Выбрать главу

– Nie dotykaj mnie – rzekł z przejęciem.

Kucharz puścił jego rękę jak oparzony. Cofnął się o krok.

Charles w sumie potraktował go ulgowo. Gdyby się nie pohamował, skończyłoby się zapewne tak jak w przypadku tych opryszków, którzy go kiedyś napadli i którzy na koniec uciekli gdzie pieprz rośnie, krzycząc z przerażenia. Jednak rozgniewanego kucharza, skądinąd słusznie, Charles potraktował ulgowo. Po chwili kucharz się odezwał spokojnym, rzeczowym tonom.

– Ja mieć czysta kuchnia.

– Zombi nie mogą zbliżać się do miejsc, gdzie przygotowuje się posiłki. – Charles pokręcił głową. – To niezgodne z prawem. Przepisy bhp zabraniają trupom zbliżania się do miejsc przygotowania posiłków oraz do samych potraw.

– Mój pomocnik jest wampirem. On nie żyje.

Charles wywrócił oczami i spojrzał na mnie. Współczułam mu. Ja też odbyłam kilka podobnych rozmów z szefami kuchni.

– Zgodnie z nowymi przepisami prawa wampiry nie są uznawane za trupy, panie Kim. W przeciwieństwie do zombi.

– Nie rozumieć, dlaczego.

– Zombi rozkładają się i przenoszą choroby, jak każde martwe ciało. Tylko dlatego, że chodzą, to nie znaczy, że nie są nosicielami groźnych zarazków.

– Ja nie…

– Albo zrobi pan coś, aby zombi nie miały dostępu do kuchni, albo zamkniemy pański kramik. Czy to jest jasne?

– I będzie pan musiał wytłumaczyć właścicielowi, dlaczego jego lokal nie przynosi zysków – dodałam, uśmiechając się do nich obu.

Szef kuchni jakby trochę pobladł. Coś takiego.

– Ja… ja rozumieć. Zająć się tą sprawą.

– Doskonale – mruknął Charles.

Azjata rzucił mi przerażone spojrzenie, po czym spiesznie zawrócił w stronę kuchni. To zabawne, jak szybko Jean-Claude był w stanie wzbudzić przerażenie u tylu osób. A zanim stał się głównym krwiopijcą, był przecież jednym z najbardziej cywilizowanych wampirów. Władza korumpuje.

Charles usiadł naprzeciwko mnie. Wydawał się za duży jak na niewielki stolik, przy którym się rozlokował.

– Dostałem twoją wiadomość. Co jest grane?

– Potrzebuję eskorty do Tenderloin.

Trudno powiedzieć, kiedy Charles się czerwieni, ale wyraźnie zaczął wiercić się na krześle.

– Po jaką cholerę się tam wybierasz?

– Muszę znaleźć kogoś, kto tam pracuje.

– Kogo?

– Prostytutkę – odparłam.

Znów poruszył się na krześle. Miałam wrażenie, jakbym obserwowała wiercącą się górę.

– Caroline to się nie spodoba – stwierdził.

– Więc nic jej nie mów – odparłam.

– Wiesz, że Caroline i ja nie okłamujemy się nawzajem ani nie mamy przed sobą tajemnic.

Starałam się zachować pokerową twarz. Skoro Charles miał ochotę opowiadać żonie o wszystkich swoich planach i zamierzeniach, to jego sprawa. Caroline nie musiała kierować jego życiem. Sarn się na to godził. Taki obrót spraw trochę krzyżował mi szyki, ale nie zamierzałam jeszcze składać broni.

– Powiedz jej, że to dodatkowe “animatorskie” zlecenie. Na pewno nie zechce pytać o szczegóły. – Caroline mierziła nasza praca. Uważała, że to, co robimy, jest okropne i odrażające. Dekapitacja kurcząt, ożywianie trupów, ohyda.

– Po co chcesz znaleźć tę prostytutkę?

Zignorowałam to pytanie i odpowiedziałam na inne. Im mniej Charles wiedział o Haroldzie Gaynorze, tym był bezpieczniejszy.

– Potrzebny mi ktoś o groźnym wyglądzie. Nie mam ochoty wpakować paru kul jakiemuś nieszczęśnikowi tylko dlatego, że próbował mnie poderwać. Jasne?

– Pójdę z tobą. Pochlebia mi, że zwróciłaś się z tym do mnie. – Charles skinął głową.

Uśmiechnęłam się do niego zachęcająco. Prawda była taka, że to Manny był znacznie bardziej niebezpieczny i przydatniejszy jako wsparcie. Ale Manny był taki jak ja. Nie wyglądał groźnie. W przeciwieństwie do Charlesa. Dzisiejszej nocy nie potrzebowałam zmasowanej siły ognia, lecz przewagi psychologicznej, jaką daje nam gra pozorów.

