Może podziałał ten rumieniec. Otworzyła puszkę i pociągnęła łyk.
– Chcesz, abym opowiadała, jak robiłam to z innymi, podczas gdy ty będziesz się z nim zabawiać? – Skinęła głową na wędrującego po mieszkaniu wampira.
Jean-Claude zatrzymał się przed jedynym obrazem, jaki miałam w pokoju. Był nowoczesny i pasował do wystroju. Szarość, biel, czerń i lekki róż. To jeden z tych obrazów, który im dłużej mu się przyglądasz, staje się bardziej wyrazisty i czytelny.
– Posłuchaj, Wando, chcę tylko z tobą porozmawiać. To wszystko. Nikt nie będzie niczego z nikim robił. Jasne?
– Ty za to płacisz. Możemy robić, co zechcesz. – Wzruszyła ramionami.
Te słowa sprawiły, że coś zabolało mnie w środku. Mówiła serio. To ja płaciłam. A ona zrobiłaby wszystko, za co zapłacę. Wszystko? To było okropne. Świadomość, że ktoś mówi, że zrobi wszystko, i co gorsza, mówi to z pełnym przekonaniem. Rzecz jasna wampiry nie wchodziły w grę. Nawet dziwki mają pewne granice.
Wanda uśmiechnęła się do mnie. Zmiana była niesamowita. Jej oblicze rozpromieniło się. Wyglądała cudownie. Nawet jej oczy błyszczały. Przypominała mi uśmiechającą się bezgłośnie Cicely. Wracajmy do interesów.
– Słyszałam, że jakiś czas temu byłaś kochanką Harolda Gaynora. – Żadnych wstępów, bez owijania w bawełnę. Waliłam prosto z mostu.
Uśmiech Wandy przygasł. Wesołe iskierki znikły z jej oczu, zastąpiła je czujność.
– Nie znam nikogo o tym nazwisku.
– Owszem, znasz – zaoponowałam. Wciąż stałam nad nią, zmuszając, by patrzyła na mnie pod niewygodnym kątem. Upiła łyk coli i pokręciła głową, nie patrząc na mnie. – Daj spokój, Wando, wiem, że byłaś kochanką Gaynora. Powiedz, że go znasz i dalej pójdzie jak z płatka.
Spojrzała na mnie, po czym spuściła wzrok.
– Nie. Zrobię ci dobrze. A wampir niech patrzy. Będę mówiła sprośności do was obojga. Ale nie znam nikogo nazwiskiem Gaynor.
Nachyliłam się, opierając dłonie o podłokietniki jej fotela. Nasze twarze znalazły się bardzo blisko siebie.
– Nie jestem reporterką. Gaynor nigdy się nie dowie o naszej rozmowie, chyba że sama mu o tym powiesz. – Jej oczy stawały się coraz większe. Spojrzałam w tę samą stronę, co ona. Poły mojej wiatrówki rozchyliły się. Widać było mój pistolet. To ją zdenerwowało. Doskonale. – Mów do mnie, Wando – rzekłam miękkim, łagodnym tonem. Czasami tak właśnie brzmią najbardziej przekonujące pogróżki.
– Kim ty jesteś, u diabła? Na pewno nie gliną. Reporterką też nie. Pracownice społeczne nie noszą spluw. Kim jesteś?
W ostatnim pytaniu dało się wyczuć nutę strachu. Jean-Claude wszedł do pokoju. Był w mojej sypialni. Pięknie, po prostu pięknie.
– Kłopoty, ma petite?
Nie skarciłam go, że tak się do mnie zwrócił. Wanda nie musiała wiedzieć, że nie wszystko było między nami tip-top.
– Idzie w zaparte – mruknęłam.
Odstąpiłam od wózka. Zdjęłam wiatrówkę i położyłam, na kuchennym blacie. Wanda spojrzała na pistolet. Może nie budzę grozy swoim wyglądem, ale browning na pewno. Jean-Clande podszedł do kobiety z tyłu. Jego szczupłe dłonie dotknęły jej ramion. Podskoczyła, jakby z bólu. Ale ja wiedziałam, że to jej nie bolało. Choć może tak byłoby lepiej.
– On mnie zabije – odezwała się Wanda.
Sporo osób podzielało jej zdanie na temat pana Gaynora.
– Nigdy się nie dowie – sprostowałam. Jean-Claude potarł policzkiem o jej własny. Palcami delikatnie zaczął masować jej ramiona.
– A poza tym, moja słodka kokietko, dziś go tu nie ma – wyszeptał jej wprost do ucha. – Ale my tu jesteśmy.
Dodał coś jeszcze, tak cicho, że tego nie usłyszałam. Dostrzegłam, tylko ruch jego warg. Wanda go usłyszała. Jej oczy rozszerzyły się, zaczęła dygotać. Całe ciało przeszyły gwałtowne dreszcze. W oczach zalśniły łzy i po chwili spłynęły po jej policzkach błyszczącymi strużkami. O Jezu.
