Ronnie trzasnęła tłuściocha łokciem w splot słoneczny. Zgiął się lekko, opuścił dłonie do brzucha. Wyrwała mu się i wyrżnęła go kolanem w twarz. Z nosa Pete’a buchnęła krew. Ronnie rąbnęła go w bok twarzy, wkładając w ten cios cały ciężar swego ciała. Facet runął jak ścięte drzewo. W dłoni Ronnie pojawiła się.22. Miałam ochotę zawołać: – Brawo, Ronnie – ale to zniweczyłoby mój image. Później przybijemy sobie piątkę.
– Seymour, powiedz swemu kumplowi, żeby się nie ruszał albo pociągnę za spust.
Przełknął ślinę tak głośno, że aż to usłyszałam.
– Nie ruszaj się, Pete, dobra?
Pete tylko się na nas gapił.
– Ronnie, proszę, odbierz Seymourowi broń. Dziękuję. – Wciąż klęczałam na żwirze z derringerem przytkniętym do krocza faceta w kurtce. Bez oporów oddał spluwę Ronnie. Coś podobnego.
– Mam go na muszce, Anito – rzekła Ronnie. – Nie spojrzałam na nią. Miała swoje zadanie, a ja swoje.
– Seymour, to.38 specjal. Dwustrzałowy. Nadaje się do różnego rodzaju amunicji -.22,.44 albo.357 magnum. – To było kłamstwo. W nowej, lżejszej wersji nie używało się niczego potężniejszego od zwykłej.38, ale mogłam się założyć, że Seymour nie połapie się w tym małym oszustwie. -.44 albo.357 i możesz pożegnać się z klejnotami. W przypadku.22 może zdołasz je ocalić, ale i tak będzie bolało. – I znów odegrałam scenę z Brudnego Harry’ego. – To jak sądzisz, masz dziś szczęście?
– Czego chcesz, o co ci, kurde, chodzi? – spytał piskliwym z przerażenia głosem.
– Kto was wynajął?
– Nic z tego. Zabiłby nas. – Pokręcił głową.
– Kula.357 magnum robi wielkie dziury, Seymour.
– Nic jej nie mów – rzekł Pete.
– Jeśli jeszcze raz się odezwie, Ronnie, rozwal mu rzepkę kolanową.
– Z przyjemnością – odparła Ronnie. Zastanawiałam się, czy faktycznie mogłaby to zrobić. Lepiej, żebym się nie dowiedziała.
– Gadaj, Seymour, i to już, albo pociągnę za spust. – Wbiłam pistolet głębiej w jego ciało. Nawet to musiało nieźle boleć. Facet stał prawie na palcach.
– Boże, błagam, nie.
– Kto was wynajął?
– Bruno.
– Seymour, ty durniu – syknął Pete. – On nas zabije.
– Ronnie, wpakuj mu kulkę – rzekłam.
– Mówiłaś – w rzepkę kolanową, tak?
– Tja.
– A może lepiej w łokieć? – zapytała.
– Wybór należy do ciebie – odparłam.
– Jesteście nienormalne – jęknął Seymour.
– Taa – mruknęłam. – Lepiej o tym nie zapominaj. Co właściwie powiedział wam Bruno?
– Kazał przewieźć was do budynku przy Grand i Washington. Mieliśmy zawieźć tam was obie, ale aby zmusić cię do uległości, mieliśmy zabawić się trochę z tą blondyną.
– Podaj mi ten adres – warknęłam.
Seymour zrobił to. Chyba gdybym go zapytała, podałby mi nawet sposób na stworzenie kamienia filozoficznego.
– Jeśli tam pojedziecie, Bruno zorientuje się, że to my go sypnęliśmy – rzekł Pete.
– Ronnie – powiedziałam.
– Strzelaj, laluniu, jest mi to obojętne. Jeśli tam pojedziecie albo wezwiecie policję, i tak będzie po nas.
Spojrzałam na Pete’a. Wyglądało, że mówił szczerze. Ci dwaj byli bandziorami, ale…
– Dobra, nie złożymy mu niespodziewanej wizyty.
– Nie wezwiemy też policji – dodała Ronnie.
– Gdybyśmy to zrobiły, równie dobrze mogłybyśmy rozwalić was na miejscu. Ale wcale nie musimy tego robić, prawda Seymour?
– Jasne, że nie!
– Ile płaci wam Bruno?
– Czterysta na łebka.
– To za mało – stwierdziłam.
– I kto to mówi.
– Teraz wstanę, Seymour, i twoje jaja pozostaną nietknięte. Nigdy więcej nie zbliżaj się do mnie ani do Ronnie, albo dam Brunonowi cynk, kto go sypnął.
– On by nas zabił. I zrobiłby to powoli.
