Harolda?
– Opowiedz mi o nim.
Wanda spojrzała na mnie. Przymrużyła lekko powieki. Miała wyraźne zmarszczki wokół oczu. Bardzo ją to postarzało. Wyglądała poważniej, niż sądziłam.
– Czy wysłał już do ciebie Brunona albo Tommy’ego? – spytała.
– Tommy złożył mi krótką wizytę.
– I co było dalej?
– Wymierzyłam do niego z pistoletu.
– Z tego? – zapytała półgłosem.
– Tak.
– Co zrobiłaś, że Harold tak się na ciebie wkurzył?
Powiedzieć prawdę czy skłamać? Ani jedno, ani drugie.
– Chciał, żebym coś dla niego zrobiła, ale odmówiłam.
– Co?
– Nieważne. – Pokręciłam głową.
– Na pewno nie chodziło o seks. Nie jesteś kaleką. – Ostatnie słowo wymówiła ze szczególnym naciskiem. – On interesuje się tylko niepełnosprawnymi. – W jej głosie czuć było gorycz.
– Jak go poznałaś?
– Na studiach na uniwersytecie w St. Louis. Gaynor przekazywał na jakiś cel pewną kwotę pieniędzy.
– I tam cię poderwał?
– Tak – powiedziała to tak cicho, że musiałam nachylić się w jej stronę.
– Co było potem?
– Oboje byliśmy na wózkach. On był bogaty. To było cudowne. – Oblizała wargi, po czym przełknęła ślinę.
– A kiedy sielanka się skończyła? – zapytałam.
– Wprowadziłam się do niego. Rzuciłam studia. To było… znacznie prostsze. On wciąż nie miał mnie dość. – Wlepiła wzrok w swój podołek. – Ale po jakimś czasie zaczął eksperymentować… w sypialni. Bo choć ma niesprawne nogi, wciąż ma w nich czucie. W przeciwieństwie do mnie – głos Wandy przeszedł nieomal w szept. Musiałam oprzeć się o jej kolana, aby ją słyszeć. – Lubił robić różne rzeczy z moimi nogami, ale ja tego nie czułam. Z początku nie miałam nic przeciwko temu, ale potem… to zaczęło być coraz bardziej niezdrowe. Zboczone. – Spojrzała na mnie z odległości paru centymetrów. W jej oczach wciąż błyszczały łzy. – Zaczął mnie ranić, kroić, nie czułam tego, ale nie w tym rzecz, prawda?
– Oczywiście. – Pierwsza łza spłynęła po jej twarzy. Dotknęłam jej dłoni. Zacisnęła na mojej palce i przytrzymała. – Już dobrze – powiedziałam – już dobrze. – Rozpłakała się. Trzymałam ją za rękę i kłamałam jak z nut. – Teraz już będzie dobrze, Wando. On już cię nie skrzywdzi.
– Wszyscy nas krzywdzą – odparowała. – Ty też byłaś gotowa mnie skrzywdzić – dodała z oskarżycielskim błyskiem w oku.
Nie zamierzałam jej tłumaczyć procedury łamania opornych, znanej w policji jako dobry glina i zły glina. I tak by w to nie uwierzyła.
– Opowiedz mi o Gaynorze.
– Na moje miejsce znalazł sobie jakąś głuchą dziewczynę.
– Cicely – powiedziałam.
– Spotkałaś ją? – Uniosła wzrok zaskoczona.
– Przelotnie.
– Cicely to chora zdzira. – Wanda pokręciła głową.
– Lubi torturować ludzi. To ją rajcuje. – Spojrzała na mnie, jakby oceniała moją reakcję. Czy byłam wstrząśnięta? Nie. – Bywało, że Harold sypiał z nami obiema jednocześnie. Pod koniec zawsze sypialiśmy we trójkę. Sypialniane gry stały się znacznie ostrzejsze. – Jej głos zmienił się w ochrypły szept. – Cicely lubi noże. Jest bardzo dobra, jeżeli chodzi o skórowanie. – Znów oblizała wargi.
– Gaynor zabiłby mnie za sam fakt, że zdradzam ci tajemnice jego alkowy.
– Znasz jeszcze inne jego sekrety? Na przykład dotyczące prowadzonych przez niego interesów?
