Słysząc te słowa, Travis prychnął rozbawiony.
Z wysoko uniesioną głową Regan przemierzyła pełen kwiatów korytarz, wyszła przez tylne drzwi, skręciła w lewo i ruszyła do kuchni, która znajdowała się w osobnym budynku. W obszernym pomieszczeniu pełno było uwijających się ludzi, Nicole, z rękami ubrudzonymi po łokcie mąką, wszystkim zarządzała. Kiedy młoda dziewczyna przypadkowo rozbiła cały koszyk jaj tak, że wszystkie razem ze skorupkami wpadły do misy pełnej ciasta, żona Claya wcale się nie zdenerwowała. Dwoje dzieci, ubranych skromnie, ale czysto, przebiegło przez kuchnię, potrącając wiadro z mlekiem, Nicole chwyciła je w ostatniej chwili, nie dopuszczając do rozlania. Schylona nad mlekiem podniosła oczy, zobaczyła Regan i uśmiechnęła się ciepło. Wytarła ręce w fartuch i podeszła bliżej.
Przepraszam, że cię tak zostawiłam, ale chciałam dopilnować, żeby przygotowano dla was smaczna kolację.
Czy tu zawsze jest takie zamieszanie? – zapytała Regan, trochę przerażona.
Przeważnie. Mamy tu wielu ludzi do nakarmienia. – Rozwiązała fartuch. – Muszę naciąć trochę ziół, więc może zechcesz się trochę przespacerować przed kolacją? Oczywiście, jeśli nie jesteś za bardzo zmęczona.
– Niemal przez całą drogę spałam – uśmiechnęła się Regan. – Bardzo bym chciała zobaczyć… plantację.
To, co pokazała jej Nicole, było dla dziewczyny wielkim zaskoczeniem. Przygotowano dla nich dwukółkę i pani Armstrong obwiozła ją po plantacji, pokazując każdą jej część. Pierwsze wrażenie Regan nie było dalekie od rzeczywistości. Plantacja w istocie przypominała małe miasto, ale wszystko należało do jednego człowieka. Wszystko, co potrzebne do życia można było tutaj zrobić, wyhodować lub upolować. Nicole pokazała jej mleczarnię, gołębnik, tkalnię, stajnię, garbarnię i warsztat stolarski. Obok kuchni znajdowały się: wędzarnia, słodownia i pralnia. Zobaczyły też rozległe pola, na których rosła bawełna, len, zboże i tytoń. Za rzeką stał młyn, gdzie mielono ziarno na mąkę. Bydło, owce i konie pasły się w oddzielnych zagrodach.
– I ty to wszystko nadzorujesz? – zapytała zdumiona Regan.
– Clay mi trochę pomaga – roześmiała się Nicole. – Jednak masz rację, to bardzo ciężka praca. Nieczęsto wyjeżdżamy, ale przecież tutaj jest wszystko, czego nam potrzeba.
– Jesteś bardzo szczęśliwa, prawda?
– Teraz tak – odparła. – Nie zawsze było tak łatwo. – Spojrzała na młyn za rzeką. – Clay i Travis przyjaźnią się od dzieciństwa. Mam nadzieję, że i my zostaniemy przyjaciółkami.
– Nigdy nie miałam przyjaciółki – wyznała Regan, patrząc na swoją towarzyszkę o równie szczupłej figurze jak jej własna. Żadna z nich nie miała pojęcia, jak pięknie razem wyglądały, ciemnowłosa Nicole, i Regan o brązowych, przetykanych ru-dozłotymi pasmami lokach.
– Ja też nie – przyznała się Nicole. – Na pewno nie były to prawdziwe przyjaciółki, z którymi mogłabym szczerze porozmawiać i zwierzyć się z kłopotów. – Z uśmiechem pociągnęła za lejce i konie ruszyły. – Kiedyś, kiedy będziemy miały dużo czasu, opowiem ci, jak poznałam Claya.
Regan zaczerwieniła się, bo przecież ona nigdy nikomu nie będzie mogła opowiedzieć, jak spotkała Travisa. Przede wszystkim, nikt by jej nie uwierzył.
– Chce mi się jeść, a tobie? – zapytała Nicole. – I boję się, że moje dzieci za chwilę zasłabną z głodu.
Travis też na pewno już zgłodniał – roześmiała się Regan.
Czy jest taka młoda, na jaką wygląda? – zaciekawił się Clay, podrzucając syna na ramieniu. Stał przy oknie i patrzył jak Regan z Nicole odjeżdżają spod domu.
Pewnie mi nie uwierzysz, ale nawet nie wiem, w jakim jest wieku. Boję się zadać to pytanie. Przy moim szczęściu może się okazać, że to szesnastolatka.
Co ty, do diabła, opowiadasz? Jak ją poznałeś? i dlaczego nie zapytałeś jej rodziców ile ma lat?
