Potrzeba było dokładnie dwudziestu czterech godzin, żeby Regan przekonała się, że Travis miał rację przestrzegając ją przed trudami opieki nad ludźmi cierpiącymi na morską chorobę. Od wczes-nego ranka do późnej nocy zajmowała się głównie zmywaniem wymiocin z ludzi i ubrań. Pasażerowie byli zbyt słabi, żeby utrzymać głowy nad miskami, które im podstawiała i lak schorowani, że nie zwracali uwagi na to, gdzie ląduje zawartość ich żołądków. Matki leżały na wąskich pryczach razem z płaczącymi dziećmi, a Regan, przy pomocy dwóch innych kobiet, ciężko pracowała przez długie godziny, sprzątając i starając się pocieszać chore.
Jakby nie dość było choroby morskiej, w pomieszczeniach dla pasażerów panowały straszliwe warunki. Na statku urządzono trzy sypialnie: dla małżeństw, dla mężczyzn i dla kobiet. Załoga narzucała surową dyscyplinę, uniemożliwiającą kontakty między niezamężnymi kobietami i mężczyznami. Siostry nie mogły rozmawiać z braćmi i ojcowie z córkami. Przez te pierwsze dni choroby i cierpienia wszyscy żyli w niepokoju o najbliższych.
W każdej sypialni ustawiono w ciasnych rzędach twarde, małe piętrowe prycze. Wąskie przejścia tarasowały bagaże podróżnych: kufry, pudła, tobołki i kosze, zawierające nie tylko ubrania i sprzęty potrzebne w Nowym Świecie, ale również jedzenie na podróż. Niektóre produkty już zaczynały się psuć, i ich woń dodatkowo potęgowała mdłości chorych.
Regan wraz z pomocnicami biegała między pokładem a pomieszczeniem dla kobiet, przeciskała się przez ciasne przejścia, przeskakując przez zastawiające je bagaże. Każdy krok był wysiłkiem.
Kiedy wróciła do kabiny, która teraz wydała się jej pałacową komnatą, była tak zmęczona, że ledwie trzymała się na nogach.
Travis natychmiast odłożył książkę i wziął dziewczynę w ramiona.
– Ciężko było, kochanie? – wyszeptał.
Nie miała siły odpowiedzieć, skinęła tylko głową. Zadowolona, że nie ogląda już nędzy i brudu, które otaczały ją przez cały dzień. Cieszyła się bliskością zdrowego, silnego człowieka.
W półśnie oparła się o niego i nie zauważyła, że posadził ją w fotelu a sam poszedł otworzyć drzwi. Nawet kiedy usłyszała plusk wody, nie chciało jej się otwierać oczu. Przez ostatnie godziny stale słyszała ten dźwięk, gdy prała zabrudzone ubrania, pieluchy i myła brudne nocniki.
Travis rozpinał guziki jej sukni, a ona uśmiechała się słodko. Miło było znów być otoczoną troską po całym dniu opiekowania się innymi. Kiedy podniósł ją nagą z fotela, ucieszyła się, że wreszcie położy ją do łóżka. Jednak niespodziewanie poczuła, że Travis wkłada ją do gorącej wody. Rozwarła szeroko oczy.
– Kąpiel bardzo ci się przyda, mój niezbyt wonny kwiatuszku – roześmiał się widząc jej zaskoczenie.
Ciepła woda, mimo że morska, bardzo ją odświeżyła. Dziewczyna rozparła się wygodnie i pozwoliła Travisowi się umyć.
– Nie potrafię cię zrozumieć – powiedziała łagodnie, przyglądając mu się i czując na ciele jego namydlone, mocne dłonie.
– Co tu jest do zrozumienia? Powiem ci wszystko, co chcesz wiedzieć.
– Kilka tygodni temu uważałabym, że mężczyzna, który porywa ludzi jest niedobry i powinien siedzieć w więzieniu, ale ty…
– Co ja? Porywam śliczne młode damy, uwodzę je, ale ich nie biję? Przynajmniej nie często – uśmiechnął się.
– Nie – odparła poważnie. – Nie bijesz ich, ale sądzę, że byłbyś zdolny do wszystkiego. Nie rozumiem takich mężczyzn.
– A jakich rozumiesz? Takich, jak ten mały Wainwright? Powiedz mi, ilu mężczyzn w życiu poznałaś? Ile razy byłaś zakochana?
Jej odpowiedź zaskoczyła go.
– Znałam jednego mężczyznę – odpowiedziała cicho. – Raz byłam zakochana i nie wyobrażam sobie, żeby to się mogło powtórzyć.
Przez chwilę Travis przyglądał się jej minie. Widział, że wzrok jej złagodniał i stał się nieobecny, a usta wygięły się w słodkim uśmiechu.
