– Co z moim szwagrem?
– Była pani na niego wściekła, bo bił pani siostrę. Bała się pani o nią.
– Groziła mu pani, że go zabije – włączył się Pete. – Stare nawyki trudno zmienić, jak się okazuje.
– Absurd.
– Ochroniarz z centrum medycznego, gdzie pracował doktor, był świadkiem pani pogróżek. – Harrison otworzył tekturową teczkę. – Cytuję: „Jeśli jeszcze raz dotkniesz mojej siostry, nie odpowiadam za swoje czyny”. Coś to pani przypomina?
– To tylko słowa. Człowiek w uniesieniu mówi różne rzeczy.
– Tylko słowa? – zapytał Pete z niedowierzaniem. – Pani szwagier na tyle poważnie je potraktował, że złożył doniesienie, a ochroniarz umieścił zajście w swoim raporcie. To nadal „tylko słowa”?
– Wpadłam w złość i przestałam nad sobą panować.
– Często wpada pani w złość?
– Czasami.
– Uważa się pani za osobę porywczą?
Melanie była już wyraźnie zmęczona tą farsą.
– Kiedyś byłam porywczą, teraz już nie. Z wiekiem się uspokoiłam – prychnęła.
Connor, chociaż absolutnie wierzył Melanie, a przy tym nie lubił Harrisona i Stemmonsa, dobrze rozumiał, dlaczego zdecydowali się przesłuchać Melanie. Nienawidziła szwagra i groziła mu, bo bił jej ukochaną siostrę. Czego więcej trzeba? Dla chronienia siostry zrobiłaby przecież wszystko. To, co Connor podziwiał w Mel, czyli lojalność i odwagę, w oczach detektywów czyniło ją podejrzaną.
Jednak w tej chwili niczego nie pragnął bardziej niż tego, żeby przesłuchanie wreszcie się skończyło.
– Gdzie pani była tej nocy, kiedy zabito doktora Donaldsona?
– W domu.
– Sama?
– Nie, z moim czteroletnim synkiem.
– Między godziną dwudziestą trzecią a pierwszą syn spał?
– Spał, detektywie. Mówiłam przed sekundą, że ma dopiero cztery lata.
– Mogła pani wyjść z domu tak, by o tym nie wiedział?
– Nigdy nie zostawiam syna samego w domu. Nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do tego – oznajmiła, mierząc obu policjantów lodowatym wzrokiem.
Chociaż próbowali zrobić wszystko, żeby wytrącić ją z równowagi, Melanie nie straciła opanowania, poza jedną krótką chwilą, kiedy wspomnieli o ojcu. Siedziała bez ruchu na krześle, udzielała jasnych, zwięzłych odpowiedzi, mówiła spokojnym, dobitnym tonem.
Gdyby Connor nie znał jej tak dobrze, powiedziałby, że przesłuchanie nie zrobiło na Melanie najmniejszego wrażenia, wiedział jednak, że była wstrząśnięta. Oczekiwała rutynowej rozmowy, a dostała się w ogień pytań.
Spojrzała na zegarek i teraz zobaczył, że jej dłoń lekko drży.
– Jeśli to wszystko, to kończmy. Mój szef na pewno się ucieszy, widząc mnie w pracy.
– Oczywiście. Dziękujemy, że zechciała pani pofatygować się do nas i odpowiedzieć na wszystkie pytania.
Pete podniósł sie i towarzyszył Melanie do drzwi, Roger szedł z tyłu.
– Byłbym zapomniał – ożywił się Harrison.
– Niech pan strzela.
– Chodzi o pani ojca.
– Tak?
– Można wiedzieć, jak umarł? – Atak serca.
– Wiązały się z tym jakieś niezwykłe okoliczności?
Melanie lekko pobladła, dopiero po pełnej napięcia sekundzie odpowiedziała:
– Tak. Odkryto podwyższony poziom digitaliny we krwi.
ROZDZIAŁ CZTERDZIESTY ÓSMY
Melanie wróciła do policji miejskiej, opowiedziała szefowi, jak przebiegło przesłuchanie, i zabrała się do pracy. O piątej odebrała Caseya i zajmowała się nim do wieczora, po czym położyła go do łóżeczka i ucałowała czule, jakby nie miała żadnych zmartwień. A przecież była zupełnie wytrącona z równowagi, na domiar złego Connor nie odezwał się przez cały dzień.
Myślała, że zobaczy się z nim po wyjściu z FBI, ale się zawiodła. Wreszcie przed samym wyjściem z pracy schowała dumę do kieszeni i zadzwoniła, by usłyszeć, że nie ma go biurze. Zostawiła wiadomość z prośbą o telefon, ale Connor nie oddzwonił.
