niewłaściwy fach. No dobra, nie skarżę się. Tylko że czterdzieści dwa kilogramy mają w sobie za mało mięśni, by nimi szaleć.

Naturalnie gdy w grę wchodzą wampiry, to, ile ważę, przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Nawet młodzi nieumarli są w stanie jedną ręką dźwignąć samochód. W tej sytuacji przegrywam już na starcie. Przywykłam do tego.

Pokonałyśmy pierwsze półtora kilometra. To zawsze boli najbardziej. Moje ciało potrzebuje mniej więcej takiego dystansu, aby uświadomić sobie, że nie skłoni mnie do przerwania całego tego szaleństwa. Biegłyśmy przez starszą część dzielnicy. Sporo tutejszych domów pochodzi z lat pięćdziesiątych, a niektóre nawet z XIX wieku. Był tu nawet pewien magazyn pamiętający czasy wojny secesyjnej. To był punkt oznaczający, iż mamy za sobą połowę drogi. Trzy kilometry. Czułam się rozluźniona i silna, jakbym potrafiła tak biec w nieskończoność, o ile tylko nie będę musiała biec za szybko. Skupiłam się na przedzieraniu się przez fale żaru i utrzymaniu stałego rytmu. To Ronnie zauważyła tego faceta.

– Nie chcę cię niepokoić – rzekła – ale czemu ten facet tam stoi?

Wytężyłam wzrok. Jakieś pięć metrów przed nami kończył się ceglany mur i rósł wysoki wiąz. W cieniu drzewa stał mężczyzna. Nie próbował się ukryć. Nosił jednak dżinsową kurtkę. Było za ciepło na noszenie kurtki, chyba że chciał ukryć pod nią broń.

– Jak długo tam stoi?

– Właśnie wyszedł zza drzewa – odparła.

– Zawracamy. Z powrotem mamy jeszcze trzy kilometry. – Paranoja wzięła nade mną górę.

Ronnie skinęła głową.

Zawróciłyśmy. Facet nie próbował nas zatrzymać ani krzyczeć. Paranoja to okropna choroba.

Zza załomu ceglanego muru wyszedł drugi mężczyzna. Podbiegłyśmy jeszcze kilka metrów w jego stronę. Obejrzałam się za siebie. Ten w kurtce szedł wolno w naszym kierunku. Kurtkę miał rozpiętą i sięgał za pazuchę. I to tyle, jeśli chodzi o paranoję.

– Biegnij – rzuciłam.

Drugi facet wyjął pistolet z kieszeni kurtki. Przystanęłyśmy. To wydawało się rozsądnym posunięciem.

– Uhm, hm – mruknął mężczyzna. – Nie mam ochoty nikogo ganiać w tym upale. Chcemy cię żywej, laluniu, ale niekoniecznie całej i zdrowej.

Pistolet okazał się automatem.22. Nieduża moc, ale dobry, gdy chciało się tylko kogoś zranić. Wszystko sobie obmyślili. To było przerażające. Ronnie stała bardzo sztywna obok mnie. Zwalczyłam w sobie chęć pochwycenia jej za rękę i ściśnięcia mocno, to nie byłoby dobrze widziane. Bądź co bądź, byłam twardą i bezwzględną zabójczynią wampirów, nieprawdaż?

– Czego chcecie? – spytałam.

– Już lepiej – mruknął. Nosił jasnoniebieską koszulę. Nad paskiem spodni przelewał się ciężko wypracowany mięsień piwny. Miał jednak potężne i z wyglądu silne łapska. Może i był za gruby, ale mogłam się założyć, że potrafił mocno uderzyć.

Cofnęłam się tak, że za plecami miałam teraz mur. Ronnie zrobiła to samo. Ten w kurtce podszedł do nas. W prawej ręce trzymał luźno berettę dziewięć milimetrów. Ta broń nie służyła tylko do ranienia.

Spojrzałam na Ronnie, a potem na tłuściocha, który się do niej zbliżał. Zerknęłam na tego w dżinsowej kurtce, który podchodził do mnie. Znów spojrzałam na Ronnie. Jej oczy lekko się rozszerzyły. Oblizała wargi, po czym przeniosła wzrok na tłuściocha. Facet z berettą był mój. Ronnie miała zająć się tym z.22. Nie ma to jak odpowiednie planowanie.

– Czego chcecie? – powtórzyłam. Nie lubię się powtarzać.

– Wybierzecie się z nami na małą przejażdżkę. To wszystko. – Mówiąc to, tłuścioch uśmiechnął się.

Odpowiedziałam uśmiechem, po czym odwróciłam się do tego w dżinsowej kurtce z berettą w garści.

– Nie umiesz mówić?

– Umiem – odparł. Postąpił dwa kroki w moją stronę, ale jego pistolet wciąż mierzył w moją pierś. – I to jak.

Dotknął leciutko moich włosów koniuszkami palców. Beretta nieomal wpiła się w moje ciało. Gdyby teraz nacisnął spust, byłoby po herbacie. Matowa czarna lufa wydawała mi się z każdą chwilą coraz większa. Złudzenie, ale im dłużej na nią patrzyłam, tym wydawała mi się istotniejsza. Zwłaszcza że stałam u jej wylotu.

– Nic z tego, Seymour – rzucił tłuścioch. – Żadnego pieprzenia ani zabijania. Znasz zasady.

– Niech to szlag, Pete.

– Możesz zająć się tą blondyną – rzucił Pete alias Tłuścioch. – Nikt nie mówił, że nie możemy się z nią zabawić.

Spojrzałam na Ronnie. I na Seymoura. Musiałam być gotowa, gdyby nadarzyła się jakaś okazja. Spojrzenie na przyjaciółkę, aby sprawdzić, jak zniosła wiadomość, że ma stać się ofiarą gwałtu, nie podbudowało mnie psychicznie. Naprawdę.

– Potęga członka, Ronnie. Wszystko sprowadza się do myślenia penisem.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Seymour zmarszczył brwi.

– Że jesteś debilem, Seymour, i że myślisz wackiem zamiast głową – odparłam z uśmiechem.

Uderzył mnie na odlew, otwartą dłonią, ale mocno. Zachwiałam się, lecz nie upadłam. Pistolet wciąż był we mnie wycelowany. Cholera. Gdy mi przywalił, tym razem zaciśniętą pięścią, spomiędzy jego ust dobył się głuchy warkot. Upadłam. Przez chwilę leżałam na brudnym chodniku, wsłuchując się w szum krwi w uszach. Uderzenie otwartą dłonią piekło. Cios pięścią zabolał. Ktoś kopnął mnie w żebra.

– Zostaw ją! – krzyknęła Ronnie.

Położyłam się na brzuchu i udawałam, że strasznie mnie boli. Nie było to trudne. Sięgnęłam do kieszonki szortów. Seymour wymachiwał berettą przed twarzą Ronnie. Ronnie krzyczała na niego. Pete złapał ją za ręce i spróbował przytrzymać. Sprawy wymykały się spod kontroli. Ekstra.

Spojrzałam na Seymoura i powoli dźwignęłam się na kolana. Wbiłam mu derringera w krocze. Zamarł w bezruchu i przeniósł wzrok na mnie.

– Nie ruszaj się albo będziesz miał z klejnotów jajecznicę – wycedziłam.