– Tak – powiedziała. – Dzwonił do mnie. Powiedział, że mnie kocha, że znowu chce ze mną sypiać. Mówił, że jego żona jest starą wiedźmą, która go nie rozumie, i że chce ją zostawić i być ze mną. Jak myślisz, jest już na tyle zdrowy, że mogę mu zdradzić, gdzie jestem?
Martwa cisza, potem dźwięk delikatnie odkładanej słuchawki. Na zielonym ekranie slammera ukazał się czarny napis: 501-4867, Orlando Cartwright, Rural Route 1456, Blaylock.
– Zaczekajcie chwilę -powiedziała Sherlock. – Savich zaraz będzie miał wszystkie informacje. Ten wariat wydawał się całkiem żwawy, prawda?
– Tak – przyznał Adam.
– Więc to było tylko niewielkie zranienie. Szkoda.
Sherlock miała na sobie nocną koszulę z napisem: „Bieg do gwiazd”. Savich i Adam byli tylko w dżinsach.
– Ten numer z psem – powiedział Adam – to był świetny chwyt. No dobra, ruszajmy w drogę, żeby przyłapać tego draniu Masz już namiary, Savich?
– Jeszcze chwila.
Adam wziął Becky w ramiona.
– Świetnie się spisałaś, po prostu fantastycznie. Nieźle wyprowadziłaś go z równowagi. Teraz ubierajmy się i jedźmy, żeby przyłapać tego łajdaka.
– Jedziemy wszyscy – stwierdziła Becky.
– To jest dom na farmie, niecałe dziesięć kilometrów stąd, za małym miasteczkiem, które się nazywa Blaylock. Zadzwonię tylko do Tommy'ego Fajczarza – powiedział Savich, wyjmując komórkę. – Tommy, zwołaj wszystkich i jedźcie tam, ale nie wchodźcie do środka. Ten facet jest bardzo niebezpieczny. Nie pozwólcie mu uciec, zanim tam nie dotrzemy. Poszukam dalszych szczegółów podczas drogi. Tak, na MAKSIE.
Z tylnego siedzenia jeepa Adama Savich przekazywał im informacje z MAXA.
– Już to mam. Farma należała do Orlanda Cartwrighta, kupił ją w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku. On już nie żyje. Świetnie, MAX. Miał jedną córkę. Była przy nim, dopóki nie umarł trzy tygodnie temu w szpitalu Blue Hills Community. Rak płuc, alzheimer. Ach nie, ona jeszcze tam jest. Sama.
– Cholera – zaklął Adam.
– Linda Cartwright. Chwileczkę, okay, dobra robota, MAX. Nigdy nie wyszła za mąż, ma trzydzieści trzy lata, jest dość gruba, waży osiemdziesiąt dwa kilogramy, ale jest bardzo ładna. Jest sekretarką w firmie prawniczej Billson Manners w Bangor. Pracuje tam od ośmiu lat. Chwileczkę, muszę wejść do jej akt personalnych. W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku złożyła skargę w sprawie molestowania seksualnego. Hmmm, tego faceta wyrzucono z pracy. Jej matka zmarła w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym roku, pijany kierowca zabił ją i młodszą siostrę Lindy. Nie, MAX, nie trzeba zaglądać do policyjnej kartoteki. To chyba strata czasu.
– Ona jest tam sama – powiedziała Sherlock. – To niedobrze. Adamie, pospiesz się.
Noc była widna, księżyc, który był już prawie w pełni, oświetlał drogę srebrzystym blaskiem. Godzinę po północy Adam zaparkował czarnego jeepa obok forda taurusa na wąskiej, dwukierunkowej drodze. Od starego, zaniedbanego budynku, z dawno nie malowanymi okiennicami i zapadającym się gankiem, dzieliło ich jakieś pięćdziesiąt metrów.
Przy fordzie stało dwóch mężczyzn. Obaj mieli około trzydziestu lat, wyglądali na wysportowanych. Jeden miał na nosie okulary; a drugi palił fajkę.
– Ten facet jest w budynku? – spytał Savich.
– Światła się palą, ale nie zauważyliśmy, żeby ktoś się tam poruszał. Nikt stamtąd nie wychodził od czasu, jak tu jesteśmy. Chuck i Dave są z tyłu domu – powiedział Tommy i wyjął z kieszeni krótkofalówkę. – Widzieliście coś?
– Nie, Tommy, on nie wychodził od naszej strony – usłyszeli wyraźny głos. – Ty i Rollo coś widzieliście?
– Nic.
– W domu też nikt się nie porusza – dodał Dave. – Chuck chciałby podejść bliżej i zajrzeć przez okno.
– Powiedz im, żeby zostali na miejscu – powiedział Adam do Tommy'ego. – Jest tu Savich, on ich zapozna z sytuacją.
