Wrócił do swojego narożnego pokoju na piętrze w pensjonacie Hamak Errola Flynna, włączył laptop i wysłał e-maiclass="underline"
Zawarłem z nią znajomość nad stłuczonym stoikiem masła orzechowego w Twierdzy Artykułów Spożywczych. Ma się dobrze, jest tylko cholernie nerwowa.
To zrozumiałe. Nie uwierzysz, Że do tego wpakowała się w kłopoty tutaj, w Riptide. Ze ściany jej sutereny wypadł szkielet. Wszyscy w miasteczku uważają, że to żona jej sąsiada, która zaginęła przeszło rok temu. Kto to, u czorta, wie? Będę Cię informował na bieżąco.
Adam odchylił się na krześle, wdychając zapach kawy, która bulgotała w ekspresie kupionym w Sklepie Artykułów Żelaznych Goose'a, jak tylko przyjechał do miasta.
Ona mu nie ufała, może się go nawet bała. Nic dziwnego -jakiś wielki facet próbuje ją poderwać w Twierdzy Artykułów Spożywczych po tym, jak znalazła szkielet w swojej suterenie, a oprócz tego ucieka przed FBI, nowojorską policją i maniakalnym mordercą. Nie ubawiły ją żarciki na temat masła z orzeszków ziemnych, była na to zbyt bystra.
Nalał sobie kawy i westchnął z zadowoleniem. Krzesło było zadziwiająco wygodne, w kącie pokoju cicho grał telewizor. Przymknął oczy, przywołując obraz Becky Matlock.
Nie, teraz ona była Becky Powell. Pod tym nazwiskiem wynajęła dom Jacoba Marleya, z którego ściany wypadł szkielet po gwałtownej burzy, która spustoszyła wybrzeże Maine.
Ta dziewczyna miała prawdziwego pecha.
Teraz musi doprowadzić do tego, żeby mu zaufała. Wtedy będzie miał dla niej wielką niespodziankę.
Najpierw jednak musiał dokonać rozpoznania terenu. Pośpiech nigdy nie popłaca.
Następnego dnia Adam trzymał się od Becky z daleka. Rano obserwował dom i widział Tylera McBride'a i jego małego synka, Sama, kiedy złożyli jej wizytę około jedenastej. Dzieciak był świetny, naprawdę udany, ale nie krzyczał i nie skakał jak inne w tym wieku. Może ludzie mieli rację? Czy on widział, jak McBride zabija jego matkę, czy to tylko plotka?
Adam był ciekaw, co łączy Tylera McBride'a z Becky Matlock. Widział, że odwiedził ją również szeryf Gaffney, nawet słyszał prowadzoną na ganku rozmowę.
– Nie ma jeszcze żadnej wiadomości z laboratorium patologa, szeryfie?
– Podobno ma być jutro. Chcę jeszcze raz sprawdzić suterenę, może coś wyniucham. Moi chłopcy nie znaleźli żadnych odcisków palców, ale może jest tam coś, na co nikt z nas nie zwrócił uwagi. Aha, jeszcze coś: Rachel Ryan prosiła, bym pani powtórzył, że przyjadą ludzie do usunięcia drzewa i naprawienia okna.
Adam po lunchu wysłał e-mail i już po dwóch godzinach wiedział, że Becky Matlock poznała Tylera McBride'a w Dartmouth College. Czy byli wtedy parą? Kochankami? To możliwe. Interesująca sprawa. A teraz wszyscy uważają, że ten szkielet to zaginiona żona McBride'a, Ann. Postanowił, że dowie się na jego temat wszystkiego, co możliwe. Ta sytuacja mogła mieć specyficznie ironiczny wydźwięk. Może udało się jej uciec przed jednym prześladowcą, żeby zaraz wpaść na faceta, który załatwił swoją żonę.
Tak, miała wyjątkowego pecha.
Postanowił się jeszcze do niej nie zbliżać, widząc, że jest na to zbyt przerażona. Nadal ją obserwował. Nie wychodziła z domu. W lecie w Maine było widno do późna, więc wieczorem pojawiło się pięciu facetów, uzbrojonych w piły mechaniczne, żeby zająć się starym świerkiem, leżącym przy zachodniej ścianie domu. Wyciągnęli konar z okna na piętrze i przepiłowali go. Obcięli gałęzie z drzewa, po czym obwiązali pień grubym łańcuchem i wyciągnęli go z ogrodu.
Przez cały ten czas Becky siedziała z książką na werandzie, kołysząc się w starym, bujanym fotelu, a jemu robiło się już niedobrze, kiedy patrzył na ten powolny ruch w tył i w przód, na to niekończące się bujanie. Denerwowało go też skrzypienie fotela połączone z hałasem piły mechanicznej. Wcześnie poszedł spać.
