– Cholera! – Merlioni zaklął i upuścił trzymany róg. Krew spłynęła po jego dłoni na białą koszulę.
– Czyżby zapaprał se tę śnieżnobiałą koszulę? – spytał Zerbrowski.
– Tak, kurde. Ależ tu bajzel.
– Chyba pani domu nie zdążyła posprzątać przed twoim przyjazdem, Merlioni – wtrąciłam. Zerknęłam na łóżko i szczątki pani domu. W chwilę potem przeniosłam wzrok na Merlioniego. – A może glina, makaroniarz, nie może już tego znieść, co?
– Zniosę wszystko to, co ty, mała damo – odparł.
– Idę o zakład, że nie. – Zmarszczyłam brwi i pokręciłam głową.
– To mi się zaczyna podobać – mruknął Zerbrowski.
Dolph nie próbował nas powstrzymać, wyjaśnić, że to miejsce zbrodni, a nie jaskinia hazardu. Wiedział, że potrzebowaliśmy tego, aby pozostać przy zdrowych zmysłach. Nie mogłam patrzeć na zwłoki, nie siląc się na dowcipne komentarze. W przeciwnym razie postradałabym rozum. Musiałam jakoś rozładować napięcie. Gliny z konieczności mają najdziwniejsze poczucie humoru.
– O co się zakładamy? – spytał Merlioni.
– O kolację dla dwojga u Tony’ego – odparłam.
– Ostro, nie ma co. – Zerbrowski zagwizdał.
– Stać mnie, by w razie czego uregulować rachunek. To jak, zakład stoi?
– Od wieków nie byliśmy z żoną na wystawnej kolacji. – Merlioni skinął głową i podał mi okrwawioną dłoń. Ujęłam ją. Chłodna krew zabrudziła mi rękawiczkę. Posoka była wilgotna, miałam wrażenie, że przesiąkła przez kauczuk, ale tak się nie stało. To było tylko złudzenie. Wiedziałam, że kiedy zdejmę rękawiczki, moje dłonie będą suchutkie. Mimo to wrażenie było denerwujące. – Jak udowodnimy, które z nas jest twardsze? – spytał Merlioni.
– Tu i teraz. Na miejscu zbrodni – odparłam.
– Stoi.
Z nowym zapałem i determinacją zlustrowałam wzrokiem miejsce masakry. Wygram ten zakład. Nie dam Merlioniemu satysfakcji. Dzięki temu przynajmniej miałam się na czym skupić, nie musiałam poświęcać większej uwagi temu, co leżało na łóżku.
A leżała tam lewa połowa torsu. Wciąż można było rozpoznać fragment nagiej piersi. Czy należała do pani domu? Wszystko było skąpane w jasnej czerwiem, jakby ktoś rozlał na łóżku parę kubłów szkarłatnej farby. Trudno było wychwycić szczątki. Było tam lewe ramię, drobne, kobiece. Podniosłam je za palce, były wiotkie, nie nastąpiło jeszcze stężenie pośmiertne. Na serdecznym palcu tkwiła obrączka ślubna. Poruszyłam palcami.
– Nie ma rigor mortis. Co o tym sądzisz, Merlioni? Przyjrzał się ręce.
Nie mógł okazać się gorszy ode mnie, więc także poruszał palcami i dłonią.
– Możliwe, że stężenie już ustąpiło. Jak wiesz, pierwsze rigor nie trwa długo.
– Naprawdę sądzisz, że od śmierci denatki upłynęły już prawie dwie doby? – Pokręciłam głową. – Krew jest za świeża. Stężenie jeszcze nie wystąpiło. Zbrodnię popełniono nie dalej niż osiem godzin temu.
Skinął głową.
– Nieźle, Blake. Ale co sądzisz o tym? – Szturchnął tors tak, że pierś zafalowała. Przełknęłam ślinę. Wygram ten zakład.
– Nie wiem. Zobaczmy. Pomóż mi to odwrócić – mówiąc to, spojrzałam na jego twarz. Czyżby trochę zbladł? Może.
– Jasne – odparł.
Pozostała trójka stanęła z boku, obserwując nasze zawody. Niech sobie patrzą. Lepsze to niż traktowanie tego, co robiliśmy, ze śmiertelną powagą.
Merlioni i ja odwróciliśmy fragment torsu. Zaaranżowałam to tak, aby musiał dotykać miękkich części ciała.
Czy pierś to zawsze pierś? Czy to istotne, że była zimna i okrwawiona? Merlioni jakby trochę zzieleniał.
Chyba jednak pewne rzeczy się liczą. Wnętrze klatki piersiowej zostało oczyszczone, jak w przypadku torsu pana Reynoldsa. Czysta, krwawa pustka. Merlioni upuścił tors z powrotem na łóżko, krew rozprysnęła się dokoła, parę kropel dosięgło także nas. Na jego białej koszuli wyglądała gorzej niż na mojej niebieskiej bluzce polo. Punkt dla mnie.
