Выбрать главу

– W porządku. Powiedziałaś to tak, jakbyś nie zamierzała pomóc nam w poszukiwaniach.

– Wrócę, aby was wspomóc, ale właśnie oddzwonił do mnie John Burke.

– Zabierasz go do kostnicy?

– Taa, a poza tym mam zamiar w swoim czasie wykorzystać go przeciwko Domindze Salvador. Niezłe wyczucie czasu, co?

– Jeszcze jak. Czy mogę ci jeszcze w czymś pomóc?

– Gdybyś mógł załatwić dla nas dwojga wejście do kostnicy – poprosiłam.

– Nie ma sprawy. Uważasz, że jesteś w stanie nauczyć się czegoś od tego Burke’a?

– Nie wiem, dopóki nie spróbuję – odparłam.

– Stara szkoła, co? – Uśmiechnął się.

– Najlepsza – przytaknęłam.

– To idź już do kostnicy i spotkaj się z naszym Johnem Voodoo. Dogadaj się z nim. My tymczasem przetrząśniemy całą tę cholerną okolicę.

– Miło wiedzieć, że oboje mamy dziś zapewniony dzień pełen wrażeń – dodałam.

– Nie zapomnij, że po południu czeka nas przeszukanie w domu tej Salvador.

– Taa. – Skinęłam głową. – A po zmierzchu mamy w grafiku polowanie na zombi.

– Dziś w nocy położymy kres temu szaleństwu – powiedział.

– Mam taką nadzieję.

– Czyżby nasze plany nie przypadły ci do gustu? – Spojrzał na mnie i lekko zmrużył oczy.

– Cóż, żaden plan nie jest idealny.

Milczał przez chwilę, po czym wstał.

– Mam nadzieję, że ten akurat będzie.

– Ja również na to liczę.

29

Kostnica miejska w St. Louis mieści się w potężnym gmachu. W sumie nie bez przyczyny. Każda ofiara zgonu nie potwierdzonego przez lekarza trafia do kostnicy. Że nie wspomnę o ofiarach zabójstw. W St. Louis oznacza to naprawdę spory przerób. Bywałam w kostnicy w miarę regularnie. Choćby po to, aby zakołkować ofiary wampirów, by nie powstały z martwych i nie odsączały z krwi tutejszego personelu. Po wprowadzeniu nowych praw dla wampirów jest to równoznaczne z morderstwem. Musisz najpierw zaczekać, aż ożywieniec powstanie, chyba że zastrzegł sobie przed śmiercią w specjalnej klauzuli, iż nie chce stać się wampirem. Ja w swojej ostatniej woli zamieściłam stosowny ustęp, zgodnie z którym w razie uzasadnionych podejrzeń, że mogłabym wrócić jako pijawa, mam zostać zakołkowana. Ba, zażyczyłam sobie kremacji. Nie chcę powrócić również jako zombi, wielkie dzięki.

John Burke wyglądał tak, jak go zapamiętałam. Wysoki, ciemnowłosy, przystojny, ale podejrzany jak typek spod ciemnej gwiazdy. Ten efekt wywoływała jego delikatna bródka. Nikt nie nosi takich bródek prócz bohaterów horrorów. Wiecie, o jakich filmach mówię, o tych z satanistami oddającymi cześć antychrystowi.

Wydawał się odrobinę blady wokół oczu i ust. To typowy efekt długiego płaczu u osób o ciemnej karnacji skóry.

Gdy weszliśmy do kostnicy, usta Johna przypominały wąską, białą kreskę. Zaciskał dłonie na ramionach, jakby go pobolewały.

– Co słychać u twojej szwagierki? – spytałam.

– Kiepsko, bardzo kiepsko.

Czekałam, aż rozwinie ten temat, ale bez powodzenia. Nie naciskałam. Skoro nie chciał o tym mówić, trudno, miał do tego pełne prawo.

Ruszyliśmy wzdłuż szerokiego, pustego korytarza. Był tak szeroki, że mogłyby zmieścić się w nim naraz obok siebie trzy wózki noszowe na kółkach. Wartownia wyglądała jak dobrze zachowany bunkier z czasów drugiej wojny światowej, z gniazdami karabinów maszynowych. To na wypadek, gdyby wszyscy nieboszczycy powstali równocześnie i spróbowali wydostać się na wolność. W St. Louis, jak dotąd, nigdy do tego nie doszło, ale w Kansas City niewiele brakowało. Karabin maszynowy jest w stanie uporać się z każdym żywym trupem. Kłopoty zaczynają się, gdy jest ich wielu. Jeśli jest ich cały tłum, twoja sytuacja jest, delikatnie mówiąc, nie do pozazdroszczenia.

– Cześć, Fred, dawno się nie widzieliśmy. – Pokazałam strażnikowi moją legitymację.

