Na jej gorseciku, rękawach oraz rąbku wyhaftowano złotą nicią liście i pnącza. To był skromny ubiór, odpowiedni dla kogoś takiego jak Alayne, niewiele kosztowniejszy niż coś, co mogłaby nosić służąca. Petyr podarował jej też wszystkie klejnoty lady Lysy i dziewczyna przymierzyła kilka z nich, ale wydawały się jej zbyt ostentacyjne. Na koniec zdecydowała się na prostą wstążkę barwy jesiennego złota. Gdy Gretchel przyniosła jej posrebrzane zwierciadło Lysy, okazało się, że ten kolor znakomicie pasuje do gęstych, ciemnobrązowych włosów Alayne. Lord Royce w życiu mnie nie pozna — pomyślała. — Sama z trudem się poznaję.
Czując się prawie tak samo śmiała jak Petyr Baelish, Alayne Stone uzbroiła się w swój uśmiech i zeszła na dół na spotkanie gości.
Orle Gniazdo było jedynym zamkiem w Siedmiu Królestwach, w którym główne wejście ulokowano niżej niż lochy. Strome, kamienne stopnie wykute w górskim zboczu mijały zamki Kamień i Śnieg, ale kończyły się na Niebie. Ostatnie sześćset stóp stanowiła pionowa skała. Wszyscy goście musieli zsiąść z mułów i dokonać wyboru. Mogli pokonać ten odcinek w kołyszącym się drewnianym koszu używanym do przewożenia zapasów albo wspiąć się po skalnym kominie, czepiając się wykutych tam uchwytów.
Lord Redfort i lady Waynwood, najstarsi z Lordów Deklarantów, wybrali jazdę w koszu, który następnie opuszczono na kołowrocie, żeby zabrać grubego lorda Belmore’a. Pozostali lordowie woleli wspinaczkę. Alayne spotkała ich w Półksiężycowej Komnacie, przy ciepłym kominku. Przywitała ich w imieniu lorda Roberta i podała im chleb, ser oraz grzane wino w srebrnych kielichach.
Petyr przyniósł jej wcześniej herbarz do przestudiowania, poznała ich więc po znakach, nawet jeśli nie po twarzach. Ten z czerwonym zanikiem to z pewnością był Redfort; niski mężczyzna o siwej, przystrzyżonej brodzie i łagodnym spojrzeniu. Lady Anya była jedyną kobietą wśród Lordów Deklarantów. Miała na sobie ciemnozielony płaszcz, na którym wyszyto gagatowymi paciorkami złamane koło Waynwoodów. Sześć srebrnych dzwonów na fioletowym tle to był Belmore. Miał gruszkowaty brzuch i zaokrąglone ramiona. Jego broda była rudawo-siwym okropieństwem wyrastającym z niezliczonych podbródków. Kontrastował z nim Symond Templeton, czarnowłosy i pełen ostrych krawędzi. Orli nos i lodowate, niebieskie oczy nadawały rycerzowi z Dziewięciu Gwiazd wygląd wytwornego drapieżnego ptaka. Na wamsie nosił dziewięć czarnych gwiazd na tle złotego krzyża ukośnego. Gronostajowy płaszcz młodego lorda Huntera zbił Alayne z tropu, lecz po chwili zauważyła spinającą go broszę w kształcie pięciu skrzyżowanych srebrnych strzał. Według jej oceny był bliższy pięćdziesiątki niż czterdziestki.
Jego ojciec władał Longbow Hall przez blisko sześćdziesiąt lat, a potem zmarł tak nagle, że niektórzy szeptali, iż nowy lord przyśpieszył chwilę objęcia dziedzictwa. Hunter miał policzki i nos czerwone jak jabłka, co świadczyło o pewnym upodobaniu do wina. Pamiętała, by napełniać mu kielich, gdy tylko go opróżnił.
Najmłodszy z członków towarzystwa miał wyszyte na piersiach trzy kruki. Każdy z nich ściskał w szponach krwawoczerwone serce. Brązowe włosy sięgały mu do ramion, a jeden kosmyk opadał na czoło. Ser Lyn Corbray — pomyślała Alayne, spoglądając z niepokojem na jego twardo zaciśnięte usta i niespokojne oczy.
Na koniec zjawili się Royce’owie, lord Nestor i Spiżowy Yohn. Lord Runestone był wysoki jak Ogar. Choć włosy miał siwe, a twarz pooraną bruzdami, lord Yohn nadal sprawiał wrażenie, że większość młodszych mężczyzn mógłby złamać wpół w swych wielkich, sękatych dłoniach. Jego poważna, pokryta zmarszczkami twarz przywołała wspomnienia Sansy z czasów, gdy widziała go w Winterfell. Pamiętała, jak siedział za stołem, rozmawiając cicho z jej matką.