W końcu wpół do dziewiątej, poprosiwszy panią Saunders, zawsze skorą do drobnych przysług, by została z uśpionym Caseyem, stanęła pod drzwiami do mieszkania Parksa.
Wzięła głęboki oddech i nacisnęła dzwonek. Connor musiał być w domu, bo samochód stał na podjeździe i prawie we wszystkich oknach paliło się światło.
– Cześć, Mel – powiedział, nie okazując najmniejszego zdziwienia.
– Możemy porozmawiać?
Otworzył szerzej drzwi, zapraszając ją gestem do środka, i poprowadził do kuchni, gdzie na stole stała szklanka mleka i niedojedzony sandwicz z tuńczykiem, a obok leżał otwarty na kolumnie sportowej „Charlotte Observer”.
– Przeszkodziłam ci w kolacji.
– Nic się nie stało. Zresztą trudno to nazwać prawdziwą kolacją. – Wskazał jej krzesło. – Pozwolisz, że skończę?
– Oczywiście, jedz spokojnie. – Czuła się coraz bardziej głupio i nieswojo.
– Byłeś tam dzisiaj?
– Tak.
Splotła palce.
– Myślałam, że… Nie zadzwoniłeś do mnie. Connor ugryzł kęs sandwicza i popił mlekiem, zwlekając z odpowiedzią. Melanie powoli zaczynała żałować, że tu przyjechała.
– Musiałem przemyśleć kilka spraw, by zorientować się, w jakim jestem punkcie.
– Przemyśleć kilka spraw? – powtórzyła i poczuła, że cała krew odpływa jej z twarzy. – Chyba… chyba nie pomyślałeś, ze zabiłam swojego szwagra!
Spojrzał jej twardo w oczy.
– Dlaczego mi nie powiedziałaś, jak zmarł twój ojciec?
Nie była osobą szczególnie płaczliwą, ale teraz gotowa była rozryczeć się jak dziecko. Ponownie splotła palce.
– Nie pytałeś, a to stara historia, więc ojciec nie mógł być ofiarą Anioła. Pewnie dlatego nie powiedziałam. Co sugerujesz? Że jestem winna śmierci ojca?
– A jesteś?
Wściekła i dotknięta do żywego Melanie poderwała się z krzesła. Podeszła do zlewu, odwróciła się i zmierzyła Connora palącym jak ogień spojrzeniem.
– Nie – powiedziała.
– Musiałem zapytać – powiedział już łagodniej. – Wierzę ci.
– To ci szczęściara ze mnie.
Chciała natychmiast wyjść i wrócić czym prędzej do domu, ale Connor chwycił ją za łokieć i przygarnął do piersi. Jeszcze przemknęło jej przez głowę, żeby się wyrwać i nie przyjmować pociechy, jednak mimowiednie wtuliła się w silne ramiona, a Connor przycisnął usta do jej włosów.
– Nie sądzę, byś zabiła Boyda Donaldsona, ani przez minutę tak nie myślałem, ale musiałem zapytać. Bo taki już jestem i na tym polega moja praca. Każdą rzecz muszę sprawdzić dziesięć razy. Będziesz mogła z tym żyć?
Melanie uniosła twarz.
– Wiedziałam, że tam byłeś. Kiedy nie zadzwoniłeś… pomyślałam… przestraszyłam cię. Sprawdzaj sobie każdą rzecz po dziesięć razy, Connorze Parksie, ale nigdy więcej nie każ mi trwać w podobnej niepewności. Z nią na pewno nie mogłabym żyć.
Ujął twarz Melanie w dłonie.
– Przepraszam. Powinienem był zadzwonić. Dotąd rzadko ponosiłem odpowiedzialność za czyjeś uczucia poza własnymi. – Nachylił się i pocałował ją, a potem odsunął się. – Już dobrze? – zapytał z troską.
– Już dobrze – przytaknęła cicho. – Skoro mi wierzysz…
– Byłaś taka opanowana.
Patrzyłem na ciebie z podziwem.
– Nie miałam nic do ukrycia.
– To nie ja powiedziałem im o tym nożu.
– Zastanawiałam się.
– Widziałem.
Pocałował ją jeszcze raz. I jeszcze. A ona zarzuciła mu ramiona na szyję i przywarła do niego.
– O której musisz być z powrotem w domu?
– Najdalej za godzinę.
Już bez dalszych pytań Connor wziął Melanie na ręce i zaniósł do sypialni.
Po trzech kwadransach Melanie wstała z łóżka i zaczęła się ubierać, a oparty na łokciu Connor obserwował ją.