Выбрать главу

Becky stała w małej sionce, ociekając wodą. Wiedziała, że Tyler stara się ją uspokoić.

– Humor komputerowy – stwierdziła i roześmiała się. Tyler poszedł do łazienki po ręczniki.

Za oknem mignął zygzak błyskawicy, oświetlając stertę gazet, leżących na podłodze obok kanapy.

– Nic mi nie będzie – powiedziała, kiedy zaczął delikatnie masować jej mokre plecy.

– Wiem. Jesteś dzielna – przyznał z uśmiechem i odsunął się od niej.

Sam spał, ułożony na boku, z rączką pod policzkiem. Nie zważając na wstrząsające światem wybuchy, śnił pewnie o swoich porannych kreskówkach. Becky okryła go szczelniej kołdrą.

– Jest słodki – powiedziała, patrząc na malca.

– Tak – przyznał Tyler.

Chciała spytać, dlaczego Sam jest taki małomówny i nieufny, ale wyczuła w jego głosie coś, co powstrzymało ją przed tym pytaniem. Była w nim gorycz i gniew. Czy dlatego, że żona go opuściła? Odeszła bez słowa? Bez żalu? Mogła go zrozumieć. Kiedy matka ją opuściła, ją też ogarnął gniew, że została sama.

To nie była wina matki, ale ten straszny ból… Jeszcze raz spojrzała na Sama i wyszła z małej sypialni, a Tyler wraz z nią. Dał jej gruby, różowy szlafrok swojej żony, już dobrze znoszony, i Becky zaczęła się zastanawiać, jaką kobietą była Ann McBride. Dlaczego nie zabrała ze sobą szlafroka? Nie mogła o to teraz pytać Tylera. Ten szlafrok miał odpowiedni rozmiar, był ciepły i wygodny. A więc nosiła ten sam rozmiar co Ann.

Pili kawę zrobioną na maszynce turystycznej, którą Tyler przyniósł z piwnicy. To była najlepsza kawa, jaką kiedykolwiek piła, i powiedziała mu to. Potem zasnęła owinięta kocami na starej kanapie, obitej kretonem w kwiatki.

Słońce było przeraźliwie jasne, jakby burza zmyła grubą warstwę kurzu ze wszystkich drzew, ulic i domów i dokładnie wyszorowała niebo. Tyler rzucił na kanapę jej dżinsy, które były teraz miękkie, gorące po suszarce i tak obcisłe, że z trudem zapięła suwak.

Kiedy się przebudziła, przy kanapie stał Sam z palcem w buzi i z kołdrą pod pachą.

– Becky, przyniosłaś ciasteczka?

Zaskoczył ją tym pytaniem. To było pełne zdanie. Może on był nieufny tylko w stosunku do nieznajomych, może bał się obcych ludzi. Może już nie uważał jej za obcą. Miała nadzieję, że tak właśnie było.

– Przykro mi, skrzatku, tym razem nie ma ciasteczek. -Uśmiechnęła się do niego.

– Dom, w którym straszy – odezwał się znowu. Tyler nalewał mleko do miseczki z płatkami. Popatrzył na Becky.

– Chyba masz rację, Sam – powiedziała. – To była okropna burza, a ten stary dom jęczał i trzeszczał. Bardzo się bałam.

Chłopiec zaczął jeść płatki, które postawił przed nim ojciec.

– Sam jest zbyt mały, żeby się bać – stwierdził Tyler. Malec nie podniósł wzroku znad miseczki. Dochodziła jedenasta, kiedy Becky wróciła do domu Jacoba Marleya, który stracił już swój złowrogi, przerażający wygląd. Był przemoczony, wymyty do czysta, a wystająca z okna na piętrze gałąź świerku nie wyglądała już na jakąś upiorną rękę, tylko na połamane drzewo, i tyle. Chodziła po domu z uśmiechem, sprawdzając, jakie szkody poczyniła burza. W zasadzie nic wielkiego, poza tą gałęzią w oknie.

Z czynnej budki telefonicznej przy Twierdzy Artykułów Spożywczych zadzwoniła do agentki nieruchomości, pani Ryan, która powiedziała, że zaraz zawiadomi towarzystwo ubezpieczeniowe i ludzi od usuwania drzew, a Becky może się niczym nie martwić, bo wszystkie koszty zostaną pokryte.

Potem wróciła do domu i obeszła go jeszcze raz, co zabrało jej około dwudziestu minut, ale nie zauważyła innych szkód. Wreszcie, około południa, światło się zapaliło, lodówka głośno zamruczała i wszystko wróciło do normy. Jednak po chwili w holu i salonie światło zgasło. Krótkie spięcie, pomyślała i zaczęła się zastanawiać, gdzie jest skrzynka z bezpiecznikami. Najprawdopodobniej w suterenie, do której wchodziło się z kuchni. Zapaliła świecę i otworzyła drzwi do sutereny. Strome, drewniane schody niknęły gdzieś w dole.

