Выбрать главу

– Jestem w trakcie przemeblowania – odparł. Wciąż mi się przyglądał.

– To ty poprosiłeś o to spotkanie, Jean-Claude. Przejdźmy do rzeczy.

– Spieszy ci się? – Nieznacznie zniżył głos. Jego ton był jak delikatne muśnięcie kosmatego futra po nagiej skórze.

– Owszem, tak. Czego chcesz?

Uśmiech odrobinę się poszerzył. Jean-Claude na chwilę spuścił wzrok. Wyglądał jak nieśmiały uczniak.

– Jesteś moją ludzką służebnicą, Anito. – Zwrócił się do mnie po imieniu. To zły znak.

– Nie – zaoponowałam. – Nie jestem nią.

– Nosisz dwa moje znaki, pozostały ci do nadania jeszcze dwa. – Jego twarz wyglądała uroczo, wręcz cudnie. Wyraz twarzy nie pasował do tego, co mówił.

– No i co?

– Anito… – Westchnął. Przerwał nagle i wstał. Obszedł biurko. – Czy wiesz, co znaczy być Mistrzem Miasta? – Przysiadł na krawędzi biurka. Jego koszula rozchyliła się, odsłaniając blady tors. Zauważyłam jedną brodawkę, małą i zesztywniałą. Blizna w kształcie krzyża zdawała się urągać tej kredowobiałej perfekcji. Wpatrywałam się w jego obnażony tors. Jakie to żenujące. Odnalazłam jego spojrzenie i zrobiłam, co w mojej mocy, aby się nie zaczerwienić. Punkt dla mnie. – Jest wiele korzyści wynikających z faktu bycia moją ludzką służebnicą, ma petite. – Jego źrenice zdawały się pochłaniać białko, oczy stały się czarne i bezdennie głębokie.

– Nie. – Pokręciłam głową.

– Nie kłam, ma petite. Czuję twoje pożądanie. – Oblizał językiem wargi. – Czuję ten smak.

Pięknie, po prostu pięknie. Jak tu dyskutować z kimś, kto wyczuwa twoje emocje? Odpowiedź – nie dyskutować. Przytakiwać.

– W porządku, pożądam cię. Zadowolony?

– Tak. – Uśmiechnął się. Jedno słowo, ale przemknęło przez mój umysł, szepcząc zdania, które nie zostały wypowiedziane głośno. Szepty w ciemnościach.

– Pożądam wielu facetów, ale to nie znaczy, że z nimi sypiam.

Jego oblicze zwiotczało, oczy wyglądały jak dwie głębokie studnie.

– Przypadkowe żądze można łatwo przezwyciężyć – powiedział. Wstał jednym płynnym ruchem. – To co jest między nami, nie jest przypadkowe, ma petite. To nie zwykła żądza, lecz pożądanie. – Podpłynął do mnie, wyciągając jedną rękę.

Serce podeszło mi do gardła. To nie był strach. Ani żadna mentalna sztuczka. To coś wydawało się prawdziwe. Powiedział, że to pożądanie, kto wie, może miał rację?

– Nie – wychrypiałam. Ale on, rzecz jasna, nie zatrzymał się. Palcami delikatnie musnął mój policzek. Najdelikatniejsze dotknięcie, jakie można sobie wyobrazić. Odsunęłam się od niego i z pewnym wysiłkiem zaczerpnęłam tchu. Nie czułam się dobrze. I o to chodziło. Skoro wyczuwał moje emocje, niech tego posmakuje. Niech zazna mojego dyskomfortu. Udawanie mijało się z celem. Wciąż czułam na skórze jego dotyk. – Doceniam potencjalne plusy tej funkcji, Jean-Claude, naprawdę – powiedziałam, wlepiwszy wzrok w podłogę. – Ale nie mogę tego przyjąć. I wcale tego nie chcę. – Odnalazłam jego wzrok. Jego oblicze było przeraźliwie puste. Nic. Zero. To była ta sama twarz, co przed chwilą, ale jakaś iskierka człowieczeństwa, tlący się w niej ognik życia zgasł. Mój puls znowu przyspieszył. To nie miało nic wspólnego z seksem. Strach. To na pewno miało istotny związek ze strachem.

– Jak sobie chcesz, moja mała animatorko. Czy będziemy kochankami, czy nie, to nie zmieni tego, kim dla mnie jesteś. A jesteś moją ludzką służebnicą.

– Nie – zaoponowałam.

– Należysz do mnie, Anito. Czy tego chcesz, czy nie.