Marzenia Regan o Farrellu i wspomnienie, jak prosił ją o rękę, zostały brutalnie przerwane, kiedy Amerykanin cisnął mydło do wody tuż przed jej nosem i ochlapał jej twarz.
– Dokończ sama, albo zaczekaj, aż przyjdzie twój ukochany i ci pomoże – warknął i trzaskając drzwiami wybiegł z kabiny.
Poczuła, że pierwszy raz udało się jej wzbudzić w nim zazdrość. Wyszła z wanny i osuszyła ciało ręcznikiem. Dobrze to zrobi Travisowi, jeśli zda sobie sprawę, że nie jest jedynym mężczyzną w jej życiu, że na świecie są jeszcze inni ludzie. Kiedy dotrą do Ameryki i każde pójdzie własną drogą, nie będzie już taki pewien, że ona sama nie da sobie rady. Może nawet znajdzie kogoś takiego jak Farrell, kto ją pokocha i nie będzie jej traktował jak głupiutkiego dziecka.
Weszła do łóżka i nagle poczuła się samotna. Farrell jej nie kochał. Pragnął tylko majątku. Wuj też jej nie chciał, a Travis, ten obcy, bezczelny Amerykanin dał jej jasno do zrozumienia, że jest mu potrzebna tylko na krótki czas. Opuszczona, zmęczona, głodna i nieszczęśliwa, zaczęła płakać. Kiedy Travis wziął ją w ramiona, przytuliła Się do niego, przerażona, że i on ją opuści. – Cicho, najdroższa. Nic ci już nie grozi – wyszeptał, starając się ją pocieszyć, ale kiedy przy warła do niego ustami, przestał o tym myśleć.
Regan nie wiedziała, czy to dlatego, że cały dzień przebywała z chorymi, czy z powodu uczucia samotności, ale bardzo zapragnęła Travisa. Nie pamiętała już, że jest więźniarką i że nie powinna mu się rzucać w ramiona. Wiedziała tylko, że go potrzebuje, chce żeby ją objął, kochał i sprawił, że znowu poczuje się kimś ważnym, a nie bezużyteczną, zbędną istotą.
Regan obejmowała go kurczowo, zbyt zmęczona, żeby myśleć. Szybko zapadła w głęboki sen i nie wiedziała, że Travis, oparłszy głowę na łokciu, przyglądał się jej, gładził po włosach i otulał kołdrą. Ale nawet przez sen czuła na sobie jego ramię, dotyk silnego ciała, ciepło słodkiego oddechu muskającego jej ucho. Poruszyła się, otworzyła oczy, obdarzyła go słodkim uśmiechem, z radością przyjęła jego delikatny pocałunek i z uśmiechem popatrzyła, jak położył głowę na poduszce i zapadł w sen.
Następny dzień znów był wypełniony ciężką, nieprzyjemną pracą przy chorych. Po południu Travis kazał jej wrócić do kabiny i odpocząć, bo inaczej nie będzie się do niczego nadawała. Zdenerwował ją ton jego głosu, władczy i rozkazujący, więc powiedziała, co o nim myśli.
– Mógłbyś nam trochę pomóc, zamiast obijać się bezczynnie po statku – odcięła się.
– Ja się obijam? – uśmiechnął się dziwnie, co doprowadziło ją do wściekłości.
Dopiero teraz zauważyła, że ma na sobie brudną, przepoconą koszulę i luźne spodnie do kolan, zatknięte w cholewy butów z miękkiej skóry. Nagle znalazła odpowiedź na kilka pytań, na przykład, w jaki sposób Travis może sobie pozwolić na osobną kabinę. Najwidoczniej opłacał podróż własną pracą.
– Jak mam ci pomóc? – zapytał. – Nie spodziewaj się tylko, że będę wycierał zabrudzone twarze chorych.
Jeśli Travis musiał pracować, żeby wykupić miejsce na statku, ona też nie będzie próżnowała. Nic da się nakłonić do odpoczynku.
– Dziś rano załamały się dwie górne prycze. Mówiłam o tym marynarzom, ale tylko się ze mnie śmiali.
– To pewnie dlatego, że żaden z nich nie potrafi trzymać młotka w garści. Co jeszcze?
Ktoś powinien się zająć starszymi dziećmi. Pomyślałam, że mógłbyś odszukać Sarę Trumbull. Nie widziałam jej od kilku dni.
Sara jest zajęta – odparł krótko. – Ale zajmę się tą pierwszą sprawą.
Wielki ciężar spadł z drobnych ramion dziewczyny. Wiedziała, że Travis dotrzyma słowa.