– Czy jesteś dobra w komputerach?
– Pewnie nazwałbyś mnie zdolnym praktykiem i technicznym debilem.
– Szkoda. Ja sam pracuję dla małego przedsiębiorstwa, więc nie potrzebuję pomocników.
Wieczór był ciepły, czuło się tylko lekki podmuch od Atlantyku. Błyszczały gwiazdy. Becky stała przy jeepie Tylera i patrzyła w niebo.
– W Nowym Jorku nie miałabym takiego widoku. Szkoda, że tam prawie się nie słyszy oceanu i nie czuje soli w powietrzu.
– Ja tak bardzo za tym tęskniłem, że musiałem tu wrócić. Zrobiłem to niedługo po otrzymaniu magisterium. Jednak coraz więcej młodych ludzi wyjeżdża stąd i już nie wraca. Zastanawiam się, czy Riptide zdoła jeszcze przetrwać kolejne dwadzieścia lat.
– Są przecież turyści, którzy ożywiają rynek, prawda?
– Tak, ale cała atmosfera miasta uległa zmianie w ciągu ostatnich dwudziestu czy też trzydziestu lat. To się chyba nazywa postępem. – Patrzył przez chwilę w milczeniu na Drogę Mleczną. – Kiedy Ann odeszła, chciałem wyjechać z Riptide i już tu nigdy nie wracać – rozumiesz, te wszystkie wspomnienia – ale zdałem sobie sprawę, że wszyscy przyjaciele Sama są tutaj, wszyscy ludzie, którzy znali Ann, też są tutaj, a wspomnienia wcale nie są takie złe. Mogę pracować wszędzie, więc zostałem. Nie żałuję tego. Cieszę się, że tu jesteś, Becky. Wszystko się ułoży, zobaczysz. Gorzej jest tu w zimie, w styczniu nie jest zbyt zabawnie.
– W Nowym Jorku też nie jest zbyt zabawnie. Zobaczymy, co się będzie działo w styczniu. Nie rozumiem tej sprawy z twoją żoną, Tyler. Czy ona umarła? Kiedy zobaczyła jego martwy wzrok i wyraz bólu na twarzy, pożałowała, że zadała to pytanie.
– Przepraszam. Nie powinnam była o to pytać.
– W porządku. To zrozumiałe, że jesteś tak samo ciekawa, jak wszyscy w tym mieście.
– Co przez to rozumiesz?
– Moja żona nie umarła. Porzuciła mnie. Nagle i niespodziewanie, bez słowa.
Od tego czasu minęło piętnaście miesięcy, dwa tygodnie i trzy dni. Uznano ją za zaginioną.
– Tak mi przykro, Tyler.
– Mnie też. A także jej synowi. – Wzruszył ramionami. -Jakoś dajemy sobie radę. W miarę upływu czasu jest coraz lepiej.
Dziwne sformułowanie. Czy Sam nie był również jego synem?
– Tutejsi mieszkańcy nie chcą uwierzyć, że Ann po prostu opuściła Riptide. Wolą myśleć, że to ja ją załatwiłem.
– To śmieszne.
– Zgadzam się z tobą. Niczym się nie martw, Becky. Będzie lepiej. Jestem ekspertem od spraw, które muszą przybierać lepszy obrót, szczególnie wtedy, kiedy już nie może być gorzej.
Miała nadzieję, że Tyler ma rację. Umówili się, że następnego dnia pójdą razem do siłowni. Jego żona odeszła, tak po prostu i zwyczajnie – odeszła od niego i swojego synka. To musiało być dla niego okropne przeżycie. Dlaczego ludzie uważają, że on ją zabił?
Trzy dni później, wieczorem dwudziestego szóstego czerwca, Becky siedziała przed telewizorem, nie po to jednak, żeby sprawdzić, czy są jeszcze jakieś wzmianki na jej temat przy nie schodzącej z ekranu historii gubernatora Bledsoe’a, ale aby ponowne wysłuchać specjalnego komunikatu pogody Do wybrzeża Maine zbliżała się burza o niespotykanej tu od prawie piętnastu lat sile, z prędkością wiatru osiemdziesiąt kilometrów na godzinę i ulewnym deszczem. Mogła wyrządzić ogromne szkody. Zalecano udanie się do schronu. Becky rozważała tę propozycję przez niecałe trzy minuty. Nie, nie wyjdzie z domu. Nie przypuszczała, żeby wielu mieszkańców Maine brało pod uwagę opuszczenie swoich domostw. Byli twardymi, niesłuchanie zahartowanymi ludźmi, którzy jedynie kiwali głowami, kiedy rozmawiali o zbliżającej się nawałnicy. A jeśli posłuchają zaleceń? W zatłoczonym schronie istniało duże ryzyko, że może zostać rozpoznana.