Skrzywił się i spróbował wytrzeć krwawe plamki. Roztarł sobie jednak tylko krew z rękawiczki po całej koszuli. Zamknął oczy i wziął głęboki oddech.
– Wszystko gra, Merlioni? – zapytałam. – Nie musisz tego przedłużać, jeśli jest to dla ciebie nieprzyjemne. Po co masz się stresować.
Łypnął na mnie spode łba, po czym uśmiechnął się. To był perfidny uśmiech.
– Nie widziałaś wszystkiego, dziewczyno. W przeciwieństwie do mnie.
– Ale czy dotykałeś wszystkiego?
– Nie chcesz dotykać tego wszystkiego. – Po jego twarzy spłynęła strużka potu.
– To się okaże. – Wzruszyłam ramionami. Na łóżku leżała noga, sądząc po owłosieniu i trampku, była to noga mężczyzny. Okrągły, wilgotny wzgórek kości zdawał się na nas patrzeć. Zombi po prostu wyrwał facetowi nogę, wyszarpnął ją ze stawu, nie uszkadzając kości. – Musiało boleć jak jasna cholera – mruknęłam.
– Myślisz, że on żył, kiedy mu to robiono?
– Tak. – Skinęłam głową. Nie miałam stuprocentowej pewności. Było za dużo krwi, aby można stwierdzić czas zgonu poszczególnych osób, ale Merlioni chyba trochę pobladł.
Pozostałe fragmenty stanowiły okrwawione wnętrzności, strzępy tkanek i kawałki kości. Merlioni podniósł garść flaków.
– Łap.
– Jezu, Merlioni, to nie jest zabawne. – Mój żołądek zawiązał się w ciasny supeł.
– Nie, w przeciwieństwie do twojego wyrazu twarzy – odparł.
– Rzucasz albo nie, Merlioni, przestań się ze mną drażnić – warknęłam, spoglądając na niego spode łba.
Zamrugał powiekami, po czym skinął głową. Cisnął pęto jelit. Ciężko było nimi rzucić, ale udało mi się je złapać. Były wilgotne, ciężkie, wiotkie, mięsiste i ogólnie obrzydliwe jak surowa wątroba jagnięca, tyle że to nie był zwierzęcy organ.
– Widzę, że nieźle się bawicie, ale może przy okazji dowiedziałbym się czegoś naprawdę istotnego? – Dolph parsknął z rozdrażnieniem.
– Jasne. – Upuściłam wnętrzności na łóżko. – Tak jak ostatnim razem, zombi wszedł przez rozsuwane szklane drzwi. Zagonił mężczyznę i kobietę tutaj, po czym zabił oboje. – Zamilkłam. Zastygłam w bezruchu.
Merlioni trzymał w ręku dziecięcy kocyk. Jakimś cudem jego róg nie przesiąknął krwią. Kocyk był różowy, w baloniki i maleńkie postacie klownów. Z drugiego końca nakrycia spływała obficie krew. Spojrzałam na maleńkie baloniki i klownów tańczących bezsensownie w koło.
– Ty draniu – wycedziłam.
– Mówisz do mnie? – spytał Merlioni.
Pokręciłam głową. Nie chciałam dotknąć kocyka. Ale wyciągnęłam po niego rękę. Merlioni zrobił to tak, aby okrwawiony róg musnął moje nagie ramię.
– Pieprzony makaroniarz – warknęłam.
– Mówisz do mnie, suko?
Skinęłam głową i wysiliłam się na uśmiech, ale bez powodzenia. Wciąż musieliśmy udawać, że wszystko było w porządku. Że jakoś dało się to znieść. A przecież to było ohydne. Obrzydliwe. Plugawe. Gdyby nie zakład, już dawno zwiałabym stąd z krzykiem. Spojrzałam na kocyk.
– W jakim wieku było dziecko?
– Sądząc po zdjęciu w pokoju, jakieś trzy, cztery miesiące.
Znalazłam się wreszcie po drugiej stronie łóżka. Było tam kolejne, nakryte prześcieradłem miejsce. Równie krwawe, co poprzednie i równie małe wypukłości. Pod nim nie było nic w całości. Chciałam odwołać zakład. Jeśli tylko nie każą mi zaglądać pod prześcieradło, zaproszę ich wszystkich do Tony’ego. Tylko nie każcie mi tego podnosić. Błagam. Błagam.
Ale musiałam to obejrzeć, niezależnie, czy się założyłam, czy nie. Musiałam zobaczyć, co się tam znajdowało. Mogłam zajrzeć tam i wygrać albo zrejterować i przegrać. Oddałam kocyk: Merlioniemu. Wziął go i odłożył na łóżko, tak by czysty róg nakrycia pozostał nie zabrudzony.