Następnego dnia, około południa, Becky dziękowała człowiekowi, który wstawił szyby w jej sypialni. Nie minęło pół godziny, a był już tam Tyler z Samem – zasiedli przy kuchennym stole i jedli kanapki z tuńczykiem.
– Tyler, niedługo będziemy mieli wiadomość od szeryfa Gaffneya. Powinniśmy otrzymać ją dzisiaj. Oni sprawdzają wszystko dokładnie i powoli. Wreszcie będzie koniec tych niedorzecznych plotek.
Milczał bardzo długo, jedząc kanapkę, a kiedy się wreszcie odezwał, zdumiał ją brzmiący w jego głosie gniew.
– Becky, jesteś optymistką.
Ale ona nie myślała już o szkielecie. Zastanawiała się, dlaczego Adam Carruthers obserwuje jej dom. Stał bez ruchu, po prawej stronie pomiędzy świerkami, niecały metr od kuchni. To nie był jej prześladowca, była tego pewna. Tamten miał zupełnie inny głos. Głos prześladowcy nie był ani stary, ani młody, tylko irytująco gładki. Wszędzie by go rozpoznała. Carruthers mówił inaczej. Ale kim on był? Dlaczego się nią interesował?
Adam przeciągnął się. Wykonał kilka relaksujących ruchów taekwondo, żeby rozciągnąć mięśnie. Właśnie podnosił wolno lewą nogę, trzymając lewą rękę wyciągniętą do góry, kiedy za jego plecami rozległ się głos:
– Lewa ręka jest trochę za wysoko – powiedziała Becky. – Opuść łokieć przynajmniej o trzy centymetry, wyprostuj nadgarstek i bardziej odchyl palce. Tak jest lepiej. A teraz nie ruszaj się, bo odstrzelę ci głowę.
Był tak szybki, że to się wprost nie mieściło w głowie. Stojąc za nim w odległości prawie dwóch metrów, mierzyła do niego ze swojego coonana, z siedmioma nabojami w magazynku, a on mignął jej tylko przed oczami i jego prawa noga lekkim uderzeniem wytrąciła jej broń z ręki, a lewa ręka uderzyła w ramię na tyle silnie, że Becky przechyliła się do tyłu i upadła na plecy.
Chwyciła pistolet z ziemi i podniosła go, ale facet znowu wykopał go z jej dłoni. Nadgarstek zabolał, po czym całkowicie zdrętwiał.
– Przykro mi – powiedział, stając nad nią. – Złe reaguję na ludzi, którzy grożą mi bronią. Mam nadzieję, że nie zrobiłem ci krzywdy.
Miał jeszcze czelność podać jej rękę i pomóc wstać. Ciężko oddychała, bolało ją ramię, a nadgarstek był całkowicie zdrętwiały. Cofnęła się, obróciła i pobiegła przed siebie, ale nie była dość szybka.
Chwycił ją i przytrzymał.
– Chwileczkę. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić. Zastygła w miejscu i opuściła głowę – poddała się. Wiedział, że musi ją boleć ramię i że dłoń ma bezwładną.
– Wszystko będzie dobrze. Szybko odzyskasz czucie w nadgarstku. Będzie trochę piekło, nic więcej.
– Nie myślałam, że to ty, to nie ten sam głos – powiedziała. -Mogłabym przysiąc, że to nie ty, myliłam się jednak.
A więc myślała, że to on jest jej prześladowcą, człowiekiem, który zamordował tę starą, bezdomną kobietę przed muzeum i strzelał do gubernatora. Bezwiednie zwolnił uścisk i puścił ją.
– Posłuchaj, przykro mi… – zaczął.
Kiedy tylko ją puścił, rzuciła się do ucieczki. Popędziła pomiędzy świerkami, kierując się w stronę domu.
Złapał ją po niecałych trzech metrach i obrócił do siebie. Wykonała szybki ruch – otrzymał tak mocne uderzenie w szczękę, że głowa odskoczyła mu do tyłu. Była bardzo silna. Chwycił ją za ręce, ale poczuł, że ona podnosi kolano.
Na szczęście uratował go refleks i jej kolano wylądowało na udzie. Bolało, ale nie tak bardzo, jak cios w krocze, który powaliłby go na ziemię. Obrócił ją znowu, tyłem do siebie. Przycisnął jej ręce do boków i tak ją trzymał. Ciężko oddychała, była przerażona, wiedział jednak, że znowu będzie walczyć, jeśli tylko będzie mogła. Zrobiła na nim duże wrażenie, tymczasem jednak to on miał przewagę.