Travis też kiedyś chciał się nią zaopiekować, ale nie trwało to zbyt długo
– Nie jestem pewna czy masz rację, ale czy możemy mieć z tego jakiś pożytek?
– Tak. Zajmiesz się sprzedażą. Ja będę piekła, a ty sprzedasz moje wypieki. Rób słodkie minki, ale targuj się do samego końca. Nie pozwól, żeby ktoś zapłacił ci mniej, niż zażądamy.
Następnego dnia dyliżans przywiózł sześciu ludzi, którzy dołączyli do innych wędrowców, koczujących na skraju osady w oczekiwaniu dalszej podróży na zachód. Wiedziona impulsem Regan podniosła cenę wypieków. Nikt się nie targował, wszystko zostało wykupione.
Tego wieczoru wydała wszystkie pieniądze, jakie udało im się dotychczas zarobić. Trzech osadników udających się dalej, zbytnio obciążyło swoje wozy. Mieli właśnie wyrzucać zbędne latarnie, liny i trochę ubrań do rzeki. Byli wściekli i nie chcieli, żeby ktoś miał pożytek z ich własności. Regan zaproponowała, że wszystko od nich odkupi. Popędziła do domu, chwyciła schowane w puszce oszczędności i zapłaciła osadnikom.
Kiedy wróciła z zakupem, Brandy wpadła w gniew. Nie miały pieniędzy, zapasy w spiżarni były na ukończeniu, ale za to w pokoju piętrzyły się rzeczy, których nikt nie chciał.
Przez trzy dni żywiły się jabłkami, podkradanymi z oddalonego o cztery mile sadu, i Regan zżerało poczucie winy.
Czwartego dnia do Scarlet Springs przybyli nowi osadnicy i dziewczyna sprzedała im wszystkie towary za cenę trzykrotnie większą niż ta, którą sama zapłaciła. Płacząc z ulgi, że w końcu odniosły sukces, przyjaciółki ściskały się serdecznie i radośnie tańczyły po kuchni.
Od tego wszystko się zaczęło. Pierwszy udany interes dodał im wiary w siebie i własne możliwości. Optymistycznie spojrzały w przyszłość.
Dobiły targu z właścicielem sadu i zakupiły od niego wszystkie spadłe jabłka w zamian za niewielką sumę pieniędzy oraz jeden bochenek chleba. Nocami obierały jabłka i kroiły je na plasterki, żeby następnego dnia móc rozłożyć je na słońcu do wysuszenia. Kiedy owoce były już suche, sprzedawały je osadnikom udającym się na zachód.
Każdy zarobiony na udanej transakcji grosz przeznaczały na rozwój własnego interesu. Wstawały przed świtem, kładły się spać późno w nocy. Mimo to, czasami Regan wydawało się, że nigdy w życiu nie była szczęśliwsza. Pierwszy raz okazało się, że coś umie robić i jest komuś potrzebna.
Jesienią zaczęły przyjmować gości na nocleg i wydawać posiłki. Ludzie przyjeżdżali do Scarlet Springs zbyt późno, żeby przed chłodem ruszyć w dalszą drogę na zachód. Jeden z podróżnych wyjaśnił im, że rodzinne miasto wydało pożegnalne przyjęcie na jego cześć, więc nie wypadało mu teraz wracać z wyjaśnieniem, że dotarł na miejsce za późno, i wozy ruszyły już w drogę.
Regan i Brandy spojrzały na siebie, uśmiechnęły się z zadowoleniem i oświadczyły pechowcowi, że mogą się nim zająć. Do dnia Święta Dziękczynienia w ich domu mieszkało już sześciu pensjonariuszy, stłoczonych niemiłosiernie w małych po kolkach.
– W następnym roku zakiszę ogórki i kapustę – zadecydowała Brandy, patrząc z obrzydzeniem na posiłek składający się głównie z dziczyzny. Kiedy zerknęła na Regan, słowa zamarły jej w gardle.
Przyjaciółka stała chwiejąc się na nogach i obejmowała rękami pokaźny brzuch.
– Bardzo cię przepraszam – oznajmiła cichutko.
– Chyba pójdę na górę i urodzę dziecko.
Rozzłoszczona Brandy chwyciła ją pod ramię i zaprowadziła do sypialni, która była teraz ich wspólnym pokojem.
– Jestem pewna, że już od rana masz bóle. Kiedy wreszcie zrozumiesz, że nie jesteś dla nikogo ciężarem, i zaczniesz prosić innych o pomoc?
Regan usiadła niezdarnie na łóżku i wsparła się na poduszkach, które Brandy wsunęła jej pod plecy.
– Może później udzielisz mi reprymendy – poprosiła, krzywiąc się z bólu.
