– Nie przypuszczałem, że aż Pamelę Barrett, adwokata z pierwszej ligi.
– Przyjaciółka mi ją poleciła, winna jej jestem podziękowania.
Stan miał niewyraźną minę, jakby nie był wcale już tak pewny swojej wygranej w sądzie. W sercu Melanie obudziła się nadzieja. Skoro wielki Stan May boi się wyniku rozprawy, ona naprawdę ma szanse.
Kiedy Stan odwrócił się, by odejść, chwyciła go za ramię.
– Naprawdę musisz to robić? – zapytała. – Karać mnie za urojone winy? Za to, że zachowałam niezależność i chciałam żyć po swojemu? Po takim czasie chcesz się mścić? Jestem dobrą matką i świetnie o tym wiesz. Zmiana prawa do opieki będzie dla Caseya tragedią.
– Skąd możesz wiedzieć, czy mieszkanie ze mną okaże się dla niego tragedią? I że kierują mną inne motywy niż po prostu miłość do mojego syna?
– Stan, trochę cię obserwuję. Nigdy specjalnie nie byłeś zainteresowany rolą ojca.
Zaczerwienił się i odwrócił wzrok w stronę, gdzie stał Casey z Ashley.
– Nie jestem już tym samym człowiekiem, którym byłem, kiedy mieszkaliśmy razem. Zmieniłem się. Zajmuję się Caseyem. Bawię się z nim, kiedy zabieram go na weekend do siebie. Robimy razem różne rzeczy, czytamy.
Od pewnego czasu Casey rzeczywiście nie protestował i nie grymasił, kiedy jechał do ojca. Melanie nie potrafiła dokładnie powiedzieć, kiedy sytuacja się zmieniła, ale że się zmieniła, to było pewne. Początkowo myślała, że syn w końcu przywykł do wyznaczonych wizyt, ale teraz zaczęła przypuszczać, że mały je po prostu polubił.
Nic nie powiedziała.
– Kocham Caseya – ciągnął Stan. – Tęsknię za nim, kiedy jest u ciebie – mówił nabrzmiałym emocjami głosem. – To nie ma nic wspólnego z chęcią karania cię. Chcę być z moim synem.
Podobnie jak i ona. Melanie poczuła bolesny ucisk w gardle. Źle osądzała swojego byłego męża. Rzeczywiście się zmienił. Najwyższy czas, by i ona zmieniła swoje stanowisko.
W każdym razie jedno z nich nie będzie miało prawa do stałej opieki. Ona lub on.
Chyba że coś się zmieni.
– Obydwoje kochamy Caseya – przemówiła polubownym tonem. – Obydwoje chcemy jego dobra. Nie możemy poszukać jakiegoś kompromisowego rozwiązania? Przynajmniej spróbujmy się dogadać.
Z wahaniem przez chwilę przyglądał się byłej żonie. Zawieranie kompromisów nie leżało w naturze wielkiego Stana Maya, dlatego zresztą był tak wziętym i skutecznym adwokatem. Tylko że tutaj nie chodziło o klienta, a o syna, którego podobno bardzo kochał.
Melanie odwołała się teraz do tej miłości.
– Postawmy dobro Caseya na pierwszym miejscu. Nie walczmy o niego. Jestem gotowa iść na ustępstwa, jeśli ty zrobisz to samo.
– Dobrze – przystał w końcu Stan. – Spróbujmy znaleźć kompromis. Dla dobra Caseya.
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY SIÓDMY
Connor przemierzył hol główny budynku FBI i skierował się do wind. Wsiadł do kabiny, nacisnął guzik drugiego piętra i czekał niecierpliwie, aż drzwi się zamkną.
Tak jak przewidywał, ludzie z policji w Charlotte w końcu musieli uznać, że śmierć Boyda Donaldsona nie ma nic wspólnego z morderstwem Joli Andersen.
Nie chcieli tylko zgodzić się z hipotezą Connora, że Boyd padł ofiarą Mrocznego Anioła, i Connor rozumiał ich opory, bo gdyby przyjęli tę wersję, musieliby oddać sprawę jemu i Melanie, a tego oczywiście zrobić nie chcieli.
Connor dotąd nie nalegał, teraz jednak postanowił walczyć.
Wracając z Myrtle Beach, gdzie odbył kilka ważnych rozmów, zadzwonił do Melanie w chwili, gdy właśnie wychodziła z domu. Powiedziała mu, że przed chwilą rozmawiała z Pete’em, który kazał jej jak najszybciej pojawić się u siebie.
