Выбрать главу

– Nie ruszaj się – wycedził.

– Nie każ mi się zamknąć.

Kobieta znieruchomiała. Jej ręce opadły wzdłuż boków, zwiotczałe. Nie mówił do mnie. Jean-Claude puścił ją. Nawet nie drgnęła. Ominął ją jak szczelinę w chodniku. Ujął mnie pod rękę, nie broniłam się. Patrzyłam na prostytutkę, czekając, kiedy się poruszy. Jej wyprężonym, niemal nagim ciałem wstrząsnął dreszcz. Ramiona kobiety zwisały bezwładnie. Odrzuciła głowę do tyłu i wzięła głęboki, drżący oddech.

Jean-Claude pociągnął mnie delikatnie w głąb ulicy, jego palce delikatnie obejmowały mój łokieć. Prostytutka odwróciła się, miała mętny wzrok. Nie rozpoznała nas.

Przełknęłam ślinę z takim trudem, że aż zabolało. Uwolniłam się z uścisku Jean-Claude’a. Nie stawiał oporu. I bardzo dobrze. Dla niego. Wycofałam się pod okno wystawowe. Jean-Claude stanął przede mną.

– Co jej zrobiłeś? – spytałam.

– Przecież ci powiedziałem, ma petite, nic.

– Nie nazywaj mnie tak. Widziałam ją, Jean-Claude. Nie okłamuj mnie.

Obok nas zatrzymało się dwóch mężczyzn, aby spojrzeć na wystawę. Trzymali się za ręce. Spojrzałam w okno wystawowe i zalałam się rumieńcem. Były tam bicze, skórzane maski, miękko obite kajdanki i przedmioty, których nawet nie umiałam nazwać. Jeden z mężczyzn nachylił się do drugiego i szepnął coś. Drugi wybuchnął śmiechem. Pierwszy wychwycił mój wzrok. Nasze spojrzenia spotkały się, a ja natychmiast spuściłam oczy. W miejscach takich jak to kontakt wzrokowy bywa niebezpieczny. Spiekłam raka i było mi wstyd. Dwaj mężczyźni odeszli, trzymając się za ręce. Jean-Claude gapił się na wystawę, jakby był na zakupach. Zachowywał się swobodnie. Na luzie.

– Co zrobiłeś tej kobiecie?

Nie odrywał wzroku od wystawy. Nie potrafiłam określić, co konkretnie przykuło jego uwagę.

– To było nieostrożne z mojej strony, ma… Anito. To moja wina. Przyznaję.

– O co się właściwie obwiniasz?

– Moja… moc wzrasta, gdy jestem w towarzystwie mojej ludzkiej służebnicy. – Spojrzał na mnie. Omiótł wzrokiem moją twarz. – Gdy jesteś przy mnie, moje moce przybierają na sile.

– Chcesz powiedzieć, że to jest tak jak z chowańcami dla wiedźm?

– Tak. Można to z tym porównać. Nie sądziłem, że wiesz aż tyle o czarach. – Przekrzywił głowę, na jego ustach wykwitł lekki uśmieszek.

– Miałam trudne dzieciństwo – odparłam. Nie zamierzałam pozwolić mu na zmianę tematu. To było dla mnie zbyt ważne. – A zatem twoja zdolność hipnotyzowania ludzi wzrokiem wzrasta, kiedy jestem blisko ciebie. Do tego stopnia, że bez najmniejszego wysiłku rzuciłeś urok na tę prostytutkę. – Przytaknął. Pokręciłam głową. – Nie. Jakoś ci nie wierzę.

– Wierz, w co chcesz, ma petite. Taka jest prawda. – Wzruszył ramionami, to był zgrabny gest. Pełen gracji.

Nie chciałam uwierzyć. Gdyby to była prawda, oznaczałoby, że faktycznie byłam jego ludzką służebnicą. Czyny może tego nie potwierdzały, ale wystarczała sama moja obecność.

Było mi zimno, a jednak czułam, jak strużka potu spływa mi po plecach.

– Cholera – powiedziałam.

– Nieźle powiedziane – przyznał.

– Nie rozumiesz. Nie potrafię teraz się z tym uporać. Nie umiem. Nie dam rady. – Spojrzałam na niego. – Jeżeli nawet zwielokrotniam twoją moc, bardzo cię proszę, w mojej obecności postaraj się trzymać ją na wodzy, dobra?

– Spróbuję – powiedział.

– Nie próbuj, do cholery, tylko zrób to.

– Oczywiście, ma petite. – Uśmiechnął się szeroko, błyskając koniuszkami kłów.

Poczułam pierwsze objawy paniki narastającej w moim wnętrzu. Zacisnęłam dłonie w pięści.

– Jeżeli jeszcze raz mnie tak nazwiesz, przywalę ci.

Jego oczy rozszerzyły się odrobinę, wargi się rozchyliły. Dostrzegłam, że próbował stłumić w sobie śmiech. Nie znoszę, gdy ktoś drwi sobie z moich gróźb.

