– Jeśli jesteś moim aniołem stróżem – powiedziała – to zadzwoń do patologa w Auguście i dowiedz się, jak długo ta biedna kobieta, która wypadła ze ściany w mojej suterenie, była tam zamurowana.
Była wysoka, nie musiał zanadto patrzeć w dół. Wciąż trzymał jej dłoń.
– Dobrze.
– Ot, tak? – Strzeliła mu palcami przed nosem. – Jesteś taki ważny, że możesz się tak szybko wszystkiego dowiedzieć?
– W tym wypadku tak. Nie jesteś zbyt podobna do matki. Czuł, że jej dłoń sztywnieje, ale jej nie wyrwała.
– Nie, nie jestem. Mama mówiła mi zawsze, że jestem bardzo podobna do ojca. Mój tato – miał na imię Thomas -zginął w Wietnamie. Był bohaterem. Mama bardzo go kochała, chyba za bardzo.
– Tak – powiedział. – Wszystko to wiem.
– Skąd?
– To nie jest teraz ważne. Uwierz mi.
Nie wierzyła mu, ale nie upierała się przy tym.
– Widziałam jego starą fotografię. Wyglądał tak młodo i szczęśliwie. Był bardzo przystojny, wysmukły, wysoki. Zamilkła na chwilę, a po chwili dodała lekko łamiącym się głosem: – Byłam za mała, żeby go zapamiętać, ale mama mówiła, że widział mnie po urodzeniu, że trzymał mnie w ramionach, że mnie kochał. Potem wyjechał i już nie wrócił.
– Wiem.
– Kiedy zobaczyłam cię pierwszy raz w Twierdzy Artykułów Spożywczych – ciągnęła, przechylając głowę na bok -wydałeś mi się strasznie twardym facetem, takim, który się rzadko uśmiecha. Pomyślałam, że jeśli trzeba, potrafisz być bezwzględny, a nawet okrutny. Wiem, że jesteś niebezpieczny, nie staraj się zaprzeczać, jestem tego pewna. Kim naprawdę jesteś?
– Nazywam się Adam Carruthers, jak ci już mówiłem w Twierdzy Artykułów Spożywczych. To jest moje prawdziwe nazwisko. Teraz zaprowadź mnie do domu, żebym mógł zadzwonić. Nie dowiemy się na razie czyj to szkielet, ale przynajmniej tyle, jak długo był tam zamurowany. Będą musieli zrobić testy DNA, a to zabiera trochę czasu.
Patrzył, jak ona podnosi pistolet i wkłada naboje do kieszeni dżinsów.
Podniósł jej rzeźnicki nóż i poszedł za nią do domu Jacoba Marleya.
Cała sprawa trwała jedenaście minut i wymagała dwóch rozmów telefonicznych. Kiedy odłożył słuchawkę po drugiej rozmowie, popatrzył na nią z uśmiechem.
– To nie powinno długo potrwać.
Telefon zadzwonił po trzech sekundach. Adam podniósł słuchawkę.
– Tu Carruthers. – Słuchał, zapisując coś na kartce papieru. -Bardzo dziękuję, Jarvis, jestem ci winien przysługę. Przecież wiesz, że zawsze się z tego wywiązuję, chociaż to może nie być akurat jutro. Wiesz, jak się ze mną skontaktować. Okay, dzięki. Cześć. – Ostrożnie odłożył słuchawkę na widełki. – To nie jest Ann McBride, jeśli o to się martwisz.
– Nie, oczywiście, że to nie jest zaginiona żona Tylera. Nigdy tak nie myślałam. Znam go od tak dawna… Poznaliśmy się, kiedy miałam osiemnaście lat. Jest niesłychanie przyzwoitym człowiekiem, naprawdę.
Widział jednak, że odczuła ogromną ulgę.
– Nie zniosłabym tego – dodała po chwili – gdyby Tyler okazał się jakimś potworem, a nie fajnym facetem, jakiego znam.
– Tak, twój chłopak wywinął się z tego. Ten szkielet tkwił w ścianie przynajmniej od dziesięciu lat, a może nawet dłużej. Ta dziewczyna miała prawdopodobnie kilkanaście lat, kiedy zabito ją silnym uderzeniem w twarz, a dokładnie w czoło. Ten, kto to zrobił, był ogarnięty szałem, nie panował nad sobą. Jarvis powiedział, że ten cios zabił ją od razu.
– Wygląda na to, że to mógł zrobić Jacob Marley.
– Kto to wie? – Wzruszył ramionami. – Dzięki Bogu, to nie jest nasz problem.
– Mój tak, ponieważ ona wypadła ze ściany na podłogę w mojej suterenie. Nie mogę uwierzyć, że ktoś mógłby zabić nastolatkę tylko za to, że chodziła po jego podwórzu.
Po chwili znowu zadzwonił telefon. Bernie Bradstreet, właściciel „Riptide Independent”, chciał się czegoś od niej dowiedzieć.