Najwyraźniej chciano ją przesłuchać w związku ze śmiercią Boyda. Nie przejęła się, uważając, że przesłuchanie w FBI to czysta formalność.
Connor wcale nie był taki pewien, czy dla Harrisona i Stemmonsa to też czysta formalność. Mia miała stuprocentowe alibi i teraz obaj dochodzeniowcy rozglądali się nerwowo za innymi podejrzanymi.
Kiedy wjechał na właściwe piętro i drzwi windy się otworzyły, omal nie zderzył się obydwoma detektywami.
– Miło cię widzieć, Parks – rzucił Harrison, ale ton jego głosu przeczył słowom. – Zamierzamy właśnie przesłuchać podejrzaną w sprawie Donaldsona. Chcesz posłuchać?
– A może już wszystko usłyszałeś? Bardzo się zaprzyjaźniłeś z May – wtrącił Roger z szerokim uśmiechem, który Connor najchętniej starłby mu z twarzy jednym zgrabnym ciosem w szczękę, nie dał się jednak wytrącić z równowagi, żeby oszczędzić Melanie niepotrzebnych spekulacji na temat charakteru ich znajomości.
– Tracicie tylko czas, chłopcy – sarknął z lekceważeniem.
– To się dopiero okaże. Jeszcze możesz się zdziwić. – Zatrzymali się przed jednym z pokojów przesłuchań i Pete wskazał na sąsiednie drzwi. – Wejdź tam, Parks.
Connor wszedł i podszedł do monitora. W sąsiednim pokoju przy stole siedziała już Melanie. Była wyraźnie zirytowana tłumaczeniami Pete’a, dlaczego kazali jej tak długo czekać. Zerknęła na zegarek.
– Mam dzisiaj bardzo napięty plan, więc może byśmy wreszcie zaczęli? – rzuciła sucho.
– Jasne. – Harrison rozsiadł się wygodnie i zaplótł dłonie na brzuchu. – Porozmawiamy o pani relacjach z Boydem Donaldsonem.
Harrison przez chwilę wypytywał o to, jak długo Melanie znała doktora i co sądziła o jego charakterze, po czym zapytał wprost:
– Lubiła pani swojego szwagra?
– Nie, nie lubiłam – powiedziała bez wahania.
– Od początku darzyła go pani antypatią? Podobno odradzała pani siostrze to małżeństwo, tak?
– Zgadza się.
– Dlaczego?
Melanie lekko podniosła ramiona.
– Znam moją siostrę jak nikt inny i uważałam, że nie był to dla niej odpowiedni partner. Donaldson wydawał mi się człowiekiem fałszywym, pełnym obłudy. Teraz widzę, że moje odczucia były słuszne.
Jak na komendę obaj detektywi wymienili znaczące spojrzenia, które na Melanie najwyraźniej nie zrobiły najmniejszego wrażenia. Connor podniósł kciuk do góry, dumny z zachowania dziewczyny.
– A może była pani zazdrosna? – zasugerował Roger. – Siostra znalazła bogatego, przystojnego kandydata na męża.
Melanie uśmiechnęła się.
– W najmniejszym stopniu.
– Mówi pani, że kocha pani siostrę. Czy zrobiłaby pani wszystko, żeby ustrzec ją przed złem?
Melanie z całkowitym spokojem zareagowała na tę insynuację.
– Owszem, w granicach prawa.
– Ach tak, w granicach prawa – przeciągnął słowa Pete. – Tak określa pani przykładanie własnemu ojcu noża do gardła?
Tutaj po raz pierwszy Melanie się zawahała. Spojrzała prosto w kamerę wideo. Czyżby podejrzewała, że Connor powiedział im o nożu?
Zmieniła pozycję na krześle.
– Byłam dzieckiem. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.
– Dla chronienia siostry.
– Tak.
– Czy uważa pani, że działała wtedy w granicach prawa?
Zmrużyła oczy i poczerwieniała.
– Ojciec molestował siostrę, a my miałyśmy po trzynaście lat jak waszym zdaniem powinnam była postąpić?
– A więc we własnej opinii uważa pani, że jej działanie było usprawiedliwione?
Melanie lekko wysunęła brodę.
– W tamtej sytuacji, tak.
– A jak zachowałaby się pani, gdyby ojciec nadal molestował siostrę? Wprowadziłaby swoją groźbę w życie?
– Codziennie dziękuję Bogu, że nie musiałam podejmować podobnej decyzji.
– Ale gdyby do tego doszło, jaką decyzję by pani podjęła?
– Nie będę spekulować co by było, gdyby… Koniec, kropka.
– A co z pani szwagrem?