No to ekstra, pomyślała, jeszcze do tego wszystkiego spadnę i skręcę kark na tych chwiejnych schodach. Jednak zejście było szerokie, solidne i zupełnie bezpieczne. Odczuła ogromną ulgę. Naliczyła dwanaście stopni. Podłoga była nierówna – zimny, wilgotny beton. Podniosła świecę i rozejrzała się dokoła. Z góry zwisał sznurek. Pociągnęła za niego, usłyszała pstryknięcie przełącznika, ale żarówka się nie zapaliła. To pewnie ten sam obwód, pomyślała. Podniosła świecę i oświetliła ścianę po prawej stronie schodów. Panowała tam wilgoć i pachniało pleśnią. Weszła w małą kałużę. No tak, przecieki po burzy. Znalazła wreszcie skrzynkę z bezpiecznikami na ścianie naprzeciw schodów. Obok stały sterty brudnych, wilgotnych skrzynek. Włączyła niesprawny bezpiecznik i pod sufitem zabłysła stuwatowa żarówka. Stare meble, z lat czterdziestych, a niektóre pewnie jeszcze wcześniejsze, spiętrzone były pod przeciwległą ścianą. Stało tu też pełno pudeł, wszystkie bardzo duże, oznaczone spłowiałym, rozmazanym ręcznym pismem.

Podeszła tam, żeby odczytać jakiś napis, kiedy rozległo się głośne dudnienie.

Zamarła z przerażenia. Skąd pochodził ten odgłos? Przypomniały jej się wszystkie koszmary poprzedniej nocy i słowa Sama: „Dom, w którym straszy”.

Ta przeklęta, pełna zgnilizny suterena była prawdziwym gabinetem cieni.

Obróciła się szybko, słysząc łoskot – dochodził gdzieś z rogu, niedaleko miejsca, w którym stała. Patrzyła, jak ściana zaczyna falować i cegły rozsypują się po podłodze, pozostawiając czarną dziurę.

Stała nieruchomo, patrząc na dziurę w murze. To ją zdziwiło. Ten dom był bardzo stary, bardzo mocny. Dlaczego coś takiego nagle się wydarzyło? Pewnie ściana została osłabiona przez liczne burze, a wczorajsza zadała jej ostateczny cios. Mogła się też do tego przyczynić panująca tu wilgoć.

Podeszła tam, przemykając pomiędzy skrzynkami, obok ogromnego kufra, który pochodził pewnie z lat dwudziestych. Światło tu nie dochodziło, więc podniosła świecę i zajrzała do dziury.

I głośno krzyknęła.

7

Czarny otwór w ścianie sutereny wypluł szkielet wraz z odłamkami cementu, kawałkami cegieł oraz gęstym kurzem, który powoli osiadał na podłodze.

Wyciągnięta ręka szkieletu dotykała prawie jej stopy. Becky upuściła świecę i odskoczyła do tyłu. Patrzyła na tę rzecz, która leżała niecały metr od niej. Ktoś nieżywy i to już od dawna. To – nie, to nie było to – to była kobieta, która nie mogła już nikomu zrobić krzywdy.

Białe dżinsy i krótki różowy top przykrywały kości, które rozsypałyby się po podłodze sutereny, gdyby nie przytrzymywały ich obcisłe ciuchy. Z lewej stopy zwisała tenisówka, biała skarpetka była wilgotna i spleśniała. Lewa ręka ledwie trzymała się reszty. Głowa odpadła i potoczyła się trochę dalej.

Becky stała bez ruchu, patrząc na szkielet, świadoma, że kimkolwiek była ta kobieta, to kiedyś oddychała, śmiała się, była ciekawa, co jej przyniesie przyszłość. Była młoda, stwierdziła Becky. Kim była? Co robiła w ścianie sutereny Jacoba Marleya?

Ktoś ją tam zamurował, żeby zniknęła na zawsze. Teraz zostało tylko trochę kości, pokrytych zapleśniałymi białymi dżinsami i różowym topem.

Becky wolno wróciła na górę. Była cała zakurzona, serce mocno jej biło. Wciąż miała przed oczami tę czaszkę, której pewnie nie zapomni do końca życia. Tych pustych oczodołów. Wiedziała, że teraz nie ma już wyboru. Zadzwoniła do biura szeryfa na Zachodniej Ulicy Cykuty i poprosiła go do telefonu.