– Proszę, nie. Proszę, nie pozwól mu – wykrztusiła zduszonym ze strachu głosem.
W tej chwili nienawidziłam Jean-Claude’a. I samej siebie też. Miałam stać po stronie prawa. To jedno z moich ostatnich złudzeń. Ostatnia iluzja. Nie chciałam jej utracić. Wanda zacznie mówić albo nie. Bez tortur.
– Zostaw ją, Jean-Claude – powiedziałam. Jego oczy wydawały się być bliźniaczymi, bezdennymi granatowymi otchłaniami.
– Smak jej strachu jest niczym mocne wino – rzekł, spoglądając na mnie. Z takimi oczami wyglądał jak ślepiec. Jego twarz wciąż miała w sobie mnóstwo uroku, nawet gdy otworzył szeroko usta, obnażając wilgotne kły.
Wanda wciąż płakała i patrzyła na mnie. Gdyby ujrzała teraz wyraz twarzy Jean-Claude’a, zaczęłaby krzyczeć.
– Sądziłam, że lepiej umiesz nad sobą zapanować, Jean-Claude.
– Panuję nad sobą bez zarzutu, ale nie bez końca. – Odstąpił od niej i zaczął spacerować w drugim końcu pokoju. Wyglądał jak lampart w klatce. Skondensowana brutalność i przemoc, czekająca tylko na uwolnienie. Nie mogłam zobaczyć jego twarzy. Czy odegrał tę komedię tylko po to, by przestraszyć Wandę? A może wcale nie grał?
Pokręciłam głową. Nie mogłam spytać go o to przy Wandzie. Może później. Może. Uklękłam przed nią. Ściskała puszkę w dłoni tak mocno, że aż wgniotła blachę. Nie dotknęłam jej, ale uklękłam bardzo blisko.
– Nie pozwolę mu ciebie skrzywdzić. Naprawdę. Harold Gaynor mi groził. Dlatego chcę dowiedzieć się o nim możliwie jak najwięcej.
Wanda patrzyła na mnie, ale skupiała uwagę na wampirze za moimi plecami. Była spięta. Nie rozluźni się, dopóki Jean-Claude pozostawał w tym pokoju. Ta kobieta miała gust.
– Jean-Claude, Jean-Claude. – Gdy odwrócił się do mnie, wyglądał całkiem normalnie. Jego pełne wargi wykrzywiły się w uśmiechu. To była jednak gra. Udawał. Niech go szlag. Czy stając się wampirem, równocześnie nabierasz sadystycznych skłonności? – Wejdź na chwilę do sypialni. Wanda i ja chcemy porozmawiać na osobności.
– Do twojej sypialni. – Uśmiechnął się szerzej. – Z przyjemnością, ma petite.
Łypnęłam na niego spode łba. Był niepoprawny. Jak zawsze. Ale zrobił, o co go prosiłam.
Ramiona Wandy rozluźniły się. Wzięła drżący, niepewny oddech.
– Naprawdę nie pozwolisz, aby mnie skrzywdził?
– Naprawdę.
Rozpłakała się na dobre. Nie wiedziałam, co mam zrobić. Nigdy nie wiem, jak mam się zachować w takiej sytuacji. Objąć ją? Poklepać na pocieszenie? Co?
Wreszcie przykucnęłam przed nią na podłodze i nie zrobiłam nic. Zupełnie. Trochę to trwało, ale wreszcie się uspokoiła. Przestała płakać. Zamrugała i spojrzała na mnie. Makijaż wokół jej oczu rozpłynął się zupełnie. Wyglądała tak delikatnie. Tak krucho. I moim zdaniem przez to jeszcze bardziej atrakcyjnie. Miałam ochotę wziąć ją w ramiona i utulić jak dziecko. A potem szeptać jej do ucha kłamstwa, że już wszystko będzie w porządku.
Gdy się rozstaniemy, jeszcze tej nocy, ona nadal będzie dziwką. Kaleką dziwką. Jak coś takiego mogło być w porządku? Pokręciłam głową, bardziej do siebie niż do niej.
– Chcesz chusteczkę higieniczną? – Skinęła głową. Wyjęłam pudełko z szafki w kuchni. Wytarła chustką twarz, po czym delikatnie, jak prawdziwa dama, wydmuchała nos. – Czy teraz możemy porozmawiać? – Zamrugała powiekami i pokiwała głową. Upiła łyk coli. – Znasz Harolda Gaynora, prawda?
Spojrzała na mnie tępym wzrokiem. Czyżbyśmy ją złamali?
– Jeśli się o tym dowie, zabije mnie. Może nie mam ochoty zostać trumiennym wabikiem, ale niespieszne mi też umierać.
– Nikt tego nie pragnie. Mów do mnie, Wando, proszę.
– W porządku, znam Harolda. – Westchnęła przeciągle i drżąco.