Выбрать главу

– Dostanę colę?

– Nic mocniejszego?

Pokręciłam głową.

Willie oddalił się. Na scenie stał szczupły facet o krótkich ciemnych włosach. Chudy jak tyka, zapadnięte policzki, ale był bez wątpienia człowiekiem. Już sam jego wygląd rozbawiał do łez. Obok niego, gapiąc się tępym spojrzeniem na widownię, stał zombi. Blade oczy trupa wciąż były wyraźne i ludzkie, ale nie mrugały. Nieboszczyk wpatrywał się niewidzącym wzrokiem w publiczność. Mało kto słuchał dowcipów. Większość osób patrzyła na trupa. Był już trochę nadpsuty i przez to przerażający, ale nawet siedząc w drugim rzędzie, nie czułam odoru rozkładu. Niezła sztuczka, o ile ktoś ją potrafi.

– Ernie, mój współlokator, to najlepszy kumpel, jaki mógł mi się trafić – mówił komik. – Je niewiele, nie zrzędzi, nie sprowadza do domu panienek i nie zamyka się z nimi w pokoju, by się zabawić, podczas gdy ja muszę wystawać w tym czasie na korytarzu. – Kilka osób zaczęło się śmiać. Spojrzenia były utkwione w starym, dobrym Erniem. – Któregoś razu wysiadła nam lodówka. Mieliśmy w niej kawałek szynki, ale się zepsuł. Nic to jednak, bo Erniemu i tak bardzo smakowała.

Zombi odwrócił się wolno, jakby z trudem, aby spojrzeć na komika. Mężczyzna zerknął na zombi, ale zaraz znów przeniósł wzrok w stronę sali i uśmiechnął się. Zombi wciąż mu się przyglądał. Facetowi to się chyba nie spodobało. Wcale mu się nie dziwię. Nawet umarli nie lubią, gdy ktoś się z nich wyśmiewa. Poza tym żarty wcale nie były zabawne. Dowcip polegał na sposobie, w jaki opowiadano żarty. Na obecności zombi. To chore, choć przyznaję, że całkiem odkrywcze.

Wrócił Willie z moją colą. Miałam kierownika na posyłki, niezły gips. Że o rezerwacji stolika nie wspomnę. Willie postawił szklaneczkę na jednej z tych bezużytecznych papierowych serwetek.

– Proszę bardzo – powiedział. Odwrócił się, by odejść, ale dotknęłam jego ramienia. Natychmiast pożałowałam tego gestu.

Ramię było twarde, silne, bardzo realne. Miałam wrażenie, jakbym dotknęła kawałka drewna. To był trup. Nie potrafiłam nazwać tego inaczej. Zero wrażenia ruchu. Zupełnie nic.

Powoli puściłam jego rękę i spojrzałam na niego. Mogłam spojrzeć mu w oczy dzięki znakom otrzymanym od Jean-Claude’a. W brązowych oczach wampira malował się dziwny smutek.

Poczułam szum krwi w uszach i przełknęłam ślinę, aby uspokoić rozkołatane serce. Cholera. Musiałam się uspokoić. Chciałam, aby Willie już sobie poszedł. Odwróciłam się od niego i wlepiłam wzrok w szklaneczkę coli. Willie oddalił się. Może to przez ten śmiech, ale nie słyszałam, jak odchodził.

Willie McCoy był jedynym wampirem, którego znałam, zanim umarł. Pamiętałam go żywego. Był drugorzędnym bandziorem. Chłopcem na posyłki grubych ryb. Może Willie sądził, że stając się wampirem, sani stanie się grubą rybą. Tu się pomylił. Teraz był po prostu nieumarłym tandeciarzem. Po wsze czasy będzie chłopcem na posyłki dla Jean-Claude’a lub jemu podobnych. Biedny Willie.

Wytarłam o spodnie dłoń, którą go dotknęłam. Chciałam zapomnieć o tym dotknięciu, o nieprzyjemnym uczuciu, jakie wywołało zetknięcie z jego ciałem. Ciało Jean-Claude’a nie było takie. Ale rzecz jasna Jean-Claude z łatwością mógłby uchodzić za człowieka. Tak bywa z niektórymi starymi wampirami. Willie też się nauczy. Z pomocą Bożą.

– Zombi są lepsze niż psy. Przyniosą ci kapcie i nie trzeba ich wyprowadzać na dwór. Jeśli mu każę, Ernie jak posłuszny psiak zacznie warować przy mojej nodze albo udawać trupa.

Publiczność zareagowała śmiechem. Nie bardzo pojmowałam dlaczego. To nie był szczery, serdeczny śmiech. To była reakcja na gwałtowny szok. Ten śmiech zawierał w sobie informację: – To nie do wiary.

