Podniosła jedną trochę zmiętą i mokrą różę z posłania i powąchała.
– Panna młoda powinna mieć kwiaty – wyszeptała. – Zrobiłeś to dla mnie.
Zdumienie i irytacja odbiły się na mokrej twarzy Travisa.
– A z jakiego innego powodu miałbym wychodzić z ciepłego pokoju w taką pogodę i podczas nocy poślubnej, jeśli nie dla swojej ukochanej?
Regan nie mogła wydobyć z siebie jednego słowa. Opuściła głowę, a łzy ciekły jej po policzkach.
Po chwili cichego namysłu Travis podszedł do niej, ujął ją pod brodę i popatrzył uważnie na jej twarz.
– Długo płakałaś – rzekł cicho. – Myślałaś, że już nie wrócę, tak?
Wyrwała mu się i przeszła na drugą stronę łóżka.
– Nie, to nie dlatego. Tylko…
Słysząc, że zaśmiał się łagodnie, odwróciła głowę. Travis stał nagi jak starożytny bożek otoczony wonnościami. Ona też się uśmiechnęła. Przecież wrócił do niej i zadał sobie tyle trudu, żeby jej dać to, czego chciała.
Patrzył na jej postać odzianą w przezroczystą koszulkę i oczy zapłonęły mu pożądaniem.
– Czy zostanę nagrodzony za swoją pracę? – wyszeptał i otworzył ramiona.
Jednym długim susem znalazła się przy nim, zarzuciła mu ręce na szyję i otoczyła nogami w pasie.
Zaskoczony Travis chwycił ją w objęcia.
– Jak mogłaś pomyśleć, że cię zostawię, po tym wszystkim, co przeszedłem, żeby cię zdobyć? – wyszeptał i przywarł ustami do jej warg.
Dotyk jego nagiej, chłodnej i wilgotnej skóry sprawił, że Regan zadrżała i mocniej zacisnęła nogi, niemal przecinając Travisa na pół. Oddzielał ich od siebie tylko cienki jedwab, kiedy dziewczyna przyciskała piersi do muskularnego torsu Ame-rykanina.
Podniosła ręce i zanurzyła palce w mokrych, gęstych włosach Travisa, błądząc gorącymi ustami po jego twarzy. Stał przed nią, wrócił do niej i jest jej mężem, może z nim zrobić, co zechce.
Uszczęśliwiona, radując się własną siłą, ugryzła go mocno w ucho.
W tej samej chwili poczuła, że coś oderwało ją od Travisa i wyrzuciło w powietrze. Wylądowała na łóżku z taką siłą, że kwiaty podskoczyły do góry, jak kolorowa fontanna różnobarwnych płatków. Strąciła z twarzy cztery żonkile i uśmiechnęła się do męża, który stał nad nią z rękami na biodrach. Widziała przed sobą w całej okazałości napięte mięśnie i wyprężoną męskość.
– Tak właśnie powinna wyglądać panna młoda.
– Przestań już strzępić język i chodź do mnie – roześmiała się i wyciągnęła do niego ramiona.
On jednak nie położył się przy niej, tylko uklęknął i jeden po drugim zaczął całować jej palce u stóp, drażniąc językiem ich miękkie poduszeczki. Gorące usta przesunęły się na podbicie jej stóp. Kiedy przesunął zębami po ich łuku, Regan poczuła, jak tężeje w niej każdy nerw i dreszcz wstrząsa jej ciałem.
Roześmiał się gardłowo. Niski dźwięk jego śmiechu jakby przepływał wzdłuż jej nogi aż do środka ciała.
– Travis – wyszeptała bez tchu, unosząc się i wyciągając do niego ręce. Trzasnęły łamiące się pod nią kwiaty i wokół uniósł się ich zniewalający zapach. Mąż nie zwracał uwagi na jej słowa. Sunął ustami w górę aż do kolana, badając każdy centymetr skóry, całując ją i pieszcząc.
