Выбрать главу

Patrzyła na mnie przez dłuższą chwilę, po czym skinęła głową.

– Chyba tak.

– Czy jest jakieś miejsce… – Nie dokończyłam. Zamierzałam zaproponować jej bilet, na autobus lub samolot do dowolnie wybranego miejsca. Aby tylko nie musiała się już sprzedawać. Aby mogła zaleczyć swoje rany. Może wyczytała to z mojej twarzy albo zrozumiała, co oznacza moje milczenie. Zaśmiała się w głos. Czy dziwki nie powinny tylko cynicznie chichotać?

– A wiec jednak masz w sobie coś ze społecznicy. Chcesz mnie ocalić, prawda?

– Czy to takie naiwne z mojej strony, oferować ci bilet do domu czy w jakieś inne bezpieczne miejsce?

– Jeszcze jak. – Pokiwała głową. – A poza tym z jakiej racji miałabyś mi pomagać? Nie jesteś mężczyzną. Nie lubisz kobiet. Czemu miałabyś odsyłać mnie do domu?

– Z głupoty – podpowiedziałam, wstając.

– To nie głupota. – Ujęła mnie za rękę i ścisnęła ją. – Ale to i tak nic by nie dało. Jestem dziwką. Tu przynajmniej znam miasto i ludzi. Mam stałych klientów. – Puściła moją dłoń i wzruszyła ramionami. – Dam sobie radę.

– Z niewielką pomocą przyjaciół – dokończyłam.

– Dziwki nie mają przyjaciół. – Uśmiechnęła się ze smutkiem.

– Nie musisz być dziwką. To Gaynor uczynił z ciebie dziwkę, ale nie musisz być nią już na zawsze.

Po raz trzeci tej nocy w jej oczach zakręciły się łzy. Cholera, nie była dość twarda, aby prowadzić takie życie. Nikt nie “był.

– Wezwij już dla mnie taryfę, dobra? Nie chce mi się dłużej z tobą gadać.

Cóż mogłam począć? Wezwałam taksówkę. Poinformowałam kierowcę, że będzie miał do przewiezienia osobę na wózku, tak jak kazała mi Wanda. Ponieważ ja nie mogłam tego zrobić, pozwoliłam, aby Jean-Claude zniósł ją po schodach. Była jednak bardzo sztywna i spięta w jego ramionach. Zostawiliśmy ją na wózku przy rogu ulicy.

Zaczekałam, aż podjedzie taksówka i zabierze ją. Jean-Claude stał obok mnie przy wejściu do budynku, w złocistym kręgu, światła. Ciepłe światło zdawało się wysączać kolory z jego skóry.

– Muszę cię już opuścić, ma petite. To było bardzo pouczające, ale mam niewiele czasu.

– Idziesz się pożywić, prawda?

– Aż tak to widać?

– Troszeczkę.

– Powinienem nazywać cię ma verite, Anito. Zawsze mówisz mi prawdę o mnie samym.

– Czy verite znaczy “prawda”? – zapytałam. Skinął głową.

Czułam się źle. Byłam zła, niespokojna i podenerwowana. Wściekałam się na Harolda Gaynora, że uczynił z Wandy ofiarę i beztrosko żerował na niej przez blisko dwa lata. Wkurzałam, się na Wandę, że na to pozwalała. Byłam też zła na siebie, że nie mogłam temu zaradzić. Tej nocy wściekałam się na. cały świat. Dowiedziałam się, czego oczekiwał ode mnie Gaynor. Co miałam dla niego zrobić. I niewiele mi to pomogło.

– Ofiary będą zawsze, Anito. Drapieżcy i ofiary, tak już jest urządzony ten świat – powiedział Jean-Claude.

Spojrzałam na niego spode łba.

– Sądziłam, że nie możesz już czytać w moich myślach.

– To prawda, nie mogę, ale umiem czytać to, co jest odmalowane na twojej twarzy i śmiem twierdzić, że trochę cię już znam. To wystarczyło mi, aby dojść do pewnych wniosków.

Nie chciałam wiedzieć, że Jean-Claude znał mnie aż tak dobrze. Tak dogłębnie.

– Idź już, Jean-Claude. Po prostu odejdź.

– Jak sobie życzysz, ma petite. – I już go nie było.

Silniejszy podmuch wiatru, a potem cisza.

– Szpaner – mruknęłam. Zostałam sama pośród nocy, czując łzy napływające do oczu. Czemu zbierało mi się na płacz? Z jakiej racji miałam opłakiwać dziwkę, którą dopiero poznałam? A może zamierzałam opłakiwać ogólnie wszelkie niesprawiedliwości tego świata.