Zombi szedł w stronę komika powolnym, leniwym krokiem. Zniszczone ręce wyciągnęły się do przodu, a ja poczułam nieprzyjemny ucisk w dołku. To było jak reminiscencja z ubiegłej nocy. Zombi zawsze atakują z wyciągniętymi rękami. Tak jak w filmach. Komik nie zdawał sobie sprawy, że cierpliwość i wytrzymałość Erniego skończyły się. Jeśli zombi po przywołaniu nie otrzymuje przez dłuższy czas żadnych rozkazów, zwykle powraca do stanu, który jest mu najbliższy. Człowiek z natury dobry jest łagodny, dopóki rozkładowi nie ulegnie jego mózg, pozbawiając go tożsamości. Większość zombi nie zabija bez rozkazu, ale od czasu do czasu zdarza się, że ktoś ożywi zombi o niepohamowanych morderczych skłonnościach. To właśnie przydarzyło się komikowi.

Zombi szedł w jego stronę jak parodia monstrum Frankensteina. Dopiero teraz komik zrozumiał, że coś jest nie tak. Nie dokończył kolejnego żartu i wybałuszył oczy.

– Ernie – powiedział.

Tylko tyle. Trawione rozkładem ręce zacisnęły się na jego szyi i zaczęły ją miażdżyć.

Przez jedną krótką chwilę chciałam pozwolić żywemu trupowi dokończyć dzieła. Wykorzystywanie umarłych to coś, czego nie popieram, ale… za głupotę nie należy płacić śmiercią. W przeciwnym razie nasza planeta znacznie by się wyludniła.

Wstałam, rozglądając się dokoła, by stwierdzić, czy obsługa była przygotowana na taką ewentualność. Willie podbiegł do sceny. Ramionami oplótł Erniego w pasie i pociągnął z całej siły, ale choć dźwignął trupa w powietrze, tamten nie przestał dusić swojej ofiary. Komik osunął się na kolana, wydając ciche stęknięcia. Jego twarz z czerwonej stała się purpurowa. Publiczność śmiała się. Ludzie myśleli, że to element przedstawienia. W sumie było to znacznie zabawniejsze niż cały występ.

– Pomóc ci? – szepnęłam półgłosem do Williego, podchodząc do sceny.

Spojrzał na mnie, wciąż obejmując zombi w pasie. Dysponując nadludzką siłą, Willie zapewne mógłby oderwać po kolei wszystkie palce trupa wpijające się w gardło komika i ocalić go. Tyle że nadludzka siła na nic się nie zda, jeśli nie wiesz, jak jej użyć. Willie nigdy nie miał tęgiej głowy. Naturalnie zombi mógł zmiażdżyć komikowi tchawicę, zanim wampir oderwie jego palce od szyi mężczyzny. Była taka możliwość. Ale lepiej nie brać jej pod uwagę. Przynajmniej na razie. Według mnie ten komik był marny. Ale nie mogłam pozwolić, aby tak zginął. To nie było w moim stylu.

– Przestań – rzekłam. Cicho, tak aby tylko zombi mnie usłyszał. Przestał zaciskać palce, ale wciąż nie puszczał komika. Mężczyzna zwiotczał. – Puść go.

Zombi puścił. Mężczyzna, prawie nieprzytomny, osunął się na scenę. Willie wyprostował się i przestał szarpać się z truposzem. Wygładził czerwoną marynarkę. Włosy miał nienagannie zaczesane do tyłu. Nałożył tyle brylantyny, że byle szamotanina z zombi nie mogła mu zepsuć fryzury.

– Dzięki – wyszeptał. Wyprężył się na swoje pełne metr sześćdziesiąt wzrostu i rzekł:

– Proszę państwa, to był Zdumiewający Albert i jego ulubiony zombi.

Publiczność, jakby trochę niepewnie, po krótkiej chwili zaczęła klaskać. Kiedy Zdumiewający Albert podniósł się chwiejnie, rozległy się gromkie brawa.

– Ernie uważa, że już czas wracać do domu. – Wychrypiał do mikrofonu: – Byliście wspaniałą publicznością. – Oklaski były głośne i szczere.

Komik zszedł ze sceny. Zombi został, gapiąc się na mnie. Czekał. Czekał na kolejny rozkaz. Nie wiem, czemu każdy nie jest w stanie rozkazywać żywym trupom. Dla mnie w ogóle nie było w tym magii. Nie czułam świerzbienia skóry ani tchnienia mocy. Ja mówię, a zombi słucha. No jasne.

– Idź za Albertem i wykonuj jego rozkazy, dopóki nie zadecyduję inaczej – powiedziałam.

Zombi wahał się przez chwilę, ale zaraz odwrócił się i poczłapał za mężczyzną. Teraz już go nie zabije. Ale nie zamierzałam mówić tego komikowi. Niech myśli, że jego życie jest wciąż zagrożone. Niech wie, że sam nie zdołałby uspokoić rozjuszonego trupa. Tego właśnie chciałam. I zombi zapewne też.