Lacey przygryzła wargę i wcisnęła się w fotel. Jak zawsze, kiedy wyładowywała swoją złość na Svensonie, czuła się zażenowana i niedojrzała. Nietrudno się było domyślić, że i on wolałby być teraz w domu z żoną i trzema dorastającymi córkami, zamiast wozić ją po hotelach, żeby mogła zadzwonić.
– Wpłaciłem na twoje konto pieniądze. Jutro możesz zapisać się do nowego klubu. – Svenson we właściwy sobie sposób okazywał jej zrozumienie.
– Dziękuję burknęła, uświadamiając sobie, że ma ochotę krzyknąć: – Przynajmniej raz nazwij mnie Lacey! Nazywam się Lacey Farrell!
Kiedy przyjechali przed dom, wysiadła i weszła do środka. Nadal nie wiedziała, co dalej robić. Przez kilka minut stała przed drzwiami windy, potem odwróciła się raptownie. Zamiast wjechać na górę, znów wyszła i wsiadła do swojego samochodu. Przez pewien czas jeździła bez celu, aż w końcu pojechała w kierunku Wayazata, osiedla, w którym odbyło się przyjęcie po przedstawieniu „Król i ja”. Zaczęła szukać niewielkiej restauracji, którą zapamiętała, i ucieszyła się, że chociaż tak łatwo się gubi, restaurację znalazła bez trudu. Mam nadzieję, że wreszcie zaczynam poznawać miasto – pomyślała. Przyda mi się to, skoro mam pracować w agencji handlu nieruchomościami.
Restauracja, którą wybrała, przypominała podobne na Czwartej Zachodniej Ulicy w Nowojorskim Greenwich Vii lagę. Lacey otworzyła drzwi i poczuła swojski zapach pieczywa czosnkowego. W sali było około dwudziestu stolików, nakrytych obrusami w biało-czerwoną kratę; na każdym stała świeczka.
Lacey rozejrzała się wkoło. W sali panował tłok.
– Zdaje się, że nie ma wolnych miejsc – powiedziała do kelnerki.
– Przeciwnie. Ktoś właśnie odwołał rezerwację.
Kelnerka zaprowadziła ją do stolika w rogu, niewidocznego od drzwi wejściowych.
Czekając na zamówione danie, Lacey skubała ciepły, kruchy, włoski chleb i popijała czerwone wino. Wokół niej ludzie jedli, rozmawiali i najwyraźniej dobrze się bawili. Tylko ona siedziała samotnie.
Co tu jest innego? – zastanawiała się. – Dlaczego czuję się tu inaczej niż normalnie?
Lacey ze zdziwieniem stwierdziła, że wreszcie zrozumiała coś, czego dotąd unikała albo nie umiała rozpoznać. Tutaj, w maleńkiej restauracji, gdzie widziała wchodzących, zanim oni ją mogli zobaczyć, czuła się bezpieczniejsza niż gdziekolwiek w ciągu minionego tygodnia.
Ciekawe, dlaczego? – zdziwiła się.
To dlatego, że powiedziałam mamie, gdzie jestem – przyznała z ociąganiem.
Przypomniała sobie, jak ją ostrzegano podczas szkolenia. Nie chodzi o to, że rodzina wyda was świadomie mówiono. – To nieświadome reakcje i słowa stanowią zagrożenie.
Przypomniała sobie, że tata zawsze żartował, że gdyby mama chciała napisać wspomnienia, powinna je zatytułować „W najgłębszym zaufaniu”, bo nigdy nie umiała dochować tajemnicy.
Potem przypomniała sobie, jak poruszona była jej matka, kiedy Lacey zakazała jej wspominać o miejscu pobytu córki w obecności Jimmy’ego Landiego. Może wszystko się dobrze ułoży? – pomyślała Lacey modląc się, żeby matka poważnie potraktowała zakaz.
Sałata była krucha, mocno przyprawiona, makaron z sosem z frutti di marę wyśmienity, ale poczucie bezpieczeństwa okazało się krótkotrwałe. Wracając z restaruacji do domu, Lacey miała wrażenie, że coś albo ktoś ją osacza.
Tom Lynch zostawił wiadomość: „Alicjo, koniecznie muszę się z tobą jutro spotkać. Zadzwoń do mnie”. Zostawił swój numer telefonu.
Bardzo bym chciała do niego zadzwonić pomyślała Lacey.
Dzwoniła też Rut Wilcox. „Tęsknimy za Tobą, Alicjo. Wpadnij w sobotę albo w niedzielę. Chciałabym z tobą porozmawiać o mężczyźnie, który o ciebie pytał”.
Rut nadal bawi się w swatkę – pomyślała Lacey z niechęcią.
Położyła się i dość szybko zasnęła, ale prawie natychmiast zaczął się jej śnić koszmarny sen. Klęczała obok ciała Izabelli. Jakaś dłoń dotknęła jej ramienia… Obejrzała się i zobaczyła Curtisa Caldwella wpatrującego się w nią bladoniebieskimi oczami. W ręce trzymał pistolet wycelowany w jej głowę.