Spojrzałam na zegarek. Dochodziła północ. Jean-Claude kazał mi czekać prawie godzinę. Spojrzałam za siebie i wychwyciłam spojrzenie Williego. Podszedł do mnie natychmiast. Postaram się wykorzystywać tę moc tylko w dobrych celach.

Pochylił się nisko, ale nie za nisko. Spojrzał na Charlesa, lekko skinął głową w jego stronę. Charles odpowiedział tym samym. Ideał stoika.

– Czego chcesz? – spytał Willie.

– Czy Jean-Claude jest już gotów spotkać się ze mną, czy nie?

– Tak. Właśnie szedłem, aby ci to zakomunikować. Nie wiedziałem, że spodziewasz się dzisiejszej nocy towarzystwa. – Spojrzał na Charlesa.

– To mój współpracownik.

– Animator? – zapytał Willie.

– Tak – odparł Charles. Jego ciemne oblicze pozostało beznamiętne. Wzrok zawierał w sobie pewną dozę wrogości.

Na Williem wywarło to piorunujące wrażenie. Pokiwał głową.

– No jasne, pewnie po spotkaniu z Jean-Claudem idziecie razem ożywiać jakichś nieboszczyków?

– Tak – odparłam krótko. Wstałam i odezwałam się półgłosem do Charlesa, choć wiedziałam, że prawie na pewno Willie zdoła to usłyszeć. Nawet młodzi nieumarli mają słuch lepszy niż większość psów. – Wrócę najszybciej, jak się da.

– W porządku – odparł – ale i tak niedługo będę musiał już iść do domu.

Zrozumiałam. Caroline trzymała go na krótkiej czy To w dużej mierze jego wina, ale chyba ja przejmowałam się tym bardziej niż sam Charles. Może to jedna z przyczyn, dlaczego wciąż pozostaję w stanie wolnym. Nie przepadam za kompromisami.

21

Willie przeprowadził mnie przez próg i krótki korytarz. Gdy tylko drzwi zamknęły się za nami, wszystkie dźwięki stały się przytłumione, odległe jak sen. Światła, w porównaniu z mrocznym wnętrzem klubu, wydawały się wyjątkowo jasne. Zamrugałam powiekami. Policzki Williego w jasnym świetle wydawały się zaróżowione, wyglądał całkiem zdrowo, jak na nieboszczyka. Musiał się dziś czymś pożywiać. Czymś albo kimś. Zwierzęciem albo chętnym do tego śmiertelnikiem. Kto wie.

Na drzwiach po lewej widniał napis “Biuro Kierownika”. Gabinet Williego? Nie. Willie otworzył drzwi i wpuścił mnie do środka. Sam nie wszedł. Zerknął w stronę biurka, po czym wycofał się chyłkiem, zamykając za sobą drzwi.

Podłogę wyłożono bladobeżowym dywanem, ściany były kredowobiałe. Pod przeciwległą ścianą stało duże, czarne, lakierowane biurko. Wydawała się z niego wyrastać lśniąca, czarna lampa. Dokładnie pośrodku blatu leżał bibularz. Nie zauważyłam żadnych papierów ani spinaczy. Za biurkiem siedział Jean-Claude.

Długie, białe dłonie złożył miękko na bibularzu. Lekko kręcone czarne włosy, oczy granatowe jak noc, biała koszula z fikuśnymi mankietami. Siedział w całkowitym bezruchu, jakby pozował do portretu. Był piękny jak erotyczny sen, choć nierealny. Tylko wyglądał na ideał. Wiedziałam, co się kryło pod tą iluzją.

Pod lewą ścianą stały dwie brązowe metalowe szafki na akta. Resztę ściany zajmowała czarna skórzana kanapa. Wisiał nad nią sporych rozmiarów obraz olejny. Przedstawiał miasto St. Louis w XVIII wieku. Rzeką na płaskodennych łodziach płynęli osadnicy. Na płótnie odmalowano jeden z cieplejszych jesiennych dni. W tle bawiły się i biegały dzieci. Obraz nie pasował do reszty wystroju gabinetu.

– Twoje płótno? – spytałam. Lekko skinął głową. – Znałeś jego twórcę? – Uśmiechnął się, nie pokazując kłów, lekko tylko rozchylił wargi. Gdyby istniało pismo dla wampirów, Jean-Claude byłby idealnym materiałem na okładkę jednego z nich. – Biurko i kanapa nie pasują do reszty wystroju – stwierdziłam.