Savich mówił krótko, urywanymi zdaniami.
– To mi się wcale nie podoba – zauważył Tommy, wypuszczając kłęby dymu z fajki. – Niech to szlag. Mieszka tu samotna kobieta, nie ma sąsiadów. Nie wygląda to dobrze. Z drugiej strony, niczego nie zauważyliśmy. Może jej tu wcale nie ma? Może MAX się pomylił i nigdy jej tu nie było.
– Tak, Tommy, może tak być – przyznał Rollo. Był niski, ubrany na czarno i całkowicie łysy.
– Może zdążył uciec przed naszym przyjazdem – zastanawiał się Tommy Fajczarz. – Mógł zabrać ją ze sobą jako zakładniczkę.
Niech szlag trafi ten księżyc, pomyślał Adam. Byli teraz widoczni jak za dnia, ale od wschodniej strony budynku ciągnął się szeroki, zwarty pas sosen. W tej okolicy uprawiano ziemniaki, więc większość terenu była odkryta i poza nielicznymi skupiskami sosen i klonów nie było miejsca, gdzie można by się ukryć. Na środku pola stała ogromna koparka. Nad zapadającym się gankiem świeciła jedna naga żarówka.
Adam wyciągnął delta elitę i zamyślony pocierał lufą o skroń. Przyszło mu do głowy, że mógł dostać się do domu od wschodniej strony. Pomiędzy gęstwiną sosen a budynkiem było najwyżej sześć metrów odkrytego terenu.
– Mam plan – powiedział. – Posłuchajcie. Kiedy skończył mówić, Savich ściągnął brwi.
– To mi się nie podoba – stwierdził Savich. – Jest zbyt niebezpieczne.
– Myślałem już o tym, żeby tam wpaść i otworzyć ogień, ale jeśli ta kobieta jeszcze żyje? Nie możemy podejmować ryzyka, że on ją wtedy zabije, a potem jeszcze dwóch czy trzech z nas przy tym cholernym świetle księżyca.
– Dobrze – powiedział Savich po chwili milczenia. – Ale ja idę z tobą.
– To gówniany pomysł – odrzekł Adam. – Nie obchodzi mnie to, że jesteś cholernym agentem FBI i twoim celem życiowym jest łapanie przestępców.
Chodzi o to, że jesteś żonaty i masz dziecko. Potrzebuję tylko, żebyście mnie wszyscy osłaniali. Słyszałem, że dobrze strzelasz, Savich. Udowodnij to.
– Ja idę z tobą, Adamie – oznajmiła Becky. – Będę cię osłaniać z tyłu.
– Nie. To ja jestem zawodowcem. Pomódl się za mnie, nic mi więcej nie potrzeba.
– Nic z tego – odparła. Wiedział, że nic jej nie powstrzyma.
– Idę – upierała się. – Muszę iść, Adamie, po prostu muszę. Rozumiał ją. Ona też była zdana tylko na siebie, tak jak ta nieznajoma kobieta.
– Becky będzie mnie osłaniać zza drzew – powiedział. -Nie, Becky, nie sprzeciwiaj się. Tak ma być.
Sherlock wzięła krótkofalówkę i poinformowała Chucka i Dave'a, co się będzie działo.
Noc była chłodna, ale Becky zaczęła się pocić. Serce waliło jej jak oszalałe. Nie bała się tylko o siebie i o Adama, ale też 0 tę biedną kobietę, która była w domu. Wszyscy mężczyźni, łącznie z Sherlock, byli spokojni i gotowi do akcji. Tommy włożył fajkę do kieszeni i podał Becky kamizelkę kuloodporną.
– Ta jest najmniejsza, tylko Sherlock ma jeszcze mniejszą. Pamiętaj, że masz zostać wśród tych drzew. Będziesz poza linią ognia, ale ostrożność nie zawadzi.
Kiedy miała już na sobie kamizelkę, wyjęła pistolet i przeładowała broń. Adam popatrzył na nią bez słowa. Becky zauważyła, że trzęsą jej się ręce, więc włożyła lewą rękę do kieszeni i wyprostowała prawą, w której trzymała pistolet.
– Zaczynamy – powiedział Savich. – Idź, Adamie. Powodzenia, Becky. Uważaj na siebie.
Adam i idąca tuż za nim Becky zrobili szeroki łuk, żeby się dostać do wschodniej ściany domu. Adam szedł wolno i ostrożnie, Becky równie cicho przemykała się wśród sosen. Kiedy dotarli do skraju drzew, Adam zatrzymał się. Sześć metrów, pomyślał, nie więcej niż sześć metrów. Popatrzył na znajdujące się na linii jego wzroku okno. Cienkie, białe firanki nie były zaciągnięte. To pewnie sypialnia, pomyślał. Przeniósł wzrok na Becky – była bardzo blada. Przyciągnął ją do siebie.