Mimo szczupłej budowy młodej mamy, poród był łatwy. Wody odeszły, ochlapując Brandy od stóp do głów i obie kobiety wybuchnęły śmiechem. Zaraz potem zdrowa, duża dziewczynka z energią wydobyła się na świat. Zmarszczyła twarzyczkę, zacisnęła piąstki i zaczęła płakać.
– Wypisz, wymaluj, cały Travis – szepnęła Regan i wyciągnęła ramiona po córeczkę. – Nazwę ją Jennifer. Podoba ci się to imię?
– Owszem – odparła Brandy, zajęta sprzątaniem pokoju i myciem Regan. Była zbyt zmęczona, żeby zastanawiać się nad imieniem dziecka. Zerknęła na przyjaciółkę, tulącą w objęciach noworodka i poczuła się tak, jakby to ona przeszła najgorsze katusze.
W ciągu miesiąca obie kobiety przywykły do nowych obowiązków i doskonale godziły prowadzenie pensjonatu z opieką nad dzieckiem. Wraz z wiosną w Scarlet Springs pojawiła się setka nowych osadników. Jeden z mężczyzn, którego żona zmarła po drodze, postanowił pozostać w małej osadzie wraz z dwójką małych dzieci i rozpoczął budowę dużego, wygodnego domu.
– Ta mieścina się rozrośnie – zamruczała Regan, kołysząc dziecko na ręku. Spojrzała na stary, zaniedbany dom i oczyma duszy zobaczyła, jak wyglądałby po odmalowaniu. Wyobraźnia podsunęła jej obraz nowej przybudówki od frontu i rozległej werandy.
– Masz dziwną mine – odezwała się stojąca za jej plecami wspólniczka. – Można wiedzieć, o czym myślisz?
Jeszcze nie teraz pomyślała Regan. Zbyt wiele w życiu marzyła i żadne z jej marzeń się nie spełniło. Od dzisiaj będzie się koncentrować na jednym celu i zrobi wszystko, żeby go osiągnąć.
W końcu, kilka tygodni później, ostrożnie rozpoczęła rozmowę /. Brandy. Opowiedziała jej o swoim zamyśle, żeby przebudować i powiększyć dom tak, aby zrobić z niego hotel z prawdziwego zdarzenia. Brandy była tym nieco przerażona.
– To… to brzmi interesująco – odparła z wahaniem. – Ale czy sądzisz, ze my, dwie samotne kobiety, damy sobie z tym radę? Cóż my wiemy o prowadzeniu hotelu?
– Nic – stwierdziła poważnie Regan. -I bardzo proszę, nie wytykaj mi, czego nie potrafię robić, bo nigdy w życiu nie odważę się na żadne przedsięwzięcie.
Brandy roześmiała się. Nie wiedziała, co ma na takie żądanie odpowiedzieć.
– Jestem z tobą – rzekła wreszcie. – Ty wyznacz kierunek, ja podążę za tobą.
Regan nie chciała zastanawiać się nad tym zdaniem, bo ono również nie dodawało jej otuchy. Prawdę mówiąc, wynajdowała sobie dodatkowe zajęcia, żeby tylko nie mieć czasu na rozmyślania. Dwa dni później znalazła mamkę dla Jennifer, wyjęła ze skrytki bransoletę wraz z kolczykami i wsiadła do dyliżansu podążającego na północ. Odwiedziła trzy miasta, zanim znalazła kupca, który zaoferował jej przyzwoitą cenę za kosztowności.
Na każdym postoju odwiedzała miejscowe zajazdy. Stwierdziła, że nie są one wyłącznie przeznaczone do wypoczynku dla podróżnych, ale również stanowią miejsce spotkań towarzyskich i politycznych. Kreśliła szkice i zadawała pytania. Jej szczerość i młodość zjednywała serca oraz zachęcała do długich rozmów i szczerych odpowiedzi.
Wyczerpana i szczęśliwa wracała do domu, nie mogąc się doczekać spotkania z córką i wspólniczką. Wiozła ze sobą grubą skórzaną teczkę, wypełnioną notatkami, rysunkami i nowymi przepisami dla Brandy. Pod podszewką ubrania miała zaszyte wyciągi bankowe na pieniądze, które uzyskała ze sprzedaży biżuterii. Od tej pory nie było już wątpliwości, kto kieruje wspólnymi interesami obu kobiet.
15
Chłodnego marcowego ranka 1802 roku, Farrell Batsford wysiadł z dyliżansu w ruchliwym miasteczku Scarlet Springs, w Pensylwanii. Otrzepał kurz z ubrania, wygładził poły welwetowego surduta i rozprostował falbanki przy mankietach.