Dlatego patrzył teraz na kowala nie jak na potężną obcą istotę, ale jak na samego siebie w przyszłości. Widział, jak ukształtowały się mięśnie na grzbiecie i ramionach kowala. Sam był silny. Rąbał drwa, stawiał płoty, dźwigał i przenosił na farmach sąsiadów, żeby zarobić kilka miedziaków. Jednak przy takiej pracy całe ciało włączało się w każdy ruch. Człowiek wznosił siekierę, a potem opuszczał ją tak, jakby było częścią styliska. Nogi, biodra i grzbiet wspomagały uderzenie. Ale kowal trzymał w kleszczach rozżarzone żelazo, trzymał równo i nieruchomo na kowadle, a kiedy prawa ręka uderzała młotem, reszta ciała nie mogła nawet drgnąć, lewe ramię pozostawało niewzruszone jak skała. Taka praca inaczej formowała mięśnie, ramiona stawały się silniejsze, mięśnie zaczepione na barkach i mostku sterczały tak, jak nigdy u parobka na farmie.
Alvin zbadał siebie. Sprawdził, jak rosną mięśnie, i od razu pojął, jakich potrzeba im zmian. To był element jego daru: w żywym ciele znajdował drogę prawie tak łatwo, jak widział ją w wewnętrznych strukturach żywej skały. I już teraz skupił się, ucząc ciało, jak się przemienić i przystosować do nowej pracy.
— Chłopcze — zawołał kowal.
— Tak, psze pana — odpowiedział Alvin.
— Masz do mnie jakiś interes? Nie znam cię, prawda?
Alvin podszedł i wyciągnął list od taty.
— Przeczytaj mi, chłopcze. Oczy mam już nie najlepsze.
Alvin rozłożył papier.
Od Alvina Millera z Vigor Kościola. Do Makepeace'a, kowala w Hatrack River. Oto mój chłopak, Alvin, co o nim mówiliście, że może u was terminować, póki nie skończy siedemnastego. Będzie pracował ciężko i robił, co mu każecie, a wy nauczycie go być dobrym kowalem, jak w tej umowie, co ją podpisałem. To dobry chłopak.
Kowal sięgnął po list i przyjrzał mu się z bliska. Poruszał wargami, odczytując niektóre zdania. Potem z rozmachem położył papier na kowadle.
— No, ładnie — mruknął. — Nie wiesz, chłopcze, że spóźniłeś się o rok? Miałeś się zjawić zeszłej wiosny. Odrzuciłem trzy propozycje terminowania, bo miałem słowo twojego taty, że przyjedziesz. I tak przez cały rok zostałem bez pomocy, bo on tego słowa nie dotrzymał. A teraz mam cię przyjąć na jeden rok krócej niż w kontrakcie, i to nawet bez „jeśli się zgodzicie” albo „za przeproszeniem”.
— Przykro mi, psze pana — powiedział Alvin. — Ale w zeszłym roku mieliśmy wojnę. Jechałem tutaj, kiedy porwali mnie Choc-Ta-wowie.
— Porwali cię… Daj spokój, mały, nie opowiadaj mi takich głupot. Gdyby Choc-Tawowie cię złapali, nie miałbyś teraz takich eleganckich włosów na głowie. I na pewno brakowałoby ci paru palców.
— Ta-Kumsaw mnie uratował — wyjaśnił Alvin.
— I pewnie spotkałeś samego Proroka i chodziłeś z nim po wodzie?
Alvin to właśnie robił. Ale z tonu głosu kowala zorientował się, że lepiej o tym nie wspominać. Dlatego milczał.
— Gdzie twój koń?
— Nie mam konia.
— Twój ojciec wpisał datę na tym liście. Dwa dni temu! Musiałeś przyjechać konno.
— Biegłem.
Ledwie Alvin to powiedział, zrozumiał, że popełnił błąd.
— Biegłeś? — powtórzył kowal. — Boso? Z Wobbish tutaj musi być prawie czterysta mil! Stopy miałbyś porozrywane na strzępy, aż po kolana. Nie gadaj takich rzeczy, chłopcze! Nie chcę kłamców w moim domu!
Alvin stanął przed wyborem. Mógł wytłumaczyć, że potrafi biegać jak Czerwony. Makepeace Smith by nie uwierzył, więc Alvin musiałby mu pokazać, do czego jest zdolny. To nietrudne. Pogłaskać żelazny pręt i zgiąć go. Złożyć razem dwa kamienie, żeby połączyły się w jeden. Jednak Alvin postanowił nie ujawniać tutaj swego daru. Jak mógłby być dobrym uczniem, gdyby ludzie wciąż przychodzili prosić, żeby wyciosał im kominki, naprawił złamane koło albo robił to wszystko, do czego miał talent? Poza tym nigdy jeszcze się nie przechwalał, co potrafi. W domu wykorzystywał swój dar tylko wtedy, kiedy powinien.