Becky obserwowała nadchodzący sztorm z platformy na dachu, patrzyła na znikające za chmurami gwiazdy i na kołysane przez fale łodzie w porcie. Nagle wiatr zaczął szarpać drzewami i zrobiło się tak chłodno, jak w zimowy poranek. Rzęsisty deszcz zmusił ją do wejścia do domu. Dochodziła dziesiąta wieczór.
Światło zaczęło mrugać. Becky zaopatrzyła się w świece i zapałki, które umieściła na stoliku przy łóżku. Stanęło nieruchomo, nadsłuchując, jak burza atakuję linię brzegową. W komunikacie meteorologicznym przewidywano, że przy braku odpowiedniego zabezpieczenia statki rybackie i jachty mogą ulec całkowitemu zniszczeniu. Wyobrażała sobie, co się dzieje w porcie, jak wysokie fale uderzają o burty łodzi, wlewają się do środka.
Zadrżała, włożyła sweter i wślizgnęła się do łóżka. Telewizor nastawiony był na ciągle komunikaty pogody, a za oknem sypialni odbywał się pokaz świateł, któremu wtórowały ogłuszające odgłosy grzmotów, od których drżał cały dom.
Meteorolog na kanale siódmym oznajmił, że wiatr przybiera na sile i jego prędkość dochodzi do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Więc ludzie powinni ukryć się w położonych z dala od brzegu schronach. Wydawał się zdenerwowany, jednak Becky nadal nie miała zamiaru opuszczać domu, który przez sto lat swojego istnienia niewątpliwie przetrzymał wiele gwałtownych burz, podobnie jak pobliska latarnia morska. Oba budynki przetrwały i Becky nie miała wątpliwości, że przetrzymają kolejną nawałnicę. Kuliła się jednak pod kołdrą, słysząc, jak dom trzeszczy i jęczy złowrogo.
Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, huknął grzmot, zamigotała błyskawica i światło zgasło.
6
Ciemność nie trwała długo. Przez całe pięć minut błyskawice rozświetlały niebo. Z łatwością sprawdziła godzinę na zegarze – minęła pierwsza w nocy. Nie mogła już tego wszystkiego znieść i postanowiła zadzwonić do Tylera, ale telefon był głuchy. Popatrzyła przez okno w momencie, kiedy ogromna błyskawica rozdarła niebo. Prawie jednocześnie huknął grzmot, który omal jej nie ogłuszył. Wszystko będzie w porządku, uspokajała się w duchu, przecież to tylko burza. Burze w Maine były naturalnym zjawiskiem, podobnie jak ogromne chmary komarów, które od czasu do czasu grubą warstwą pokrywały miasto. Nie było powodu do paniki.
Becky leżała w ciemności, nie spuszczając wzroku z okna sypialni. Mogłaby przysiąc, że wiatr się wzmaga. Czuła, że cały dom się rusza. Wstrząsy były tak gwałtowne, że przez chwilę myślała, iż budynek oderwie się od fundamentów. Rozległ się głośny trzask, który poderwał ją do pozycji siedzącej. To nic takiego, tłumaczyła sobie. Chyba nie przyjechała tutaj po to, żeby zginąć podczas gwałtownej letniej burzy? Przedtem żałowała, że nie mieszka bliżej oceanu, że nie słyszy, jak fale rozbijają się o strome ściany skalne, porośnięte powykręcanymi od zimowych wiatrów sosnami, jak uderzają o wysokie głazy przy małej plaży na końcu Czarnego Gościńca – wąskiej, krętej drogi, prowadzącej do oceanu.
Teraz już tego nie żałowała. Była zadowolona, że nie musi słuchać ryku rozszalałych fal. Patrzyła na przecinające niebo błyskawice – chwilami było jasno jak w dzień. To było wspaniałe, dramatyczne widowisko, ale stopniowo zaczęło ją ogarniać przerażenie.
Wreszcie poczuła, że już dłużej tego nie wytrzyma. Zapaliła trzy świece, włożyła je do kubków po kawie i wzięła do ręki thriller Steve'a Martiniego, który czytała, zanim burza rozszalała się na dobre.
Czyżby się trochę uspokoiło? Przeczytała kilka słów i zorientowała się, że nie pamięta, o co tu w ogóle chodzi. Odłożyła książkę na stolik i wzięła „New York Timesa”, który był sprzedawany tylko w jednym małym sklepiku z papierosami, w bok od Uliczki Jadowitego Sumaka. Nie chciała czytać o próbie zabójstwa, ale oczywiście nie potrafiła się temu oprzeć. Zamachowi na życie gubernatora poświęcono wiele stron. Jej nazwisko często się tam pojawiało.