Był natarczywym skurwielem i chciałam mu dopiec. Chciałam, aby cierpiał, ponieważ wzbudził we mnie strach. Miałam już wcześniej do czynienia z takimi emocjami. Zwykle prowadzą one do gwałtownego wybuchu przemocy. Spojrzałam w to rozbawione, uśmiechnięte oblicze. Jean-Caude był protekcjonalnym sukinsynem, ale gdyby doszło co do czego, jedno z nas musiałoby umrzeć. Istniała spora szansa, że tym kimś byłabym ja. Rozbawienie znikło z jego twarzy – była przystojna, nieodgadniona i arogancka.

– O co chodzi, Anito? – zapytał czule i z przejęciem. Nawet w tak mało romantycznej okolicy jego głos wydał mi się uwodzicielski i zmysłowy. To jednak był dar.

– Nie zapędzaj mnie do narożnika, Jean-Claude. Nie pozbawiaj mnie wszystkich możliwości. To mogłoby się ukazać dla ciebie zgubne.

– Nie wiem, o co ci chodzi – odparł.

– Jeżeli będę miała do wyboru – ty albo ja, oczywiście, że wybiorę siebie. Nigdy o tym nie zapominaj.

Patrzył na mnie przez kilka uderzeń serca. Potem zamrugał powiekami i skinął głową.

– Wierzę ci. Na pewno byś tak postąpiła. Ale pamiętaj, ma… Anito, jeżeli mnie zranisz, zranisz także siebie. Ja mógłbym przeżyć wstrząs, jakim byłaby dla mnie twoja śmierć. Pytanie brzmi, amante de moi, czy ty byłabyś w stanie przeżyć moją?

Amante de moi? Co to znaczy, do cholery? Wolałam nie pytać.

– Niech cię diabli, Jean-Claude, bodajbyś sczezł w piekle.

– Moja droga Anito, to się stało na długo przed poznaniem ciebie.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

Wzrok miał niewinny jak dziecko.

– Ależ Anito, przecież to twój Kościół, rzymskokatolicki, ogłosił wszystkie wampiry samobójcami. Co z natury rzeczy automatycznie czyni nas potępionymi.

– Należę teraz do Kościoła episkopalnego. – Pokręciłam głową. – Ale chyba nie o to ci chodziło.

Wybuchnął śmiechem. Ten dźwięk był jak muśnięcie jedwabiu po nagim karku. Gładki i przyjemny, a mimo wszystko wywoływał dreszcz.

Odeszłam. Po prostu zostawiłam go stojącego przed tą okropną wystawą. Wmieszałam się w tłum dziwek, alfonsów i klientów. Na tej ulicy nie było nikogo równie groźnego, jak Jean-Claude. Sprowadziłam go tu, aby mnie chronił. Śmiechu warte. Czysty absurd. Obrzydliwość.

Zatrzymał mnie młody, może piętnastoletni chłopak. Miał na sobie tylko kamizelkę i podarte dżinsy.

– Chcesz czegoś? – spytałam.

Był odrobinę wyższy ode mnie. Miał niebieskie oczy. Stojący za nim dwaj inni chłopcy gapili się na nas jak sroki w gnat.

– Nie mamy tu wielu kobiet – powiedział.

– Wierzę ci. – Wyglądał niesamowicie młodo. – Gdzie znajdę Wandę Wózek?

– O Jezu, miłośniczka kalek! – rzucił jeden z chłopaków stojących z tyłu.

Przytaknęłam.

– Gdzie ją znajdę? – Pokazałam mu dwudziestodolarowy banknot. To było za dużo. Za informacje płaciło się znacznie mniej, ale może dzięki tym pieniądzom chłopak szybciej wróci do domu. Może mając dwadzieścia dolców, mógłby zrezygnować z zatrzymania któregoś z aut krążących wzdłuż tej ulicy. Dwadzieścia dolców mogło i powinno zmienić jego życie. To tak jak próbować palcem zatkać dziurę w nieszczelnym kontenerze z odpadami radioaktywnymi.

– Znajdziesz ją pod Szarym Kotem. Przy końcu ulicy.

– Dzięki. – Dałam mu dwudziestkę. Miał brud pod paznokciami.

– Na pewno nie chcesz się zabawić? – Głos miał słaby i niepewny, podobnie jak spojrzenie.

Kątem oka dostrzegłam Jean-Claude’a przedzierającego się przez tłum. Szedł po mnie. Aby mnie ochronić. Odwróciłam się do chłopaka.

– Uwierz mi, ubawu mam od jakiegoś czasu po pachy. I bynajmniej nie masz mi czego zazdrościć.

Zmarszczył brwi, wyglądał na zakłopotanego. I bardzo dobrze. Ja też byłam zakłopotana. Co zrobić z natrętnym mistrzem wampirów, który nie chce zostawić cię w spokoju? Dobre pytanie. Sęk w tym, że nie znałam na nie odpowiedzi.