– Myślałam, że płyniemy do domu – powiedziała skonsternowana. – Chcesz tu odwiedzić przyjaciół?
Travis wyskoczył na pomost i zanim zdołała powiedzieć następne zdanie pociągnął ją za sobą. Wziął jej twarz w obie ręce i uniósł do góry.
– To jest moja plantacja – oznajmił cicho, kiedy ich oczy się spotkały.
Przez chwilę była zbyt oszołomiona, żeby się odezwać.
– To… to wszystko jest twoje? – wyszeptała.
– Co do ostatniego źdźbła trawy. Chodźmy, pokażę ci twój nowy dom.
Były to ostanie słowa, jakie zamienili sam na sam, ponieważ otoczył ich tłum ludzi. Ze wszystkich budynków dochodziły ich okrzyki „Travis'", „Pan Stanford!". Travis, trzymając żonę za rękę, ściskał dłoń chyba setkom witających, którzy zbiegli się ze wszystkich stron. Przedstawiał jej każdego z nich, wyjaśniając, że to jest główny cieśla, to drugi pomocnik ogrodnika, a ta kobieta to trzecia pokojówka. Korowód pracowników nie miał końca i Regan mogła tylko stać i kiwać głową. W głowie huczały jej wciąż te same myśli: to wszystko są jego pracownicy, wszyscy pracują dla Travisa – więc i dla mnie.
W którymś momencie Travis ogłosił dzisiejszy dzień wolnym od pracy i nie minęło pięć minut, jak robotnicy z pól również przybiegli go witać. Zwaliści, krępi, muskularni mężczyźni śmiali się wesoło i przekomarzali z Travisem, twierdząc, że pewnie wyszedł z formy w czasie tak długiej podróży. Regan ogarnęło nagłe poczucie dumy, kiedy zobaczyła, że żaden z tych mężczyzn nie był potężniej zbudowany od jej męża.
Kiedy w otoczeniu tłumu ludzi schodzili z nabrzeża, posypały się pytania. Z ich treści można było odgadnąć, że połowa plantacji idzie w rozsypkę.
– Gdzie jest Wes? – zapytał Travis, krocząc tak szybko, że Regan prawie za nim biegła.
W Bostonie zmarł pański wuj Tomasz i Wes musiał tam jechać, żeby uporządkować jego sprawy – wyjaśnił nadzorca.
A Margo? – Travis zmarszczył brew. – Czy nie mogła zająć się, chociaż częścią tych problemów?
– Dwadzieścia z jej krów zapadło na jakąś dziwną chorobę – wyjaśnił mężczyzna.
– Travis – zagadnęła krzepka, rudowłosa kobieta – Trzy krosna się popsuły, ale za każdym razem, kiedy każę je komuś naprawić, mówią mi, że to nie ich robota.
– I jeszcze jedno – wtrąciła inna z kobiet. -Backesowie sprowadzili kurczęta ze wschodu. Czy mógłbyś przydzielić trochę pieniędzy na ich zakup?
– Travis – odezwał się mężczyzna z fajką. – Coś trzeba zrobić z tym najmniejszym slupem. Nadaje się tylko do gruntownego remontu albo na złom.
Nagle Travis zatrzymał się i wyrzucił w górę ramiona.
– Dosyć tego! Jutro odpowiem na wszystkie pytania. Nie! – zmienił nagle zdanie. Oczy mu rozbłysły i sięgnął po dłoń Regan. – Mam żonę, i jutro ona przejmie kobiece obowiązki. Carolyn, poradzisz się jej w sprawie krosien, a ty, Susan, zapytasz o pozwolenie na zakup kurcząt. Jestem pewien, że zna się na tych sprawach lepiej niż ja.
Regan była zadowolona, że mąż trzymał ją za rękę, bo inaczej mogłaby zawrócić i uciec. Cóż ona wiedziała o krosnach i kurach?
A teraz – mówił dalej Travis – zamierzam pokazać mojej młodej żonie dom i jeśli ktoś zada mi jeszcze jedno pytanie, odwołam wolny dzień za powiedział z pozorną groźbą w głosie.
Gdyby dziewczyna nie była tak przygnębiona roześmiałaby się widząc, z jaką szybkością wszyscy rozbiegli się po plantacji został tylko jeden starszy mężczyzna, trzymający się cicho na uboczu.
– To jest Eliasz – podstawi i go z dumą Travis – Najlepszy ogrodnik w całej Wirginii
– Coś przyniosłem dla nowej pani – odparł starzec i podał jej kwiat, jakiego Regan nigdy jeszcze
Nie widziała. Jego czerwień była zarazem ognista i łagodna. Ze środka wyrastało coś w rodzaju karbowanego rogu, otoczonego u podstawy kręgiem płatków w kształcie łez.