– Szkoda, że nie pozwalają ci odwiedzać nas na takich zasadach jak dawniej – powiedział. – W tym tygodniu mieliśmy już trzech ożywieńców i zamiast ich zakołkować, musieliśmy wypuścić ich do domu. Uwierzysz w to?

– Wampiry?

– Oczywiście. Któregoś dnia będzie ich więcej niż nas.

Nie wiedziałam, co powiedzieć, wybrałam zatem milczenie. Fred zapewne miał rację.

– Przyszliśmy tu, aby przejrzeć rzeczy osobiste Petera Burke’a. Sierżant Rudolph Storr miał załatwić wszelkie formalności.

– Tak. – Fred zajrzał do swego notesu. – Masz pełna autoryzację. Korytarzem w prawo, trzecie drzwi po lewej. Doktor Saville już na was czeka.

To co usłyszałam, nielicho mnie zdziwiło. Rzadko zdarzało się, by główny koroner robiła cokolwiek dla policji czy kogokolwiek innego.

– Dzięki, Fred, na razie. Zobaczymy się przy wyjściu.

– Coraz więcej osób stąd wychodzi. I bynajmniej nie nogami do przodu – mruknął. Nie wydawał się z tego powodu szczególnie zachwycony.

Moje adidasy nie wywoływały żadnych dźwięków wśród panującej w budynku grobowej ciszy. John Burke także poruszał się bezszelestnie. Nie przypuszczałam, aby nosił tenisówki. Spuściłam wzrok i okazało się, że miałam rację. Nosił brązowe, wiązane na sznurowadła buty na miękkiej podeszwie, a nie tenisówki. Mimo to jednak stąpał obok mnie bezgłośnie jak cień. Jego ubiór był dopasowany do obuwia. Brązowa, sportowa kurtka o tak ciemnym odcieniu, że wydawała się prawie czarna, do tego jasno-żółta koszula i brązowe materiałowe spodnie. Brakowało mu tylko krawata, aby mógł uchodzić za przeciętnego amerykańskiego yuppie. Czy zawsze się tak ubierał, czy zrobił wyjątek ze względu na śmierć brata? Nie, na pogrzebie był przecież w czarnym garniturze.

W kostnicy zawsze było cicho, ale w ten sobotni poranek panowała tu iście grobowa cisza. Czy w weekend karetki krążą jak samoloty, oczekując na bardziej stosowną porę? Wiedziałam, że w weekendy liczba zabójstw zazwyczaj znacznie wzrasta, ale sobotnie i niedzielne poranki bywały raczej spokojne. To doprawdy ciekawe. Nigdy nie zdołałam rozgryźć, czemu tak się dzieje.

Policzyłam drzwi po lewej. Zapukałam do trzecich.

– Proszę – usłyszałam i otworzyłam drzwi.

Doktor Marian Saville jest niską kobietą o krótkich ciemnych włosach przyciętych tuż poniżej uszu, oliwkowej cerze, ciemnobrązowych oczach i wysoko osadzonych, wyraźnych kościach, policzkowych. Ma francuskie i greckie korzenie – widać to po niej. Jej egzotyczna uroda ma w sobie pewną subtelność. Zawsze mnie zastanawiało, dlaczego doktor Saville nigdy nie wyszła za mąż. Na pewno nie z braku urody.

Jej jedynym minusem było to, że paliła jak lokomotywa i woń papierosów stale ją otaczała jak zapach paskudnych perfum. Podeszła do nas i uśmiechnęła się, wyciągając rękę na powitanie.

– Miło znów cię widzieć, Anito.

– Mnie również, pani doktor. – Uścisnęłam jej dłoń i uśmiechnęłam się.

– Proszę, mów mi Marian.

Wzruszyłam ramionami.

– Marian, czy to są te rzeczy?

Znaleźliśmy się w niedużym gabinecie. Na niklowanym, stalowym stole leżało kilka plastikowych torebek.

– Tak.

Spojrzałam na nią, zastanawiając się, o co jej chodziło. Główny koroner nie wykonywała zleceń na prawo i lewo. Coś było grane, tylko co? Nie znałam jej na tyle dobrze, by zagrać w otwarte karty i nie chciałam, by zabroniono mi wstępu do kostnicy, więc nie mogłam zachować się wobec niej obcesowo. Na każdym kroku problemy.

– To John Burke, brat zmarłego – powiedziałam.

Doktor Saville na te słowa aż uniosła brwi ze zdumienia.

– Wyrazy współczucia, panie Burke.

– Dziękuję. – John uścisnął podaną mu dłoń, ale nie odrywał wzroku od plastikowych torebek. Dziś nie było czasu na przyglądanie się atrakcyjnym lekarkom albo wzajemną kurtuazję. John miał przejrzeć rzeczy swego zmarłego brata. Szukał tropów, czegoś, co pomogłoby policji złapać zabójcę jego brata. Traktował to zadanie śmiertelnie poważnie. Gdyby nie to, że chodziło o Domingę Salvador, byłabym mu winna wielkie przeprosiny.