Erniemu najwyraźniej nie podobała się rola pośmiewiska. Nie lubił być przedmiotem niewybrednych żartów i kpin. Odpłacić pięknym za nadobne to jedno. Udusić komika, który go nękał, to dla mnie nazbyt radykalne rozwiązanie.
Willie odprowadził mnie do stolika. Usiadłam i upiłam łyk coli. Willie usiadł naprzeciw mnie. Wydawał się wstrząśnięty. Jego drobne ręce wyraźnie drżały. Był wampirem, ale wciąż pozostawał Williem McCoyem. Zastanawiałam się, ile potrwa, zanim zatraci resztki swej dawnej osobowości. Dziesięć lat, dwadzieścia, sto? Ile potrzeba, żeby potwór pożarł człowieka? Oby jak najdłużej. To już nie będzie mój problem. Nie będę musiała tego oglądać. Prawdę mówiąc, wcale nie chciałam tego widzieć.
– Nigdy nie lubiłem zombi – rzekł Willie.
– Boisz się ich? – Spojrzałam na niego.
– Nie. – Zerknął na mnie, po czym wlepił wzrok w blat stolika.
– Boisz się zombi. Masz fobię. – Uśmiechnęłam się do niego.
– Tylko nic nikomu nie mów. Proszę. – Nachylił się nad stolikiem. W jego oczach malował się prawdziwy strach.
– Komu miałabym powiedzieć?
– Wiesz, komu.
– Nie wiem, o czym mówisz, Willie. – Pokręciłam głową.
– O Mistrzu – powiedział to z namaszczeniem.
– Dlaczego miałabym powiedzieć o tym Jean-Claude’owi?
Mówił teraz szeptem. Na scenie pojawił się nowy komik, rozległy się hałas i śmiech, a on wciąż szeptał.
– Jesteś jego ludzką służebnicą, czy to ci się podoba, czy nie. Twierdzi, że gdy rozmawiamy z tobą, to tak, jakbyśmy zwracali się do niego.
Nasze twarze dzielił dystans zaledwie paru centymetrów. Poczułam jego oddech przesycony zapachem miętówek. Prawie wszystkie wampiry używały miętówek. Ich oddechy pachniały miętą. Zastanawiałam się, jak sobie radziły przed wynalezieniem miętówek. Zapewne miały bardzo nieświeży oddech.
– Wiesz, że nie jestem jego ludzką służebnicą.
– Ale on chce, abyś nią była.
– Tylko dlatego, że Jean-Claude czegoś pragnie, nie oznacza, że musi to otrzymać – odparłam.
– Nie masz pojęcia, jaki on jest.
– Chyba jednak trochę go znam…
Dotknął mojej ręki. Tym razem nie cofnęłam się gwałtownie. Zamyśliłam się nad tym, co mi przed chwilą powiedział.
– Zmienił się od czasu śmierci starej mistrzyni. Jest naprawdę potężny. Potężniejszy, niż sądzisz.
Tego się akurat spodziewałam.
– Czemu więc nie miałabym mu powiedzieć, że boisz się zombi?
– Bo wykorzysta to, aby mnie ukarać.
– Chcesz powiedzieć, że on torturuje ludzi, aby przejąć nad nimi kontrolę? – Spojrzałam na niego, nasze oczy nigdy dotąd nie znajdowały się tak blisko siebie. – Pokiwał głową. – Cholera.
– Nie powiesz?
– Nie powiem. Obiecuję.
Odetchnął z taką ulgą, że odruchowo poklepałam go po dłoni. Jego ręka wydawała się w dotyku całkiem normalna. Ciało nie było już twarde jak kloc z drewna. Dlaczego? Nie wiedziałam. I nie zapytałam o to Williego. Na pewno i tak nie wiedział. Jedna z tajemnic… śmierci.
– Dzięki.
– O ile pamiętam, mówiłeś, że Jean-Claude jest najłagodniejszym mistrzem, jakiego kiedykolwiek miałeś.
– To prawda – przyznał Willie. Przerażające, ale prawdziwe. Jeśli wykorzystanie do dręczenia kogoś jego najstraszniejszych lęków można było określić mianem najłagodniejszego traktowania, to w jakich potwornościach lubowała się Nikolaos? Na to pytanie akurat znałam odpowiedź. Ta mistrzyni była obłąkana. Jean-Claude nie był okrutny sam w sobie. Nie dręczył ludzi tylko dlatego, aby napawać się ich cierpieniem. Jeśli postępował okrutnie, musiał mieć jakiś powód. To już pewien postęp. – Muszę lecieć. Dzięki za pomoc z zombi. – Wstał.
– Wiesz, byłeś bardzo dzielny – powiedziałam. Uśmiechnął się do mnie, błyskając kłem. Uśmiech jednak zaraz znikł z jego twarzy, jakby ktoś wyłączył mu prąd.
– Muszę być taki.