Travis nie miał zamiaru opowiadać mu całej komplikowanej historii. Wiele lat temu, kiedy James, starszy brat Claya jeszcze żył, być może by mu się zwierzył, ale teraz nie potrafił się przełamać i wyznać, że porwał swoją żonę.
Clay chyba go zrozumiał, ponieważ w jego życiu również były sprawy, o których nikomu nie mówił, na przykład dawne przejścia z Nicole.
– Czy ona zawsze jest taka cicha? Nie chcę się wtrącać, ale na pierwszy rzut oka nie bardzo do siebie pasujecie.
– Regan potrafi bronić swojego zdania – uśmiechnął się Travis z błyskiem w oku. – Prawdę mó wiąc, nie wiem, jaka ona jest. Zmienia się z minuty na minutę. Raz jest małą dziewczynką, śniącą o niebieskich migdałach, to znowu… – Głos mu zamarł, kiedy przypomniał sobie jak zeszłej nocy jej usta wędrowały po jego udzie. – Jakakolwiek jest, zauroczyła mnie.
– A co z Margo? Na pewno nie będzie uszczęśliwioną, kiedy przywieziesz do domu żonę.
– Dam sobie z nią radę – odparł niedbale.
Bolesne wspomnienia z nie tak odległej przeszłości zamgliły oczy Claya.
– Strzeż przed nią Regan. Kobiety w rodzaju Margo pożerają na śniadanie takie słodkie stworzonka jak ona. Sam wiem najlepiej – dodał łagodnie.
– Margo nic już nie wskóra, dam jej to do zrozumienia. Będę zawsze czuwał nad żoną. A zresztą Regan wie, co do niej czuję. Przecież się z nią ożeniłem, prawda?
Clay nic więcej nie powiedział. Zdarzało się już, że ludzie udzielali mu rad, ale on ich nie słuchał. Wiedział, jak łatwo wypowiedzieć przysięgę małżeńską – i jak łatwo ją złamać.
Kiedy zapadła noc, Regan wślizgnęła się do łóżka pod baldachimem i przytuliła do męża. Opowiadała mu o swoich wrażeniach z minionego dnia.
– Nie przypuszczałam, że coś takiego istnieje. To tak, jakby Clay i Nicole posiadali na własność całe miasto.
Przyciągnął ją bliżej do siebie.
– A więc podoba ci się system plantacji? – wymruczał zapadając w sen.
– Oczywiście, ale cieszę się, że takich gospodarstw nie ma wiele. Nie rozumiem, jak Nicole daje sobie radę z taką wielką plantacją. Bardzo się cieszę, że ty jesteś tylko ubogim farmerem.
Nie dostała żadnej odpowiedzi. Spojrzała na męża i zobaczyła, że smacznie chrapie. Z uśmiechem wtuliła się w niego i zapadła w spokojny, zdrowy sen.
Rozstanie następnego ranka było zaskakująco trudne. Wszyscy stali na pomoście i żegnali się. Nicole obiecała, że wkrótce odwiedzi Regan i zrobi co tylko w jej mocy, żeby pomóc. Clay i Travis wymieniali uwagi o tegorocznych plonach. Niestety, zaraz trzeba było wejść na małą łódź i ruszać w górę rzeki.
Regan czuła wielkie podniecenie na myśl, że wreszcie zobaczy dom Travisa. Zastanawiała się, czy farma jest równie wielka, dzika i prymitywna jak jej właściciel. Miała nadzieję, że uda się jej ucywilizować to miejsce, tak samo jak zamierzała ucywi-lizować męża.
Po pewnym czasie spokojnej, gładkiej żeglugi ściana lasu na brzegu rzeki znów gwałtownie się urwała. Z dala widać było olbrzymi pomost i mnóstwo statków.
To chyba nie jest następna plantacja? – zapytała, i stając obok Travisa. Ta wyglądała na kilkakrotnie większą niż posiadłość Claya, więc z pewnością było to miasto.
Ależ oczywiście, że to plantacja! – oznajmił mąż z szerokim uśmiechem. Znasz jej właścicieli?
Kiedy podpłynęli bliżej, zobaczyła, że ta plantacja wygląda jak gospodarstwo Armstrongów, tylko w powiększeniu. Przy nabrzeżu stał budynek tak wielki, jak ich rezydencja.
– Co to jest? – zapytała wskazując przed siebie.
– To hangary dla statków i magazyn. Kapitanowie wymieniają tam żagle i naprawiają uszkodzenia, a w innych pomieszczeniach składuje się towary oczekujące na transport. W tym mniejszym budynku mieszka taksator.
U nabrzeża stało kilka mniejszych jednostek, dwie barki i cztery, jak nazwał je Travis, szalupy. Ku zdziwieniu Regan, mąż skierował łódź do nabrzeża.