– Wiem, że szeryf chce to utrzymać w tajemnicy, ale… Powiedziała mu wszystko, przemilczając tylko to, czego Adam Carruthers dowiedział się od patologa. Szeryf na pewno byłby niezadowolony, gdyby przekazała tę informację za jego plecami. Potem Bernie Bradstreet chciał ją zaprosić na obiad, on i jego żona, jak szybko dodał, kiedy się nie odzywała. Jakoś się od tego wykręciła.
– Gazeta? – spytał Adam, kiedy odłożyła słuchawkę. -Dobrze sobie z tym poradziłaś. Teraz powinnaś zadzwonić do szeryfa. Nie mów mu, że już znasz odpowiedź, postaraj się go tylko zachęcić, żeby sam zatelefonował do patologa. Jarvis mówił, że oni nie chcą jeszcze podać tego do wiadomości, ale kiedy zadzwoni szeryf, może uda mu się coś z nich wyciągnąć. Aha, kiedy przyjdzie Gaffney, powiem mu, że jestem twoim kuzynem, który przyjechał z Baltimore do ciebie w odwiedziny. Okay?
– Kuzyn? Jesteśmy zupełnie do siebie niepodobni.
– Dzięki Bogu – uśmiechnął się do niej złośliwie.
Szeryf Gaffney nie był zadowolony z wiadomości, które otrzymał z Augusty. Lubił jasne sytuacje, puzzle, w których wszystkie kawałki pasowały do siebie, a nie coś takiego: stary szkielet, ukryty w ścianie sutereny Jacoba Marleya, tożsamość ofiary nieznana, przyczyna śmierci – morderstwo. Chciał oczywiście, żeby Ann McBride jeszcze żyła, ale gdyby się okazało, że to ona, wszystko byłoby o wiele prostsze. Zerknął na Tylera McBride'a. Facet wydawał się spokojny, czy jednak nie był zestresowany? Trudno powiedzieć. Tyler nigdy nie zdradzał swoich uczuć. Był w tym bardzo dobry – nikt też nie chciał grać z nim w pokera. To śmieszne, ale szeryf zawsze był przekonany, że Tyler zabił swoją żonę. Cały czas bacznie go obserwował, mając nadzieję, że McBride czymś się zdradzi, na przykład odwiedzi jakiś bezimienny grób czy coś w tym rodzaju.
Może znowu się mylił? No cóż, nie lubił takich niejasnych sytuacji, ale nawet jemu zdarzały się pomyłki.
Gaffney przyglądał się kuzynowi panny Powell, wielkiemu facetowi, który wyglądał na twardziela. Szczupły i muskularny, był typem człowieka, który potrafi zdobyć się na cierpliwość, czaić się w ciemności, jak drapieżnik w pogoni za zdobyczą. Gaffney pokręcił głową. Pomyślał, że za dużo czyta thrillerów, które bardzo lubił.
Przeniósł wzrok na Becky Powell, młodą, miłą kobietę, która na szczęście nie była już taka blada i nie było obawy, że wpadnie w histerię. Obecność kuzyna powinna jej dobrze zrobić. Na pewno jest zadowolona, że ktoś przy niej jest. Po chwili zaczął się znowu przyglądać Carruthersowi. Mroczny facet, począwszy od ciemnych włosów – zbyt długich, według szeryfa – aż po oczy, które wydawały się niemal czarne w przyćmionym świetle popołudnia w salonie Jacoba Marleya. Miał na nogach zniszczone czarne buty z miękkiej skóry, które wyglądały, jakby nosił je przez co najmniej dziesięć lat i jakby w tych właśnie butach czaił się w ciemnościach, nie zdradzając swojej obecności nawet najcichszym dźwiękiem. Ciekaw był, z czego, u diabła, ten facet żyje. Na pewno nie ze zwyczajnej pracy, szeryf mógłby się założyć o dobrą kolację. Może zresztą lepiej tego nie wiedzieć.
Rozejrzał się po salonie. O Jezu, ten pokój wyglądał jak muzeum albo grobowiec. Był stary i zatęchły, chociaż w powietrzu unosił się zapach cytryn, zupełnie jak w domu.
Wiedział, że wszyscy wpatrują się w niego wyczekująco. Lubił takie sytuacje – to wzmagało napięcie. Miał ich teraz w ręku. Ale nie wyglądali na przestraszonych, nie ogryzali nerwowo paznokci. Odporne sztuki.
– Nie usiądzie pan, szeryfie? – odezwała się wreszcie Becky. – Ma pan dla nas jakieś wiadomości?
Usiadł powoli na wskazanym przez nią twardym krześle i odchrząknął. Teraz gotów był obwieścić swoją wielką nowinę.
– Jak się okazuje, to nie jest szkielet twojej żony, Tyler. Zapadła cisza, nie było jednak ogromnego zdziwienia, którego się spodziewał.