Wampiry w dużej mierze przypominają wilcze stada. Słabi są unicestwiani albo tępieni przez silniejszych. Wygnanie nie wchodzi w rachubę. Willie walczył o lepszą pozycję. Okazanie słabości mogło mu w tym przeszkodzić, a może nawet gorzej. Często zastanawiałam się, czego lękały się wampiry. Jeden z nich obawiał się zombi. To byłoby nawet zabawne, gdybym nie widziała przerażenia malującego się w jego oczach. Komik na scenie był wampirem. Musiał umrzeć niedawno. Kredowobiała skóra, gorejące oczy. Pozbawione krwi dziąsła i kły, których mógłby mu pozazdrościć owczarek niemiecki. Nigdy nie widziałam równie potwornego wampira. Zwykle krwiopijcy starają się wyglądać jak ludzie. Ten nawet nie próbował.
Nie zauważyłam, jaka była pierwsza reakcja publiczności na jego pojawienie się, ale teraz widzowie się śmiali.
Jeśli moim skromnym zdaniem dowcipy o zombi były niskiego lotu, te okazały się jeszcze gorsze. Prawdziwe dno. Kobieta przy sąsiednim stoliku zaśmiewała się do łez.
– Byłem niedawno w Nowym Jorku. To brutalne miasto. Napadło na mnie paru osiłków. Chcieli mi dać w zęby. – Wyszczerzył się.
Ludzie ze śmiechu nieomal pokładali się na stolikach. Nie mogłam tego pojąć. Te żarty wcale nie były śmieszne. Zlustrowałam tłum i stwierdziłam, że spojrzenia wszystkich były utkwione w wampirzym komiku. Patrzyli na niego z niezłomnym oddaniem osób pogrążonych w głębokiej hipnozie.
Używał mentalnych sztuczek. Widziałam wampiry uwodzące ludzi, grożące im i wzbudzające grozę jedynie siłą swoich umysłów. Nigdy jednak nie widziałam ich doprowadzających ludzi do śmiechu. A ten wampir sprawiał, że zaśmiewali się do rozpuku. To nie było najgorsze nadużycie wampirzych mocy, z jakimi miałam do czynienia. Ten wampir nie próbował zrobić krzywdy publiczności. Poza tym, ta ogólna hipnoza była niegroźna i krótkotrwała. Tyle tylko, że nie powinno tak być. To nie w porządku. Masowa kontrola umysłów to jedna z najbardziej przerażających rzeczy, o których większość ludzi nie ma pojęcia, a z którą wampiry radzą sobie doskonale.
Ja o tym wiedziałam i wcale mi się to nie podobało. To był świeży nieboszczyk i nawet zanim otrzymałam znaki od Jean-Claude’a, komik nie miałby nade mną władzy. Jako animatorka posiadałam do pewnego stopnia odporność na hipnotyczne moce wampirów. To jeden z powodów, dlaczego zwykle to animatorzy są ich zabójcami. Od urodzenia mieliśmy po prostu do tego smykałkę.
Zadzwoniłam wcześniej do Charlesa, ale jeszcze się z nim nie widziałam. Niełatwo przeoczyć go w tłumie. Wyglądałby wśród tych ludzi jak Godzilla przedzierająca się przez Tokio. Gdzie on się podział? I kiedy Jean-Claude będzie wreszcie mógł się ze mną spotkać? Było już po dwudziestej trzeciej. Najpierw nalega na spotkanie, a potem trzeba na niego czekać. Arogancki skurwiel.
Przez wahadłowe drzwi prowadzące do kuchni wszedł do sali Charles. Przeszedł pomiędzy stolikami, kierując się ku drzwiom. Kręcił głową i mówił coś do niskiego Azjaty, który nieomal musiał biec, aby dotrzymać mu kroku.
Pomachałam, a Charles skręcił w moją stronę.
– Ja prowadzić bardzo czysta kuchnia. – Usłyszałam, jak powtarza niższy mężczyzna. Charles mruknął coś, czego nie dosłyszałam. Zauroczona publiczność nie zwróciła na to uwagi. Moglibyśmy oddać tutaj salwę honorową, a nikt z tych ludzi nawet by się nie obejrzał. Dopóki komik nie skończy, będą słyszeć wyłącznie jego. – Pan co, pan z sanepidu? – pytał Azjata. Wyglądał jak typowy orientalny kucharz. Miętosił w dłoniach wielką białą czapę. W jego ciemnych, uniesionych ku górze oczach malowała się wściekłość.
Charles ma niecałe metr dziewięćdziesiąt, ale wydaje się wyższy. Wygląda, jakby od stóp do głów wyciosano go z jednego potężnego bloku granitu. Prawie nie ma talii. Jest jak chodząca góra. Olbrzymi. Jego doskonale brązowe oczy mają ten sam kolor, co skóra. Są przecudnie ciemne. A dłoń ma taką, że mógłby przesłonić nią całą moją twarz. Azjata wyglądał przy Charlesie jak rozjuszony kundel. Złapał go za rękę. Nie wiem, co zamierzał, ale Charles nagle się zatrzymał. Spojrzał na dłoń kucharza.