Rzuciła się na podłogę, wsparła ukrytą w ramionach głowę na siedzeniu białoniebieskiej kanapy i wybuchnęła płaczem. Jak on mógł jej to zrobić? Dlaczego jej nie uprzedził?
Po krótkiej chwili mąż znalazł się u jej boku i wziąwszy ją w ramiona, usiadł na kanapie.
– Dlaczego płaczesz? – zapytał głosem tak pełnym żalu i goryczy, że zaniosła się jeszcze gwałtowniejszym szlochaniem
– Jesteś bogaty! – wyrzuciła wreszcie przez zaciśnięte od płaczu gardło.
– I płaczesz, dlatego, że jestem bogaty? – Travis nie potrafił opanować zdumienia.
Była pewna, że mąż nigdy nie zrozumie jej uczuć. Był taki pewny siebie i swoich możliwości, nigdy nie wątpił, że uda mu się osiągnąć to, co sobie zaplanował. Nie wiedział, co to znaczy być człowiekiem bezużytecznym, do niczego się nie nadawać. Teraz oczekiwał od niej, że poprowadzi dom, przejmie nadzór nad całą posiadłością, a na domiar wszystkiego wyda przyjęcie dla setek jego znajomych.
– Nie będę mógł ci pomóc, jeśli nie powiesz mi, co się stało – powiedział wręczając jej chustkę. – Chyba nie dlatego jesteś zła, że nie okazałem się ubogim farmerem.
– Czy… – szlochała. – Czy ja potrafię- Nigdy nawet nie widziałam krosna!
Travis dopiero po chwili zrozumiał, o co jej chodzi.
– Przecież nie będziesz musiała sama tkać. Po prostu masz rozdzielać pracę innym. Kobiety przyjdą do ciebie ze swoimi problemami, a ty je rozwiążesz. To bardzo proste – zapewnił.
Nigdy nie zdoła mu tego wytłumaczyć. Wyrwała się z jego objęć i zeskoczyła na podłogę, wybiegła z saloniku, pomknęła korytarzem do sali balowej, wypadła drugimi drzwiami w następny korytarz, dobiegła do sypialni i tam padła na łóżko, furkocząc muślinową suknią i licznymi halkami.
Nawet jej własne łkanie nie zagłuszyło ciężkich kroków Travisa. Przystanął w drzwiach, obserwował ją przez moment i w końcu uznał, że najlepiej zostawić ją samą. Kiedy jego kroki umilkły w od dali, zaniosła się jeszcze silniejszym płaczem.
13
Chociaż Regan od początku wiedziała, że nadzorowanie plantacji to bardzo trudne zadanie, jednak rzeczywistość przerosła jej najczarniejsze przewidywania. Travis wstawał z łóżka przed wschodem słońca, a już po chwili sypialnia zapełniała się kobietami, które zadawały jej mnóstwo pytań. Regan zwykle nie miała pojęcia, co im odpowiedzieć i widziała, że unikają jej wzroku. Pewnego razu podsłuchała, jak pokojówka wyrażała zdziwienie, że Travis ożenił się z taką niezaradną kobietą.
Wszędzie też słyszała imię Margo.
Tkaczka pokazała jej wzory podarowane przez Margo. Ogrodnik sadził cebulki przysłane przez pannę Margo. W niebieskim pokoju znalazła suknie, które, jak jej powiedziano, zostawiła tu Margo, ponieważ bardzo często przebywa w tym domu.
Wieczorami przy kolacji wypytywała Travisa o tę kobietę, ale mąż tylko wzruszał niedbale ramionami i wyjaśniał, że to po prostu sąsiadka. Po długiej nieobecności na plantacji miał bardzo wiele pracy. Nawet w czasie posiłków wertował z dwoma urzędnikami jakieś dokumenty i obliczał sprzedawane i sprowadzane towary. Regan nie miała sumienia dodatkowo go obciążać swoimi problemami.
Wreszcie pewnego dnia jej świat zatrząsł się w posadach. Travis wrócił do domu na szybki obiad. Z pełnymi ustami opowiadał o statku, który właśnie wrócił z Anglii, kiedy na ceglanym podjeździe rozległ się stukot kopyt i odwrócił jego uwagę od rozmowy. Świst pejcza, po którym rozległo się bolesne rżenie konia, spowodował, że Travis jednym skokiem dopadł okna.
– Margo! – zagrzmiał. – Jeśli jeszcze raz uderzysz konia, tym samym pejczem dam ci taką nauczkę, że popamiętasz!
Niski, kokieteryjny śmiech niemal wypełniał całą jadalnię.