Jean-Claude miał rację. Zawsze będą drapieżcy i ofiary. A ja robiłam, co w mojej mocy, aby zaliczać się do grona drapieżców. Byłam Egzekutorką. Czemu więc stale sprzyjałam ofiarom? I dlaczego wyraz rozpaczy w oczach Wandy sprawił, że za to właśnie znienawidziłam Gaynora bardziej niż za wszystko, co mi zrobił?

No właśnie, dlaczego?

26

Zadzwonił telefon. Nawet nie drgnęłam, spojrzałam tylko na budzik na nocnym stoliku. Szósta czterdzieści pięć. Cholera. Leżałam w ciemnościach, balansując na granicy snu i jawy i czekając, aż włączy się automatyczna sekretarka.

– Tu Dolph. Znaleźliśmy następną. Zadzwoń na mój pager…

Sięgnęłam po telefon, strącając przy okazji słuchawkę.

– Cześć, Dolph. Jestem.

– Długa noc?

– Taa. Co jest grane?

– Nasz przyjaciel uznał, że domy jednorodzinne to łatwy łup. – Jego głos brzmiał chrapliwie, najwyraźniej Dolph też się nie wyspał.

– Boże, tylko nie jeszcze jedna rodzina.

– Niestety… Możesz przyjechać?

To było głupie pytanie, ale nie zwróciłam mu uwagi, żołądek opadł mi na wysokość kolan. Nie chciałam powtórki z domu Reylnoldsów. Wątpiłam, aby moja wyobraźnia była w stanie to wytrzymać.

– Podaj mi adres. Przyjadę. – Podał adres. – St. Peters – powiedziałam. – To niedaleko St. Charles, ale mimo wszystko…

– Co mimo wszystko?

– To kawał drogi, jak na wyprawę do jednorodzinnego domu. W St. Charles jest mnóstwo domów, które nadawałyby się dla naszego zabójcy. Po kiego zadał sobie tyle trudu i przeszedł taki szmat drogi… tylko po to, by się pożywić?

– Mnie o to pytasz? – mruknął. W jego głosie zabrzmiało coś jakby śmiech. – Przyjedź tu, pani ekspert ds. voodoo. Zobaczysz wszystko na własne oczy.

– Dolph, czy jest aż tak źle jak w domu Reynoldsów?

– Źle, gorzej, najgorzej – odparł. Wciąż słyszałam echo tego śmiechu, a także coś jeszcze, coś zimnego, twardego i srogiego. Poczucie winy?

– To nie twoja wina – stwierdziłam.

– Powiedz to moim szefom. Domagają się czyjejś głowy.

– Masz już ten nakaz?

– Dostanę go nieco później, po południu.

– W weekendy nikt nie wydaje nakazów – zauważyłam.

– Ja mam specjalne względy – odparł Dolph. – Ze względu na sytuację kryzysową. Przyjedź tu, Anito, ale tak raz-dwa. Każdy z nas chciałby już wrócić do domu. – Odłożył słuchawkę.

Nawet się z nim nie pożegnałam.

Kolejne morderstwo. Cholera, cholera, cholera. Jasna cholera. Nie tak chciałam spędzić sobotni poranek. Ale przynajmniej zdobędziemy nakaz. Ekstra! Kłopot w tym, że nie bardzo wiedziałam, czego właściwie marny szukać. Nie byłam ekspertem od voodoo. Byłam ekspertem od paranormalnych zbrodni. To niezupełnie to samo. Może powinnam poprosić Manny’ego, aby mi towarzyszył. Nie, nie. Wolałam, aby nie zbliżał się do Domingi Salvador, bo a nuż zdecydowałaby się złamać naszą umowę i wydałaby go policji. W sprawach, gdzie w grę wchodzą ofiary z ludzi, nie ma przedawnienia. Manny za to, co zrobił, trafiłby za kratki. Po Domindze można było się spodziewać, że zechce wymienić mego przyjaciela za swoje życie.

A przy okazji wrobiłaby i mnie. Cała wina za to spadłaby na mnie. Tak, to z pewnością by się jej spodobało.

Na mojej automatycznej sekretarce mrugała lampka. Dlaczego nie zauważyłam jej wczoraj? Wzruszyłam ramionami. Jeszcze jedna zagadka życia. Wcisnęłam guzik odtwarzania.

– Anito Blake, mówi John Burke. Dostałem twoją wiadomość. Zadzwoń do mnie, kiedy zechcesz. Jestem ciekaw, co dla mnie masz. – Podał mi swój numer i to było wszystko.

Świetnie, oględziny na miejscu zbrodni, odwiedziny w kostnicy i wyprawa do krainy voodoo, a wszystko to jednego dnia. Zapowiadał się żmudny, nieprzyjemny dzień. Taki sam jak ubiegła noc i jeszcze poprzednia. Cholera, to już była trzydniówka. Zastanawiałam się, kiedy minie ta moja zła passa.