Dlatego wolał nie mówić, do czego jest zdolny. Uczyć się jak zwyczajny chłopak, obrabiać żelazo sposobem kowala, pozwolić mięśniom rozwijać się powoli na ramionach, barkach i grzbiecie.
— Żartowałem — oświadczył. — Jakiś człowiek zabrał mnie na luzaka.
— Nie podobają mi się takie żarty — stwierdził kowal. — I nie podoba mi się, że tak łatwo przychodzi ci kłamstwo.
Co Alvin mógł na to odpowiedzieć? Nie mógł nawet protestować, że wcale nie kłamał — bo przecież skłamał mówiąc, że ktoś go tu podwiózł. Czyli był takim właśnie kłamcą, za jakiego wziął go kowal. Pomylił się tylko co do tego, które zdanie było kłamstwem.
— Przepraszam — powiedział.
— Nie wezmę cię, chłopcze. I tak nie muszę cię przyjmować po roku spóźnienia. A w dodatku przychodzisz i od razu kłamiesz. Nic z tego.
— Przepraszam pana — powtórzył Alvin. — To się więcej nie zdarzy. W domu nie uważają mnie za kłamczucha i przekona się pan, że i tutaj poznają moją uczciwość. Proszę mi tylko dać szansę. Jeśli złapiecie mnie na oszustwie albo zobaczycie, że nie przykładam się do pracy jak należy, bez żadnego gadania możecie mnie wyrzucić.
— Nie wyglądasz na jedenaście lat, mały.
— Ale mam tyle, psze pana. Wiecie o tym. Wy sami, własnoręcznie wyciągaliście z rzeki ciało mojego brata Vigora tamtej nocy, kiedy przyszedłem na świat. Przynajmniej tato tak mówi.
Oczy kowala zaszły mgłą, jakby próbował coś sobie przypomnieć.
— Tak, prawdę powiedział. To ja go wyciągnąłem. Nawet po śmierci ściskał korzenie tego drzewa. Myślałem już, że będę go musiał wycinać. Podejdź tu, chłopcze.
Alvin zbliżył się. Kowal zbadał mu muskuły.
— Widzę, że nie jesteś leniwy. Lenie są słabi, a ty jesteś silny jak ciężko pracujący farmer. Co do tego nie możesz chyba kłamać. Ale i tak nie widziałeś jeszcze, co to jest prawdziwa praca.
— Jestem gotów się uczyć.
— W to nie wątpię. Wielu chłopców chętnie by się ode mnie uczyło. Inna praca trafi się albo i nie, ale kowal zawsze jest potrzebny. To się nie zmienia. Owszem, masz dość siły. Zobaczymy, czy także dość rozsądku. Popatrz na kowadło. To tutaj na końcu to dwuróg, rozumiesz? Powtórz.
— Dwuróg.
— A to gardziel. To stół… Nie jest pokryty stalą tyglową, żeby dłuto się nie stępiło, kiedy w nią uderzy. Tu mamy karb w stole, gdzie można pracować z gorącym żelazem. To otwór na przecinak, gdzie wkładamy koniec wydłużaka, gładzika i foremnika. A to otwór punktaka, bo kiedy wybijam dziury w żelaznej taśmie, właśnie tutaj trafia punktak. Zapamiętałeś to wszystko?
— Chyba tak, psze pana.
— W takim razie pokaż mi części kowadła.
Alvin wymienił je jak najlepiej potrafił. Nie pamiętał ich funkcji, ale poszło mu chyba nieźle, bo kowal z uśmiechem pokiwał głową.
— Chyba nie jesteś przygłupkiem. Uczysz się szybko. To dobrze, że jesteś duży jak na swój wiek. Nie muszę przez pierwsze cztery lata trzymać cię przy miotle i miechach, jak mniejszych chłopców. Ale twój wiek… to kłopot. Normalnie uczniowie terminują u mnie siedem lat, ale twój tata pisze w umowie, że póki nie skończysz siedemnastu.
— Mam już prawie dwanaście, psze pana.
— Dlatego słuchaj uważnie. W razie potrzeby chcę cię tu zatrzymać na pełne siedem lat. Nie życzyłbym sobie, żebyś wyprysnął gdzieś, kiedy tylko dość się nauczysz, żeby się na coś przydać.