– Nie. – Pokręciła głową. – Przysięgam. Zawsze zachowywał daleko posuniętą dyskrecję. Nie chciał mnie w to wtajemniczać. Z początku sądziłam, że nie chciał, abym w razie jakiejś jego wpadki trafiła razem z nim do więzienia. – Wlepiła wzrok w podołek. – Później zrozumiałam, że od samego początku wiedział, iż prędzej czy później zastąpi mnie inną. Nie chciał, abym dowiedziała się czegoś, czym mogłabym mu zaszkodzić, gdy już się mnie pozbędzie. – Powiedziała to bez rozgoryczenia, bez gniewu, ale z głębokim smutkiem. Wolałam, aby się wściekła i złorzeczyła. Ta cicha rozpacz była nie do zniesienia. Bolała jak rana, która nigdy się nie zagoi. Gaynor nie zabił jej, ale zrobił coś znacznie gorszego. Podarował jej życie. Pozostawił ją żywą i okaleczoną zarówno fizycznie, jak i psychicznie. – Wiem tylko tyle, ile powiedział mi w sypialni. To raczej nie pomoże ci w walce z nim.
– Czy w sypialni rozmawialiście o czymś więcej prócz seksu? – spytałam.
– To znaczy?
– O osobistych sekretach, ale nie związanych z seksem. Byłaś jego kochanką prawie przez dwa lata. Musiał rozmawiać z tobą o czymś jeszcze oprócz seksu.
– Chyba… tak, opowiadał mi o swojej rodzinie. – Zamyśliła się.
– Co konkretnie?
– Pochodził z nieprawego łoża. Miał obsesję na punkcie rodziny swego prawdziwego ojca.
– Wiedział, kim byli?
– To była bardzo zamożna, stara rodzina. – Wanda pokiwała głową. – Jego matka była dziwką, która awansowała do roli kochanki. Gdy zaszła w ciążę, została czym prędzej wyrzucona.
Gaynor postępował w podobny sposób ze swoimi kobietami, pomyślałam. Freud tak często objawia się w naszym życiu.
– Co to była za rodzina? – spytałam.
– Nie powiedział. Chyba obawiał się, że mogłabym ich zacząć szantażować albo zwrócić się do nich, zdradzając jego brudne, małe sekrety. Bardzo mu zależało, aby gorzko pożałowali, że nie przyjęli go na łono rodziny. Sądzę, że doszedł do całej tej fortuny tylko po to, by dorównać zamożnością swojej rodzinie.
– Skoro nie zdradził ci nazwiska tej rodziny, skąd wiesz, że nie kłamał?
– Nie pytałabyś o to, gdybyś go mogła usłyszeć. Mówił z takim przejęciem. On nienawidzi tych ludzi. Pragnie jedynie tego, co mu się należy z racji urodzenia. Czyli ich fortuny. Ich pieniędzy.
– Jak zamierza je przejąć? – spytałam.
– Tuż przed tym, jak od niego odeszłam, Harold dowiedział się, gdzie spoczywają niektórzy z jego przodków. Wspominał o jakimś skarbie. Zakopanym skarbie, uwierzyłabyś?
– W grobach?
– Nie, rodzina jego ojca dorobiła się fortuny jako piraci rzeczni. Pływali po Missisipi i grabili ludzi. Gaynor był z tego powodu dumny i wściekły zarazem. Twierdził, że jego przodkowie wywodzili się od złodziei i dziwek. Kiedy zdążyli nabrać dystyngowanych manier i czym tak bardzo się od niego różnili? Czy byli na tyle lepsi od niego? – Mówiąc te słowa, wpatrywała się w moje oblicze. Może coś powoli zaczynało jej świtać.
– Skąd wiedział, że lokalizując mogiły przodków, zdobędzie klucz do ich skarbów?
– Stwierdził, że znajdzie jakiegoś kapłana voodoo, który ich dla niego ożywi. Zamierzał zmusić ich, aby przekazali mu skarb zaginiony od stuleci.
– Ach, tak – mruknęłam.
– Co? Czy to ci jakoś pomogło?
Pokiwałam głową. Nareszcie zrozumiałam, jaka była moja rola w planie opracowanym w chorym umyśle Gaynora. Wszystko stało się jasne. Pytanie, na które dotąd nie znałam odpowiedzi, brzmiało – czemu właśnie ja? Dlaczego nie poszedł z tym do kogoś całkowicie niegodziwego, dajmy na to do Domingi Salvador? Do kogoś, kto przyjąłby jego pieniądze i zabił białą kozę bez mrugnięcia okiem czy wyrzutów sumienia. Dlaczego ja, skoro wszyscy doskonale wiedzą, że mam pewne zasady, których nigdy nie łamię?
– Czy wspominał jakieś nazwiska, mówiąc o tych kapłanach voodoo?
– Nie, żadnych nazwisk. – Wanda pokręciła głową. – Zawsze był pod tym względem ostrożny. Dziwnie wyglądasz. Ten wyraz twarzy. Czy to, co przed chwilą powiedziałam, w jakiś sposób ci pomogło?
– Wydaje mi się, że im mniej o tym wiesz, tym lepiej dla ciebie, prawda?