Выбрать главу

Travis ma nadzieję, że nasze dzieci pomogą mu w pracy. Nastąpi to dopiero za jakiś czas, ale już zrobiliśmy dobry początek.

Margo milczała i kiedy Regan podniosła wzrok, zobaczyła, że w jej oczach płoną dziwne iskry.

A więc to, dlatego się z tobą ożenił! – powiedziała w końcu zduszonym głosem. Regan drgnęła jak uderzona w twarz.

Znowu muszę cię prosić o wybaczenie! – zawołała Margo, kładąc rękę na dłoni towarzyszki. Wciąż wyrywa mi się coś niestosownego. Chyba, dlatego, że cały czas zastanawiałam się, dlaczego to zrobił. Przecież właściwie byliśmy zaręczeni. Travis to człowiek honoru i rzecz jasna czuł się zobowiązany poślubić kobietę, która nosi w sobie jego dziecko. Wiesz – roześmiała się – powinnam wcześniej na to wpaść. Może gdybym się zgodziła… rozumiesz… i zaszła z nim w ciążę, ożeniłby się ze mną. Och! – sama sobie przerwała. – Znowu robię to samo! Opowiadam dzisiaj same głupstwa. – Poklepała Regan po dłoni. -Jestem pewna, że Travis zakochał się w tobie i dlatego cię wybrał. To nie jest średniowiecze. Mężczyźni żenią się z wyboru, a nie dlatego, że wpędzą dziewczynę w ciążę. Inna sprawa, że Travis zawsze chciał mieć dzieci, chociaż nigdy nie marzył o żonie. Twierdził, że nie potrafiłby znieść w domu apodyktycznej kobiety. Oczywiście, takie słodkie dziecko jak ty nigdy nie będzie apodyktyczne. Naprawdę muszę już iść. Mam nadzieję, że zostaniemy serdecznymi przyjaciółkami. Mogę ci wiele powiedzieć o upodobaniach Travisa. Przecież od dawna się z nim przyjaźnię. – Nachyliła się do policzka Regan i przelotnie cmoknęła powietrze. – Wychodząc powiem Charlesowi, żeby zabrał tacę – uśmiechnęła się. – Nie zawracaj tym sobie ślicznej główki. Dużo odpoczywaj i uważaj na dziecko, którego Travis tak bardzo pragnie.

Z tymi słowami opuściła salon, a Regan opadła niżej na kanapę. Miała wrażenie, że nad jej głową właśnie przetoczyła się burza. Upłynęło sporo czasu zanim była w stanie zastanowić się nad słowami Margo. Żona z wyboru? Travis jej nie wybrał. To ona na niego wpadła. Chętnie by ją wypuścił, gdyby tylko zdradziła mu nazwisko wuja. Honor! Honor nie pozwolił mu porzucić jej na ulicach Liverpoolu, a potem zmusił do małżeństwa. Czyż sam nie powiedział w dniu ślubu, że z zasady żeni się z matkami swoich dzieci?

Czy zmusiła go do małżeństwa? Jasne, że ich związek nie ma nic wspólnego z miłością. W jaki sposób taki człowiek jak Travis mógłby się zakochać w dziecku, które nie potrafi nalać filiżanki herbaty, żeby się dotkliwie nie poparzyć?

Dni mijały, a ona coraz gorzej radziła sobie prowadzeniem gospodarstwa. Zdawało się jej, że służba na złość jej zmienia się niemal codziennie tak, że nie była w stanie zapamiętać żadnej twarzy.

Kiedy zwracała się do kogoś, spotykała się tylko bezczelnością i lekceważeniem. W końcu doszło do tego, że prawie nie wychodziła z sypialni.

Travis wracał do domu, porywał ją w ramiona, podrzucał do góry i łaskotał, dopóki smutek nie mknął z jej twarzy. Ciągle się dopytywał, co ją dręczy. Zaprosił ją na objazd plantacji, więc pojechała z nim, zawstydzona, że tak bardzo potrzebuje jego ochrony. Nigdy by przed nim nie przyznała, jak obco czuje się w Ameryce.

Travis nie narzekał na niezaradność żony i nikt ze służby nie ośmieliłby się traktować go lekceważąco, widział jednak, że nie wszystkie prace na farmie są odpowiednio nadzorowane. Pewnego dnia Regan słyszała, jak krzyczał na mleczarzy i zarzucał im, że niedbale wykonują swoje zadania.

Margo odwiedziła ich dwa razy. Najpierw rozmawiała łagodnie z Regan, a potem rozprawiała się ze służbą, łając ją za zaniedbywanie wspaniałego domostwa. Po każdej wizycie Regan czuła się wyczerpana i jeszcze bardziej bezużyteczna.

Nie mówiła Travisowi o swoich kłopotach z podległymi jej ludźmi ani o morzu łez, które codziennie wylewała.

Pewnego dnia, kiedy siedziała w bibliotece i starała się skupić nad jakąś książką, wszedł Travis.

Tutaj jesteś – uśmiechnął się.- Już myślałem, że wyparowałaś.

