Выбрать главу

Przyszedł mi do głowy pewien pomysł.

– Wróć do domu, Charles. Nie pójdę tam sama. Obiecuję.

Wydawał się niepewny. Jakby mi nie ufał. Coś podobnego.

– Anito, na pewno? Nie chcę cię opuszczać w potrzebie.

– Idź, Charles. Załatwię sobie wsparcie.

– O tej porze? Kogo ściągniesz do pomocy?

– O nic nie pytaj. Wracaj do domu, do syna.

Wciąż się wahał, ale chyba trochę mu ulżyło. Naprawdę nie miał ochoty na wypad do Tenderloin. Może potrzebował, a nawet chciał, by Caroline trzymała go na tak krótkiej smyczy. To wymówka dla wszystkich rzeczy, na które nie masz ochoty. Niezła podstawa do małżeństwa. Ale cóż, skoro coś nie jest zepsute, nie należy tego naprawiać.

Charles odszedł, przeprosiwszy mnie solennie. Mimo to wiedziałam, że cieszy się z takiego obrotu sprawy. Zapamiętam mu to.

Zapukałam do drzwi biura.

– Wejdź, Anito. – Usłyszałam po chwili ciszy. Skąd wiedział, że to ja? Nie spytam go o to. Nie chciałam wiedzieć. Jean-Claude najwyraźniej zliczał coś w księdze rachunkowej. “Wyglądała na bardzo starą, kartki były pożółkłe, tusz wyblakł. Takiej księgi mógł używać Bob Crachit w tamto zimne wigilijne przedpołudnie. – Cóż uczyniłem takiego, że zasłużyłem sobie na dwie wizyty jednej nocy? – spytał.

Gdy na niego spojrzałam, zrobiło mi się głupio. Tak długo starałam się go unikać. A teraz chciałam poprosić go, by mi towarzyszył w nocnym wypadzie. Cóż, tym sposobem ubiję dwa gacki jednym kamieniem. Jean-Claude będzie zadowolony, a ja nie chciałam go denerwować, o ile tylko mogłam tego uniknąć. Poza tym, gdyby Gaynor spróbował zmierzyć się z Jean-Claudem, bez wahania postawiłabym na tego ostatniego. Chodziło mi o to, co Jean-Claude zrobił mi kilka tygodni temu. Wybrał mnie, abym została czempionką wampirów. Wystawił mnie przeciwko potworowi, który zabił trzech wampirzych mistrzów. I założył się, że pokonam również Nikolaos. Udało mi się, aczkolwiek niewiele brakowało… Cóż, kiedy wleziesz między wrony… Uśmiechnęłam się słodko do niego. Ucieszyłam się, że tak szybko mogę oddać mu przysługę.

– Czy zechciałbyś towarzyszyć mi w wypadzie do Tenderloin?

Zamrugał, na jego twarzy pojawiło się czysto ludzkie zdziwienie.

– W jakim celu?

– Muszę przesłuchać prostytutkę w związku ze sprawą, nad którą pracuję. Potrzebuję wsparcia.

– Wsparcia? – powtórzył pytająco.

– Takiego, które będzie wyglądać groźniej ode mnie. Nadajesz się idealnie.

– Będę twoim ochroniarzem. – Uśmiechnął się ciepło.

– Przysporzyłeś mi całą masę smutku i cierpień, teraz dla odmiany mógłbyś zrobić coś miłego i przyjemnego.

– Skąd ta nagła zmiana uczuć, ma petite? – Uśmiech zniknął.

– Moje wparcie musiało wrócić do domu i zaopiekować się dzieckiem.

– A jeśli się nie zgodzę?

– Pójdę tam sama – odparłam.

– Do Tenderloin?

– Taa. – Nagle znalazł się przy biurku i ruszył w moją stronę. Nie zauważyłam, kiedy wstał. – Chciałabym, żebyś więcej tego przy mnie nie robił.

– Czego?

– Nie zaćmiewaj mi umysłu, abym nie dostrzegała twoich ruchów.

– Robię to tak często, jak mogę, ma petite, tylko po to, by udowodnić, że wciąż to potrafię.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Naznaczając cię, zrezygnowałem z większości władzy nad tobą. Ćwiczę te drobne gierki, jakie mi jeszcze pozostały. – Stał niemal tuż przede mną. – Abyś nie zapomniała, kim oraz czym jestem.

Spojrzałam w jego niebieskie, bardzo niebieskie oczy.

– Nigdy nie zapomnę, że jesteś chodzącym trupem, Jean-Claude.

Przez jego oblicze przemknął jakiś nieodgadniony grymas. Może to był grymas bólu.