– Widzisz, Jean-Claude, tu się właśnie nie zgadzamy. Najpierw próbujesz mnie uwieść, co jest skądinąd miłe. A gdy to nie skutkuje, od razu przechodzisz do gróźb.

– To nie groźby, ma petite. To prawda.

– Wcale nie. I, do cholery, przestań nazywać mnie ma petite. – Uśmiechnął się.

Nie chciałam go rozbawić. Gniew zastąpił strach przepotężną, gorącą falą. Lubiłam gniew. Czynił mnie odważną i nierozsądną. – Pieprzę cię – dodałam.

– Właśnie to ci przed chwilą proponowałem. – Jego głos sprawił, że coś ścisnęło mnie w dołku.

– Niech cię diabli, Jean-Claude. Niech cię cholera. – Zaczerwieniłam się.

– Musimy porozmawiać, ma petite. Kochankowie czy nie, mistrz i służebnica czy nie, tak czy owak, musimy porozmawiać.

– Rozmawiajmy więc. Nie mamy całej nocy.

– Nie ułatwiasz mi zadania. – Westchnął.

– Gdybyś chciał, żeby było łatwo, wybrałbyś kogoś innego. A w każdym razie powinieneś.

– Racja. – Pokiwał głową. – Usiądź, proszę. – Ponownie oparł się o biurko, splatając ramiona na piersiach.

– Nie mam tyle czasu – mruknęłam.

– Wydaje mi się, że zgodziliśmy się, że to przedyskutujemy, ma petite. – Zasępił się.

– Umówiliśmy się na spotkanie o dwudziestej trzeciej. To ty zmarnowałeś całą godzinę, nie ja.

– Dobrze. – Uśmiechnął się niemal z rozgoryczeniem. – Przedstawię ci… skróconą wersję.

– Świetnie. – Skinęłam głową.

– Jestem nowym Mistrzem Miasta. Ale aby nie zostać unicestwionym za rządów Nikolaos, musiałem ukryć swoje moce. I udało mi się. Może nawet za bardzo. Są tacy, którzy uważają, że nie jestem dość potężny, by stać się Mistrzem Miasta. Rzucają mi wyzwania. I wykorzystują w tym celu także ciebie.

– W jaki sposób?

– Chodzi o to, że nie jesteś mi posłuszna. Twierdzą, że nie jestem nawet w stanie zapanować nad własną ludzką służebnicą. Jak w tej sytuacji miałbym poradzić sobie z wszystkimi wampirami w mieście i okolicach?

– Czego chcesz ode mnie?

– Chcę, abyś została moją ludzką służebnicą. – Uśmiechnął się do mnie szeroko i szczerze, pokazując kły.

– Po moim trupie, Jean-Claude.

– Mogę wymusić na tobie przyjęcie trzeciego znaku, Anito. – To nie była pogróżka. Raczej zwykłe stwierdzenie faktu.

– Wolałabym raczej umrzeć, niż zostać twoją służebnicą. – Mistrz wampirów potrafił wyczuć prawdę. Musiał wiedzieć, że naprawdę tak myślałam.

– Dlaczego?

Już chciałam mu to wytłumaczyć, ale zmitygowałam się. Nie zrozumiałby. Dzieliło nas zaledwie parę centymetrów, ale równie dobrze dystans ten mógł wynosić wiele kilometrów. Pomiędzy nami ziała bezdenna przepaść. Nic nie było w stanie połączyć jej brzegów. Jean-Claude był chodzącym trupem. To, kim był za życia, przepadło bezpowrotnie. Był Mistrzem Miasta i w niczym nie przypominał istoty ludzkiej.

– Jeśli zrobisz to siłą, zabiję cię – ostrzegłam.

– Nie żartujesz. – W jego głosie wychwyciłam zdziwienie. Nieczęsto dziewczynie udaje się zadziwić liczącego sobie setki lat wampira.

– Ani trochę.

– Nie rozumiem cię, ma petite.

– Wiem – mruknęłam.

– Czy mogłabyś udawać, że jesteś moją służebnicą?

Dziwne pytanie.

– Co to znaczy – udawać?

– Towarzyszyć mi na niektórych spotkaniach. Stać u mego boku, wspierając mnie swą reputacją i bronią palną.

– Chcesz, aby egzekutorka chroniła twoje plecy. – Patrzyłam na niego przez parę chwil. Dopiero teraz zrozumiałam prawdziwą zgrozę tego, co przed chwilą powiedział. – Wydawało mi się, że dwa pierwsze znaki to był czysty przypadek. Że wpadłeś w panikę. A ty od samego początku chciałeś mnie naznaczyć, zgadza się? – Tylko się uśmiechnął. – Odpowiedz, sukinsynu – naciskałam.