– Czy coś się stało?

Na ubranie narzucił nieprzemakalną pelerynę, jakiej używali marynarze na statku.

– Nadchodzi burza. Piorun zniszczył jedno z ogrodzeń i około stu koni uciekło.

– Będziesz je łapał?

– Tak, jak tylko sprowadzę tu Margo.

– Margo? – Regan zamknęła książkę. – A co ona ma wspólnego z końmi?

Travis roześmiał się, widząc jej minę.

– Niektóre z nich są jej własnością, a poza tym jeździ konno lepiej niż niejeden mężczyzna w naszym okręgu. Po prostu, moja zazdrosna żoneczko, będzie mi bardzo przydatna.

Wstała i spojrzała mu w oczy.

– A jak ja ci mogę pomóc?

Roześmiał się pobłażliwie i pocałował ją w nos.

– Nie zawracaj tym sobie pięknej główki, to po pierwsze. Dbaj o moje dziecko, to po drugie, i wreszcie po trzecie, chociaż wcale nie najmniej ważne, wygrzej mi łóżko. – Z tymi słowami wyszedł z biblioteki.

Przez chwilę Regan stała nieruchomo. Z początku chciała się rozpłakać, ale miała już dosyć przelewania łez! Nie będzie tu samotnie siedziała i troszczyła się tylko o dziecko Travisa. Przecież życie to coś więcej niż kilka intymnych chwil z mężczyzną, który dba tylko o to, co ona nosi w brzuchu.

Kiedy miał jakiś poważny kłopot, zawsze zwracał się o pomoc do jednej osoby – do Margo, do dumnej, wyniosłej sąsiadki, której nic pod słońcem nie mogło odebrać pewności siebie.

Niewiele myśląc poszła do sypialni, wyjęła torbę podróżną i zaczęła wrzucać do niej ubrania. Wiedziała, że musi coś zrobić, cokolwiek, i to dodawało jej skrzydeł. W szkatułce na komodzie leżała bransoletka wysadzana szafirami i para brylantowych kolczyków. Klejnoty te należały kiedyś do matki Travisa. Mąż je podarował jej po ślubie. Bez chwili wahania wsunęła kosztowności do torby.

Założyła ciepły płaszcz i upewniwszy się, że za drzwiami nikogo nie ma, wyszła na korytarz. U szczytu schodów zatrzymała się i spojrzała na dom, który kiedyś do niej należał. Nie! Nigdy nie był jej własnością. Ta myśl umocniła ją w postanowieniu ucieczki. Przedtem jeszcze wbiegła do biblioteki i pośpiesznie nakreśliła liścik do Travisa, w którym zawiadomiła go, że odchodzi, aby on mógł połączyć się z kobietą, którą naprawdę kocha. Następnie otworzyła szufladę i wsypała do kieszeni zawartość blaszanej puszki na pieniądze.

Łatwo było wymknąć się z domu tak, by nikt jej nie zauważył. Cały personel zajął się ryglowaniem okien i drzwi w oczekiwaniu na wichurę. Burza wisiała w powietrzu jak ciężka, mokra zasłona. Dom stał frontem do rzeki a za nim biegła wydeptana ścieżka, którą Travis nazywał drogą. Większość mieszkańców Wirginii podróżowała wodą, więc Regan była pewna, że jeśli ucieknie pieszo, nikt nie wpadnie na jej trop.

Szła przez godzinę w ciężkim, burzowym powietrzu. W końcu spadł deszcz. Ścieżka zamieniła się w błotniste bajoro, w którym trudno było się poruszać, ale łatwo zgubić buty.

– Podwieźć cię gdzieś, młoda damo? – zawołał jakiś głos.

Odwróciła się i zobaczyła za sobą wóz, na którym siedział stary człowiek.

– Zmoczy nas deszcz, ale to i tak lepsze niż piesza wędrówka.

Z wdzięcznością wyciągnęła rękę, staruszek wciągnął ją na wóz i posadził obok.

Z potarganymi włosami, ociekając wodą jak zmokła kura, Margo wpadła do domu. Przeklęty Travis! – zaklęła w duchu. Posyła po nią jak po pierwszego lepszego parobka, żeby mu pomogła przy koniach, a tymczasem jego ukochana, głupiutka żoneczka siedzi sobie w cieple. Nie było dnia, żeby nie prześladowało jej wspomnienie tego strasznego poranka, kiedy rozmawiała z nim sam na sam.

W przeddzień wyjechała powitać go po powrocie z Anglii i oczekiwała, że jak zwykle weźmie ją do łóżka, ale on, zamiast to uczynić, przedstawił jej swoją żonę, to nijakie dziecko bez charakteru. Następnego dnia rano stanęła z nim twarzą w twarz i bez ogródek zapytała, co on sobie, do diabła, wyobraża. Travis niewiele mówił, do czasu gdy zaczęła mu wyliczać wady Regan, o których w pełnej rozciągłości opowiedziała jej kuzynka Mai wina.