– Nie, po twoich oczach widzę, że wiesz, czym jestem. – Zniżył głos prawie do szeptu, ale nie nadał mu uwodzicielskiego brzmienia. Głos wciąż był ludzki. – Twoje oczy są najczystszymi zwierciadłami, jakie kiedykolwiek widziałem, ma petite. Kiedykolwiek zaczynam udawać przed samym sobą… kiedykolwiek mamię się iluzjami życia… wystarczy mi jeden rzut oka na twoją twarz i dostrzegam w niej prawdę.

Co spodziewał się ode mnie usłyszeć? Wybacz, postaram się zignorować fakt, że jesteś wampirem.

– Czemu więc tak uporczywie się mnie trzymasz? – spytałam.

– Może gdyby Nikolaos miała podobne zwierciadło, nie stałaby się takim potworem.

Spojrzałam na niego. Mógł mieć rację. To sprawiło, że wybór mojej osoby jako jego ludzkiej służebnicy wydał mi się nieomal szlachetny. Nieomal. Niech to diabli. Nie zacznę -współczuć cholernemu Mistrzowi Miasta. Co to, to nie. Ani teraz. Ani nigdy.

Wybierzemy się razem do Tenderloin. Alfonsi, miejcie się na baczności. Zabieram ze sobą Mistrza w charakterze ochroniarza. To było jak zabranie z sobą bomby atomowej w celu zniszczenia mrowiska. Cóż, jeżeli chodzi o zabijanie, zawsze miałam skłonność do przesady.

23

Tenderloin była na początku XIX wieku dzielnicą czerwonych latarni na Nabrzeżu. Później, jak niemal całe St. Louis, przeniosła się bardziej na północ. Przejedź wzdłuż Washington, miń teatr Foxa, gdzie objazdowe trupy wystawiają najlepsze musicale rodem z Broadwayu. Jedź dalej aż do zachodnich rogatek śródmieścia St. Louis, a dotrzesz do odrodzonego Tenderloin.

Nocne ulice jaśnieją blaskiem neonów, migających, zmieniających się i pulsujących kolorami. To miejsce przypomina po trosze pornograficzne wesołe miasteczko. Brak tu tylko diabelskiego młyna. Możesz natomiast kupić watę cukrową w kształcie nagiego mężczyzny lub kobiety. Znajdziesz tu rozrywkę tak dla dzieci, jak i dla dorosłych. Zwłaszcza dla panów. Tatusiowie mogą się tu nieźle zabawić. Mamy nie muszą o tym wiedzieć.

Jean-Claude siedział w aucie obok mnie. Milczał przez całą drogę. Od czasu do czasu zerkałam na niego, aby upewnić się, że wciąż tam jest. Ludzie wydają różne dźwięki. Nie mam tu na myśli tego, że mówią, bekają czy coś w tym rodzaju. Chodzi o to, że nie są w stanie usiedzieć bezgłośnie na miejscu. Wiercą się i słychać wtedy szelest materiału o tapicerkę, oddychają, nabierają powietrza, zwilżają wargi, oblizują je, każda z tych czynności, choć cicha, jest mimo wszystko słyszalna.

Jean-Claude podczas całej drogi zachowywał się absolutnie bezgłośnie. Chyba nawet nie mrugał powiekami. Nie ma to jak żywy trup! Znoszę ciszę tak dobrze jak każdy, lepiej niż większość kobiet i wielu mężczyzn. Teraz potrzebowałam czegoś, co wypełniłoby tę ciszę. Pragnęłam choćby niezobowiązującej rozmowy. Może to strata energii, ale tego było mi trzeba.

– Jesteś tam, Jean-Claude? – Powoli, jakby z wysiłkiem odwrócił głowę. Jego oczy zabłysły, odbijając blask neonów, jak czarne szkło. Cholera. – Umiesz udawać człowieka, Jean-Claude, lepiej niż niemal wszystkie wampiry, jakie miałam okazję widzieć. Dlaczego nagle zacząłeś się tak zachowywać? To do ciebie nie pasuje.

– O co ci chodzi? – spytał półgłosem.

– Czemu mnie straszysz?

– Straszę cię? – zapytał i dźwięk tych słów wypełnił wnętrze auta. Zupełnie jakby zmieniło się ich znaczenie.

– Przestań – warknęłam.

– Co mam przestać?

– Odpowiadać pytaniem na pytanie.

Mrugnął powiekami. Jeden raz.

– Wybacz, ma petite, ale starałem się wyczuć ulicę.

– Wyczuć ulicę? Co to ma znaczyć?

– Ulica wręcz tętni życiem. – Osunął się na fotelu, opierając potylicę o zagłówek. Dłonie splótł na kolanach.

– Życiem? – Sytuacja się odwróciła.

– Tak – odparł. – Czuję je dokoła. Małe stworzenia rozpaczliwie poszukujące miłości, bólu, akceptacji, chciwości. Sporo jest tu chciwości, ale przeważają miłość i ból.