Gotowa na jego przyjęcie, wręcz nie mogąc się dłużej opanować, Regan miała wrażenie, że oszaleje, kiedy tak drażnił wszystkie jej zmysły. Jego usta wędrowały po jej łydce i jakby tego było za mało, ręka Travisa, mocna, ale tak wrażliwa, pieściła drugą jej nogę, aż dziewczyna poczuła się słaba i bezradna. Jednocześnie rozpierała ją dziwna siła. Regan, jak tygrysica, chciała gryźć i drapać, rozszarpać na strzępy tego mężczyznę, który doprowadzał ją do obłędu.
Kiedy jego ręce i usta doszły do środka jej ciała, niemal krzyknęła i odrzuciła w tył głowę, nie mogąc dłużej znieść tych pieszczot. – Proszę, Travis, proszę – błagała. Natychmiast znalazł się przy niej, z całej siły wpijając się wargami w jej usta. Ale i ona zdecydowanie odpowiadała na jego pocałunki, jakby chciała go całego wchłonąć w siebie. Kiedy w nią wniknął, wygięła się w wysoki łuk niemal nie dotykając łóżka, podtrzymywała jego ciało i ruchem bioder prowokowała jego ruchy.
Jego namiętność była równie silna, a potrzeba równie gwałtowna. Po kilku mocnych, głębokich, pełnych ruchach wstrząsnął nim dreszcz. Zamknął żonę w miażdżącym uścisku i oboje wsłuchiwali się w drżenie, które przenikało ich ciała.
Dopiero po kilku chwilach Regan zdała sobie sprawę, że nie może chwycić oddechu. Zdawało się jej, że Travis chce wciągnąć ją w siebie, ale i ona się temu nie opierała.
W końcu rozluźnił uścisk, lecz nie wypuścił jej z objęć i wtulił twarz w jej szyję. Otworzyła oczy i zobaczyła, że do jego wilgotnej od potu skóry przywarł długi sznur zmiętych płatków. Odwróciła głowę i wciągnęła głęboko w płuca ich piękny zapach. Ze śmiechem wyciągnęła rękę, chwyciła garść kwiatów i wesoło wyrzuciła je w powietrze.
Travis uniósł brew i spojrzał na nią. Co cię tak rozśmieszyło? – zapytał. Kwiaty dla panny młodej! – roześmiała się rozbawiona. – Och, Travis! Miałam na myśli bukie-cik, a nie cały ogród.
Nachylił się i na oślep chwycił wiązkę kwiatów, niektóre do góry nogami, inne połamane, i zaprezentował jej ten dziwaczny bukiet.
Wysunęła się spod niego, przetoczyła po wonnym posłaniu, aż barwne płatki zawirowały w powietrzu i zaczęła obrzucać męża kwiatami.
– Ona chce mieć kwiaty do ślubu – odezwała się, naśladując jego gruby głos. – Przyniosę jej kwiaty. Och, Travis! Jak już coś zrobisz, to z takim… rozmachem! – śmiała się, szukając właściwego określenia. – Nikt inny nie wpadłby na taki pomysł. Zawsze musisz być lepszy, dać więcej, prześcignąć innych, podporządkować ich sobie. -Usiadła i spojrzała na jego wspaniałe ciało, spoczywające leniwie na posłaniu z kwiatów. Czuła, jak serce w piersi podskakuje jej radośnie.
– A może – zamruczała cicho jak kotka – nie zawsze jesteś taki władczy.
Travis wciągnął mocno powietrze i chwycił ją za skraj jedwabnej koszuli. Jednak głośny krzyk Regan osadził go na miejscu.
– Nie waż się niszczyć kolejnej mojej kreacji – rzekła ostrzegawczym tonem i zrzuciła z siebie strój, zanim zdążył cokolwiek zrobić.
– Ciągle tylko rozkazy i groźby – odparł. Zmrużył oczy i stając na czworaka zaczął skradać się do niej jak jakieś drapieżne zwierzę.
Piszcząc z uciechy cofała się i rzucała w niego kwiatami a on zbliżał się do niej powoli. Kiedy oparła się plecami o ścianę i nie miała gdzie uciekać, poddała się i uniosła ramiona w górę.
– Ach, mój dobry panie – błagała, udając strach.
– Niech pan zrobi ze mną, co pan zechce, tylko proszę nie odbierać mi cnoty.