– Lepsi niż ty już próbowali i nic im z tego nie wyszło, kochany – odparł zmysłowy kobiecy głos. Znów rozległ się trzask bicza i końskie rżenie.
Cały dom drżał w posadach, kiedy Travis zbiegał na dół.
Regan z rozszerzonymi ze zdziwienia oczami odłożyła serwetę i podeszła do okna. Zobaczyła oszałamiająco piękną rudowłosą kobietę, ubraną w szmaragdowozielony strój do konnej jazdy, który podkreślał jej wspaniałą figurę. Na widok bujnej, falującej piersi amazonki, jej wąskiej talii i krągłych bioder Regan spojrzała na własną szczupłą, niezbyt zaokrągloną sylwetkę.
Po sekundzie jednak jej uwagę znowu przykuła rudowłosa piękność na czarnym ogierze, który niespokojnie tańczył na dziedzińcu. Kobieta bez trudności opanowała rozdrażnioną bestię, nie spuszczając oka z frontowych drzwi. Kiedy w progu zjawił się Travis, roześmiała się gardłowo i znowu uniosła pejcz.
Travis skoczył naprzód i rzucił się na uniesiony bicz. Schwycił go, ale kobieta wbiła pięty w boki rumaka tak, że zwierzę stanęło dęba. Travis, trzymając się siodła, nie rozluźnił uchwytu. Amazonka nie straciła równowagi ani pewności siebie, cho-ciaż końskie kopyta niebezpiecznie zawisły w powietrzu. Kiedy wierzchowiec stanął na ziemi, znów chciała uderzeniem pięty pobudzić go do skoku.
Tym razem Travis okazał się szybszy. Jedną ręką chwycił ją za ramię a drugą przytrzymał wodze, Przez chwilę trwali nieruchomo. Śmiech Margo unosił się w powietrzu, tajemniczy i niezwykły. Była rosłą, silnie zbudowaną kobietą i miała do pomocy rumaka, więc łatwo nie poddała się Travisowi.
Kiedy wreszcie ściągnął ją z siodła, zsunęła się wolno na ziemię, ocierając się biustem o twarz i pierś swojego poskromiciela. Stanąwszy z nim oko w oko, rozchyliła wargi i przywarła do ust Travisa tak mocno, że nawet Regan, obserwująca wszystko z wysoka, miała wrażenie, że rudowłosa za chwilę połknie jej męża.
Dziewczyna nie spodziewała się nawet, że potrafi tak szybko zbiec po schodach. Kiedy dotarła do frontowych schodów, pocałunek dobiegał właś-nie końca.
– Wciąż jeszcze chcesz mnie czegoś nauczyć tym pejczem? – zamruczała mu do ucha, ale wystarczająco głośno, żeby Regan ją usłyszała. – A może użyłbyś trochę mniejszego przedmiotu, chociaż o ile dobrze pamiętam, nie jest wiele mniejszy – dodała znacząco, ocierając się biodrami o Travisa.
Chwycił ją za ramiona i stanowczo odsunął.
– Zanim powiesz coś jeszcze głupszego, pozwól, że ci kogoś przedstawię. – Widocznie już wcześniej zauważył przybycie Regan, bo bez wahania wskazał za siebie. – To jest moja żona.
Na klasycznie pięknej twarzy Margo odmalowało się wiele sprzecznych uczuć. Sąsiadka zmarszczyła ostro zarysowane brwi i z błyskiem w oku popatrzyła na rywalkę. Patrycjuszowskie nozdrza rozdęły się nerwowo a zmysłowe usta wykrzywił grymas. Chciała coś powiedzieć, ale nie znalazła słów. Spojrzała na Travisa i wymierzyła mu policzek, który odbił się echem od wysokich ścian domu. Błyskawicznie wskoczyła na konia, szarpnęła gwałtownie wodze i wściekle okładając boki zwierzęcia popędziła przed siebie. Travis obserwował ją przez chwilę. – Nie ma prawa tak traktować konia – wymamrotał w końcu. Poruszył obolałą od uderzenia szczęką i zwrócił się do żony. – To była Margo Jenkins, nasza najbliższa sąsiadka – podsumował całe zdarzenie jednym obojętnym zdaniem.
Regan stała jak wmurowana w ziemię. Kiedy mąż nachylił się, żeby ją pocałować, zobaczyła na jego policzku wyraźny odcisk palców Margo.
– Wrócę dopiero wieczorem. Może drzemka dobrze ci zrobi. Wyglądasz trochę blado. Przecież chcemy, żeby dzidziuś był zdrowy, prawda? – Na tym skończył, kiwnął głową na urzędnika, który stał za plecami Regan, i razem poszli do zachodniego skrzydła, gdzie mieściły się biura.