Poderwała się z łóżka, usiłując krzyknąć. Potem już nie zasnęła aż do rana.
Wcześnie rano Lacey wyszła pobiegać, ale co chwila oglądała się przez ramię, sprawdzając, czy nikt jej nie śledzi.
Gonię w piętkę – powiedziała sobie, kiedy wróciła do mieszkania i starannie zaryglowała za sobą drzwi.
Była dziewiąta rano, a ona nie miała żadnych planów na ten dzień. Millicent Royce powiedziała jej, że często w soboty i niedziele pokazuje klientom domy i że Lacey może się do niej przyłączyć. Niestety, na tę sobotę i niedziele z nikim nie była umówiona.
Zjem śniadanie i pojadę zobaczyć nowy klub – postanowiła Lacey. – Przynajmniej będę miała jakieś zajęcie.
Piętnaście po dziesiątej była już w klubie sportowym w Edinie. Zaproszono ją do biura. Podczas gdy Lacey szukała w torbie wypełnionego wcześniej formularza, kierowniczka ośrodka mówiła do telefonu:
– Rzeczywiście, proszę pana, niedawno zaczęliśmy działalność i mamy doskonały kort do squasha. Proszę przyjść i zobaczyć.
44
W sobotę rano detektyw Eddie Sloane wyjechał ze swojego domu w Riverdale na spotkanie z Richardem J. Parkerem seniorem w Greenwich, w stanie Connecticut. Bardzo na nie nalegał. Po drodze zauważył, że śnieg, który jeszcze kilka dni temu wyglądał jak z obrazka, teraz tworzył szarawe, rozpływające się górki. Niebo było zaciągnięte i należało się spodziewać deszczu, chociaż prognozy przewidywały, że wkrótce temperatura się obniży i pojawi się gołoledź.
Kolejny ponury, zimowy dzień. Mądrzy ludzie, którzy mogą sobie na to pozwolić, przemieniają się w takie dni w ptaki i odlatują na południe – myślał Sloane.
Albo na Hawaje. Na taką podróż detektyw oszczędzał od kilku lat. Chciał zabrać Betty na Hawaje w trzydziestą rocznicę ich ślubu, przypadającą za dwa lata.
Chętnie jednak poleciałby na Hawaje już jutro. Może nawet dzisiaj.
Wiedział jednak, że biorąc pod uwagę to, co się dzieje w komisariacie, nie byłoby to możliwe. Sloane nie mógł sobie darować, że dowody – prawdopodobnie mające niezwykle istotne znaczenie w sprawie zabójstwa Izabelli Waring – zaginęły. Nie dość, że Lacey Farrell zabrała oryginał pamiętnika z miejsca zbrodni, to jeszcze jakiś nieznany złoczyńca – najprawdopodobniej nieuczciwy policjant – ukradł pamiętnik z szafki detektywa. Najprawdopodobniej wykradł też kartki z kopii należącej do Jimmy’ego Landiego – przypomniał sobie Sloane.
Myśl, że – być może – pracuje, je i pije razem z policjantem grającym na dwie strony, budziła w nim obrzydzenie.
Skręcając z Merritt Parkway do zjazdu 31, Eddie myślał o pułapce, którą zastawił w pokoju zespołu, by złapać tego, kto zabiera rzeczy z kasety z dowodami. Zaczął ostentacyjnie wyjmować klucze z marynarki i zamykać je w biurku.
– Niech mnie diabli, jeśli z mojej szafki jeszcze coś zginie – powtarzał z ponurą miną każdemu, kto pojawił się w pokoju zespołu. Z pomocą kapitana ułożył historyjkę o tym, że jakiś materiał dowodowy, zamknięty w szafce Sloane’a, może się okazać kluczowy w sprawie zabójstwa Izabelli Waring. Celowo opisał go w ewidencji komendy bardzo ogólnikowo.
W suficie umieszczona była kamera skierowana na jego biurko. W przyszłym tygodniu detektyw zacznie wracać do dawnego zwyczaju zostawiania kluczy w marynarce zawieszonej na oparciu krzesła przy biurku. Spodziewał się, że dzięki rozpowiadanym przez niego fałszywym informacjom, ma wielką szansę wykurzyć zwierzynę z ukrycia. Za kradzieżami z pokoju zespołu musi się kryć ten, kto zabił Izabellę Waring. Pojawienie się nowych dowodów musiało go zaniepokoić. Sloane’owi nie chciało się wierzyć, żeby mógł za tym stać ktoś taki, jak Sandy Savarano. On tylko pociągał za spust. Nie – myślał – najprawdopodobniej za tym wszystkim kryje się ktoś wpływowy i majętny, kto podejmuje decyzje. Kiedy dowiedział się o nowych dowodach, kazał je zniszczyć.