Regan wyciągnęła nieśmiało dłoń. Kwiat był tak piękny, że bała się go dotknąć.
– To jest orchidea, proszę pani – wyjaśnił Eliasz. – Starsza pani Stanford polecała przywozić je sobie, kiedy tylko kapitanowie wypływali w rejs na południowe morza. Może zechce pani w wolnej chwili obejrzeć cieplarnię?
– Tak – odparła, zastanawiając się czy na tej plantacji w ogóle czegokolwiek brakuje. Podziękowała ogrodnikowi i ruszyła za mężem, który oddala się od rzeki. Dopiero teraz zauważyła wysoki, rozlgły dom z cegły, który przed nimi wyrastał. Nawet z oddali wydawał się tak wielki, że Manor House i Arundel Hall Claya zmieściłyby się w jednym jego skrzydle.
Travis z dumą opowiedział jej o tym domostwie i widać było, ze bardzo jest do niego przywiązany. Zostało zbudowane przez jego pradziadka i wszyscy Stanfordowie otaczali je miłością. Jednak z każdym krokiem strach Regan narastał coraz bardziej. Obowiązki, które wypełniała Nicole, z początku wydawały się jej przytłaczające, ale teraz żałowała, że nie będzie mieszkała w takim małym domu, jak siedziba Armstrongów. Jak poradzi sobie z tak ogromnym domostwem, nie mówiąc już o innych gospodarskich powinnościach, których wykonania spodziewał się po niej Travis?
Z bliska dom wydał się jej jeszcze większy. Główna, kwadratowa bryła z cegły wznosiła się na trzy i pół piętra w górę. Odchodziły od niej dwa przeciwstawne skrzydła w kształcie litery L. Mąż poprowadził ją po szerokich kamiennych schodach na pierwsze piętro i rozpoczęli pośpieszne zwiedzanie rozległego domostwa.
Pokazał jej niebieski pokój, zielony pokój, a potem czerwony i biały, pokój do nauki i sypialnię gospodyni. Spiżarnie w tym domu były tak duże jak jej sypialnia w Weston Manor.
Po obejrzeniu każdego następnego pokoju, a wszystkie były pięknie umeblowane, strach, coraz mocniej chwytał Regan za gardło. To niemożliwe, żeby kiedykolwiek poradziła sobie z zarządza niem tak wielkim domostwem.
Kiedy już myślała, że zobaczyła wszystkie pokoje, Travis niemal siłą zaciągnął ją po schodach na górę. Znajdowali się na pierwszym, głównym piętrze i wnętrza, które jej tu pokazał, przewyższały wszystko, co dotąd widziała. Urządzono tu jadal-nię, do której przylegał salonik na herbatki dla pań, był też inny, przeznaczony dla spotkań rodzinnych, biblioteka dia panów, kolejne dwa salony na każdą okazję i olbrzymia sypialnia, sąsiadująca z pokojem dziecinnym.
– To nasza – oznajmił Travis i pociągnął ja dalej, do sali balowej.
Tutaj Regan doznała prawdziwego wstrząsu. Od kiedy przekroczyła próg tego domu, nie mogła wydusić z siebie ani jednego słowa, ale teraz zwyczajnie nogi się pod nią ugięły. Opadła na kanapę w kącie sali i rozglądała się wokół w pełnym zdumienia milczeniu.
Sam ogrom tego wnętrza sprawiał przytłaczające wrażenie. Wysoka na siedemnaście stóp sala powodowała, że każdy czuł się tu mały i nic nieznaczący. Ściany były obite jasnoniebieskim materiałem, a dębowa podłoga wypolerowana do połysku. Ustawiono tu mnóstwo mebli: sześć kanap obitych różowym brokatem i niezliczoną ilość krzeseł z odpowiednio dobraną tapicerką, harfę, fortepian i wiele stołów. Wszystko jednak stało pod ścianami tak, że środek sali był wolny, ozdobiony tylko długim, wschodnim dywanem.
– Oczywiście, na czas balów zdejmujemy dywan – wyjaśnił dumnie Travis. – Pewnie sama chciałabyś wydać przyjęcie. Moglibyśmy zaprosić kilkuset znajomych na całą noc. Ty i kucharka Malwina zaplanowałybyście, co podać na kolację. Spodobałoby ci się to, prawda?
Tego było już zbyt wiele. Ze łzami w oczach i ściśniętym ze zdenerwowania żołądkiem, Regan wybiegła z sali balowej. Nie wiedziała nawet, jak wydostać się z tego domu. Biegła długim korytarzem, w końcu natrafiła na drzwi i wpadła do ładnego, małego saloniku, urządzonego w białoniebieskiej tonacji. Nie pamiętała nawet nazw pokoi, a co dopiero ich rozmieszczenia.