– Otóż to, Seymour. Będziemy udawać, że to wszystko w ogóle się nie wydarzyło, jasne? – Pokiwał energicznie głową. – Zgadzasz się na taki układ, Pete? – spytałam.
– Nie jestem głupi. Bruno wyrwałby nam serca i nakarmił nas nimi. Będziemy milczeć jak grób. – Wydawał się zniesmaczony.
Wstałam i odstąpiłam ostrożnie od Seymoura. Ronnie celowała w Pete’a z beretty. Za gumką jej sportowych szortów tkwiła.22.
– Precz stąd – rzuciłam.
Twarz Seymoura pobladła i błyszczała od poru.
– Czy mogę odzyskać swój pistolet? – Nie był zbyt bystry.
– Żarty się ciebie trzymają – stwierdziłam.
Pete wstał. Krew pod jego nosem zaczęła zasychać.
– Chodź, Seymour. Spadamy stąd – powiedział.
Ruszyli w głąb ulicy. Seymour kulił się w sobie, jakby tłumił pragnienie rozmasowania obolałych klejnotów.
Ronnie odetchnęła z ulgą i oparła się o ścianę. Wciąż trzymała w prawym ręku pistolet.
– O Boże – westchnęła.
– No – mruknęłam.
Dotknęła mojej twarzy w miejscu, gdzie walnął mnie Seymour. Zabolało. Skrzywiłam się.
– W porządku? – spytała Ronnie.
– Jasne – odparłam. Tak naprawdę cały bok mojej twarzy przeszywał potworny ból, ale żadne słowa nie były go w stanie ukoić.
– Odwiedzimy Bruna?
– Nie.
– Dlaczego?
– Znamy adres, pod który miano nas przewieźć i wiemy, kto zlecił nasze uprowadzenie. Wiemy, dlaczego chciano mnie porwać. Co jeszcze byłoby warte narażania życia?
Ronnie zamyśliła się przez chwilę.
– Chyba masz rację. Ale naprawdę nie zamierzasz donieść o tym ataku na policję?
– A po co? Nic mi nie jest, tobie zresztą też nie. Seymour i Pete już nie wrócą.
– Tak naprawdę wcale nie chciałaś, abym strzeliła mu w kolano, prawda? – Wzruszyła ramionami. – To była tylko gra, jak w dobrego i złego glinę, mam rację? – Spojrzała na mnie z przejęciem, w jej łagodnych szarych oczach malowała się niepewność.
– Wracajmy do domu, ale spacerkiem. – Odwróciłam wzrok. – Nie mam już ochoty na bieganie.
– Ja też nie. – Ruszyłyśmy wolnym krokiem. Ronnie wyjęła koszulkę ze spodenek i zatknęła berettę za gumkę szortów. Trzymała teraz w ręku.22. Pistolet prawie całkiem niknął w jej dłoni. – Tylko udawałyśmy, prawda? Zgrywałyśmy twarde sztuki, no nie?
– Nie wiem – odparłam szczerze.
– Anito!
– Nie wiem. Naprawdę.
– Nie mogłabym strzelić do niego z zimną krwią, aby zmusić go do milczenia.
– Wobec tego dobrze, że cię do tego nie sprowokował – ucięłam.
– A ty, czy mogłabyś, ot tak, wpakować mu kulkę? – Gdzieś z oddali dobiegł śpiew ptaka. Ten dźwięk sprawił, że mimo upału zrobiło się nam chłodniej i przyjemniej. -Odpowiedz, Anito. Czy naprawdę pociągnęłabyś za spust?
– Tak.
– Tak? – W jej głosie brzmiała nuta zdziwienia.
– Tak.
– Cholera. – Przez chwilę szłyśmy w milczeniu, ale zaraz znów się odezwała. – Jaką masz dziś amunicję w derringerze?
– .38.
– Taka kula zapewne by go zabiła.
– Zapewne – przytaknęłam.
Widziałam, że od czasu do czasu zerkała na mnie z ukosa. W jej oczach było coś, czego wcześniej nie dostrzegałam. Mieszanina zgrozy i podziwu. Nigdy dotąd przyjaciółka nie patrzyła na mnie w taki sposób. To trochę mnie zabolało. Ale tego wieczoru wybrałyśmy się na kolację do Miller’s Daughter w starym St. Charles. Atmosfera była przyjemna. Jedzenie wyśmienite. Jak zawsze. Rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się i doskonale się bawiłyśmy. Żadna z nas nie wspomniała o dzisiejszym incydencie. Jeśli dobrze się postaram, może nawet zdołam przekonać samą siebie, że w ogóle nic się tego dnia nie wydarzyło. Potrzeba do tego tylko trochę wysiłku.