Słyszała jego grzmiący głos odbijający się od murów, gdy wracał z polowania z koziołkiem sarny przytroczonym za siodłem. Widziała go na dziedzińcu, z ćwiczebnym mieczem w dłoni, gdy powalił na ziemię jej ojca, a potem pokonał również ser Rodrika. Pozna mnie. Jak mógłby mnie nie poznać? Zastanawiała się, czy nie rzucić się do jego stóp i nie błagać o opiekę. Nie walczył za Robba, czemu miałby walczyć za mnie? Wojna się skończyła, Winterfell upadło.
— Lordzie Royce — zagadnęła nieśmiało. — Wypijesz kielich wina, żeby się rozgrzać?
Spiżowy Yohn miał ciemnoszare oczy, ukryte pod najbardziej krzaczastymi brwiami, jakie w życiu widziała. Kiedy na nią spojrzał, w ich kącikach pojawiły się maleńkie zmarszczki.
— Czy cię znam, dziewczyno?
Alayne poczuła się, jakby połknęła język, ale uratował ją lord Nestor.
— Alayne jest naturalną córką lorda protektora — wyjaśnił kuzynowi.
— Paluszek Littlefingera nie pozostawał bezczynny — zauważył Lyn Corbray z łobuzerskim uśmiechem. Belmore ryknął śmiechem, a Alayne poczuła, że jej policzki się rumienią.
— Ile masz lat, dziecko? — zapytała lady Waynwood.
— Cz... czternaście, pani. — Na moment zapomniała, ile lat powinna mieć Alayne. — I nie jestem dzieckiem, ale dziewicą, która już zakwitła.
— Mam jednak nadzieję, że dziewicą to jesteś?
Bujne wąsy młodego lorda Huntera całkowicie zasłaniały usta.
— Jeszcze — stwierdził Lyn Corbray, jakby dziewczyny tu nie było. — Sądzę, że jej kwiatek wkrótce dojrzeje do zerwania.
— Czy tak wygląda uprzejmość w Heart’s Home? — Włosy Anyi Waynwood siwiały, wokół oczu miała zmarszczki, a pod podbródkiem kobiety zwisała luźna skóra, nie sposób jednak byłoby nie zauważyć otaczającej jej aury szlachetności. — Dziewczyna jest młoda, dobrze wychowana i wiele wycierpiała. Pilnuj swojego języka, ser.
— Mój język to tylko moja sprawa — odciął się Corbray. — Lepiej pilnuj swojego, pani. Nigdy nie lubiłem pouczania. Może o tym zaświadczyć całkiem sporo nieboszczyków.
Lady Waynwood odwróciła się od niego.
— Lepiej zaprowadź nas do ojca, Alayne. Im szybciej z tym skończymy, tym lepiej.
— Lord protektor czeka na was w samotni. Raczcie, proszę, pójść za mną.
Z Półksiężycowej Komnaty prowadziły strome marmurowe schody mijające stryszki i lochy, a także przechodzące pod trzema otworami machikuł. Lordowie Deklaranci udawali, że ich nie widzą. Belmore wkrótce zaczął sapać jak miech, a twarz Redforta zrobiła się szara niczym popiół. Stojący na szczycie schodów strażnicy unieśli przed nimi kratę.
— Tędy, jeśli łaska.
Alayne poprowadziła ich arkadą, w której wisiało kilkanaście wspaniałych arrasów.
Przed samotnią stał ser Lothor Brune, który otworzył gościom drzwi i wszedł za nimi do środka.
Petyr siedział za stołem, patrząc na biały jak śnieg dokument. Obok niego stał kielich wina. Lord Baelish zerknął na wchodzących do komnaty Lordów Deklarantów.
— Witajcie, panowie. I ty również, pani. Wiem, że droga na górę jest męcząca.
Siadajcie, proszę. Alayne, moja słodka, nalej wina naszym szlachetnym gościom.
— Proszę bardzo, ojcze.
Z zadowoleniem zauważyła, że świece zapalono. W samotni pachniało gałką muszkatołową oraz innymi drogimi przyprawami. Alayne poszła po dzban, a goście zasiedli obok siebie... wszyscy oprócz Nestora Royce’a, który po chwili wahania okrążył stół i zajął miejsce obok lorda Petyra, oraz Lyna Corbraya, który stanął obok kominka. Gdy grzał ręce przy ogniu, rubin w kształcie serca wprawiony w gałkę jego miecza lśnił czerwonym blaskiem. Alayne zauważyła, że uśmiechnął się do ser Lothora Brune’a. Ser Lyn jest bardzo przystojny, jak na starszego mężczyznę — pomyślała. — Ale nie podoba mi się jego uśmiech.